sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział siódmy

   Nie do końca byłam pewna czy mogę zaufać Xavierowi, w końcu nie znałam go za dobrze. Nie znałam go w ogóle, jeżeli mam być całkowicie szczera. Postanowiłam mu zaufać z dwóch powodów: po pierwsze: nie chciałam wracać do domu, po drugie: znał Fabiana a dzięki niemu dowiem się czegoś o moim poprzednim życiu.
   Fakt, że zabierał mnie do innego kraju napawał mnie niepokojem, ale nie na tyle dużym, żeby uciekać.
   Przeszliśmy kilkanaście metrów i moim oczom ukazał się parking. Jednak nie byliśmy pośrodku nigdzie, jak myślałam.
- Wsiadaj – usłyszałam głos chłopaka i moje oczy automatycznie powędrowały ku motocyklowi, który zauważyłam wcześniej. Musiałam go zawieść:
- Nie wsiądę na to – powiedziałam wskazując maszynę. - Wolę iść pieszo – oświadczyłam. Nie bałam się wsiąść na pojazd, ale motocykl nie wyglądał zachęcająco. Miałam wrażenie, że zaraz się rozleci.
- Do Kanady? - zapytał z uśmiechem na twarzy. - Dobrze, że jedziemy samochodem a nie tym gruchotem – kiwnął głową na drugi koniec parkingu. Rzeczywiście, przy drzewach stał czarny samochód. Ruszyłam w jego stronę, chcąc ukryć moje zażenowanie. Zawsze musiałam strzelić jakąś gafę.

   Jechaliśmy od godziny w ciszy. W końcu postanowiłam ją przerwać włączając radio. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Xaviera:
- Co robisz?
- Włączam radio. Magiczne urządzenie, z którego leci muzyka – próbowałam zażartować, ale chłopak zrobił zirytowana minę i mruknął:
- Wiem co to radio – nic nie mówił, gdy szukałam stacji. W końcu trafiłam na piosenkę , którą lubiłam. Pogłośniłam i auto wypełniło się dźwiękami piosenki „Uptown Funk”. Mimowolnie zaczęłam śpiewać, ale mój towarzysz postanowił uciszyć moje wycie i wyłączył radio.
- Nudziarz – powiedziałam, ale nie próbowałam ponownie puszczać muzyki. I tak by ją wyłączył.
   Po kilku minutach ciszy postanowiłam zapytać o coś co męczyło mnie od czasu, gdy mnie znalazł.
- Kiedy spotkam Fabiana? - chciałam w końcu poznać mojego brata. Nie docierało do mnie w pełni, że go mam. Liczyłam na to, że rozmowa z nim pozwoli mi lepiej zrozumieć sytuacje, w której się znalazłam.
- Trochę później niż początkowo zakładałem.
- Mówiłeś, że to będzie niedługo – powiedziałam, przypominając sobie naszą rozmowę sprzed kilku dni.
- Plany się zmieniły – denerwowało mnie to, że nie mówił mi niczego. Nie wymagałam, żeby powiedział mi wszystko, ale część informacji mi się należała.
- Dlaczego? - drążyłam dalej. Widziałam, że moje pytania go irytowały, ale musiałam pytać, żeby się czegoś dowiedzieć.
- Po prostu twój brat ma... inne sprawy na głowie - jakoś nie chciałam w to wierzyć. Podobno bardzo zależało mu na spotkaniu ze mną. Fakt, było to kilka miesięcy temu, ale i tak wystarczająco długo czekałam na to spotkanie. Coś tutaj nie pasowało. Może, gdy dotrzemy do kryjówki Naznaczonych dowiem się czegoś więcej. Właśnie, Naznaczeni. Wcześniej go o to nie zapytałam.
- Kim są Naznaczeni? - westchnął i skręcił w prawo.
- Osoby naznaczone jakąś zdolnością – czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi, ale się nie doczekałam.
- Może coś więcej? Jak to się dzieje, że ktoś staje się Naznaczony? Dlaczego do nich jedziemy? - podpowiedziałam mu o czym chciałabym się dowiedzieć. Westchnął i milczał przez chwilę, ale w końcu odpowiedział. Nie zaprzeczę, że ucieszyło mnie to, że w końcu będę miała jakieś rozeznanie w sytuacji.
- Naznaczonym można zostać na różne sposoby. Często stajesz się nim z powodu zatrucia przez demona, Naznaczony o wysokiej mocy może ci ją przekazać, nie wiem dokładnie jak to się dzieje, tylko nieliczni wiedzą. Jest też kilka innych sposobów, ale te dwa są najczęstsze. Jedziemy tam, bo jesteś jedną z nich i mogą ci pomóc – ostatnie zdanie sprawiło, że moje oczy zrobiły się ogromne.
- O czym ty mówisz?
- Masz bliznę, prawda?
- No tak, ale to po... - sama nie wiedziałam po czym. Nie pamiętałam tego.
- No właśnie, nie wiesz skąd się wzięła. Nie pocieszę cię mówiąc, że ja też nie jestem pewny skąd ją masz. Ale po twojej dokumentacji medycznej wnioskuje, że zostałaś zaatakowana przez jakiegoś demona, ale nie mogę być tego całkowicie pewny...
- Zaraz, widziałeś moją dokumentację medyczną? - zaśmiał się, gdy usłyszał moje słowa. W sumie, to było zabawne, że akurat zapytałam właśnie o to.
- To nie było trudne. Zwłaszcza, gdy użyłem mojej zdolności. Ludzie są tak podatni. W bagażniku mam kopie dokumentów, później ci je pokaże, jeżeli będziesz chciała.
- Twojej zdolności? - miałam mętlik w głowie. Może lepiej by było gdybym siedziała cicho przez całą drogę i o nic nie pytała.
- Nie wspomniałem, że też jestem Naznaczonym? - powiedział to takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Może w jego świecie była, w moim nie za bardzo. Pokręciłam głową, bo byłam tak zszokowana, że nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. - No, to jestem Naznaczonym – powiedział to jeszcze raz. Wydawało mi się, że jest dumny, że nim jest. Ja też powinnam być dumna?
    Xavier uprzedził moje kolejne pytania:
- Potrafię manipulować ludźmi i doskonale tropić, dlatego tak szybko cię znalazłem. A uprzedzając twoje kolejne pytanie: pierwszą zdolność przekazał mi dziadek a drugą demon. Niezły miks, co? - skręcił w lewo. Zaczynało się ściemniać a moje myśli szalały. - I jestem jeszcze świetnym wojownikiem, ale to kwestia treningu – wyglądało na to, ze mój towarzysz bardzo lubił się chwalić tym co potrafił.
- Jakie ja mam zdolności? - zapytałam z niemałą obawą.
- Nie wiem – super, właśnie to chciałam usłyszeć – wiem tylko, że twoja moc chce się uaktywnić. Ostatnio twoja blizna zaczęła się zmieniać, prawda? - przytaknęłam, mimowolnie dotknęłam miejsca, w którym znajdowała się blizna. Przypomniałam sobie o tym jak pulsowała bólem i się powiększyła, to był znak. - Inni Naznaczeni pomogą ci uwolnić moc i się nią posługiwać. Prześpij się – powiedział i sięgnął do tyłu po koc. Przyjęłam go z przyjemnością. Z chęcią odpłynę w krainę snów, byłam zmęczona wędrówką, jazdą i nowymi informacjami. Może nie powinnam szybko zasnąć ze względu na ogrom wrażeń, ale sen zmorzył mnie szybko.

   Poczułam jak ktoś delikatnie szturcha mnie w ramię. Powoli otworzyłam oczy, białe światło sprawiło, ze ponownie je zamknęłam. Chwilę trwało zanim zorientowałam się co działo się przez ostatnie kilka godzin.
- Jesteśmy na miejscu? - zapytałam zachrypniętym głosem.
- Jeszcze nie. Jesteśmy na stacji benzynowej. Muszę wypić kawę, pomyślałem, że też coś chcesz a poza tym nie mogę zostawić cię samej w samochodzie – nie chciałam pytać dlaczego nie mógł pójść sam, pewnie uważał, że z jakiegoś powodu grozi mi niebezpieczeństwo. Powoli rozciągnęłam zaspane ciało. Nie polecam spania w samochodzie. Bolały mnie wszystkie mięśnie.
   Wyszłam z auta. Świeże i chłodne powietrze ostatecznie mnie rozbudziło. Skierowaliśmy się w stronę wejścia. Kasjer podniósł głowę i spojrzał w naszą stronę, ale po chwili stracił nami zainteresowanie i wrócił do korzystania z telefonu.
- Pójdę do łazienki – oznajmiłam i skierowałam się do drzwi z naklejką, oznaczającą damską toaletę. Xavier kiwnął głową, zapytał jeszcze co chciałabym zjeść. Odpowiedziałam, żeby kupił mi cappuccino i jakąś bułkę.
- I ciastka! - krzyknęłam, zanim zniknęłam za drzwiami. Z miłą chęcią zjadłabym coś słodkiego.
   Myjąc ręce spojrzałam na swoje odbicie lustrze. Nie wyglądałam zbyt korzystnie. Resztki makijażu rozmazały się a włosy były poplątane. Umyłam twarz, co pomogło nie tylko oczyścić skórę, ale też otrzeźwić umysł.
    „Jestem Naznaczoną, kto by pomyślał.”
   Uwolniłam włosy ze zniszczonego koka, przeczesałam je palcami i ponownie związałam. Wyglądałam trochę lepiej.
   Po raz ostatni spojrzałam na siebie. Teraz będę inną osobą, moje życie diametralnie się zmieni. Wyszłam z łazienki.
- Przynajmniej wyglądasz jak człowiek – usłyszałam głos Xaviera. Chłopak stał oparty o ścianę z reklamówką przewieszoną przez nadgarstek i dwoma kubkami z kawą.
- Zabawne – spojrzałam na niego „spod byka”. Uśmiechnął się i podał mi papierowy kubek.
   Skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Szłam za krok za Xavierem. Zatrzymał się nagle, omal na niego nie wpadłam.
- Co się stało?
- Wejdź z powrotem do łazienki i nie wychodź stamtąd dopóki po ciebie nie przyjdę – podał mi torbę z zakupami a swoją kawę wrzucił do śmietnika. Nie rozumiałam o co chodzi.
- Ale...
- Idź! - chłopak uciął moją próbę protestu, wyskoczył do przodu jak poparzony wyciągając coś zza pasa. Światło odbiło się od powierzchni sztyletu. Dopiero teraz zobaczyłam parking. Obok samochodu krążyła kobieta. Nie zwyczajna kobieta. Kobieta, która już raz próbowała mnie zabić. Mimo że minęło dużo czasu poznaje ją, nigdy nie zapomnę jej twarzy. Mimowolnie cofnęłam się w głąb sklepu.
   Co tutaj robi osza? Tylko o tym byłam w stanie myśleć. Demon uśmiechnął się na widok Xaviera. Pamięta go. Rozgląda się w poszukiwani mnie, gdy mnie znajduje jej uśmiech staje się jeszcze szerszy.
   Postanawia skupić się na Xaviere, który jest już prawie przy niej. Z niesamowitą szybkością podbiega do niego i popycha na ścianę. Chłopakowi od uderzenia zapiera dech w piersi. Demon jest silniejszy od poprzedniego razu. Usłyszałam jak mówi dziwnie zniekształconym głosem:
- Najpierw załatwię ciebie a później zabiorę ją – długie palce oszy zaciskają się na gardle Xaviera. Muszę coś zrobić. Nie mam żadnej broni, więc robię coś głupiego. Naprawdę bardzo głupiego. Wyciągam opakowanie ciastek z torby i wybiegam przed sklep. Wyjmuje jedno ciastko z  opakowania i rzucam w demona. Nie reaguje.
   Rzucam kolejnym. Osza odwraca się i w tym momencie następne ciastko uderza ją w twarz. Udało mi się ją zezłościć. Poszło łatwiej niż myślałam.
   Kobieta puściła Xaviera i zaczęła zmierzać w moją stronę. Widzę jak chłopak łapię się za gardło i w mojej głowie krąży jedna myśl: „Szybciej Xavier, szybciej!”. Na moje szczęście Naznaczony szybko odzyskuje kontrole nad swoimi ruchami i błyskawicznie doskakuje do osy wbijając sztylet w miejsce, w którym u człowieka znajduje się serce. Demon zaczyna się palić, Xavier odskakuje od niego i podbiega do mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał a ja kiwnęłam głową – Dzięki – dodaje. - Osza zatrzymana przez ciastka, kto by pomyślał – zaśmiał się a ja do niego dołączyłam.
- Chyba nie są zbyt inteligentne.
- Są nastawione na wykonanie zadania a jeżeli ktoś im przeszkadza chcą jak najszybciej tego kogoś zlikwidować.
- Kto ją wysłał? - zapytałam. Pamiętałam, że po poprzednim ataku na mnie Xavier mówił o tym, że są wynajmowane przez innych do zabicia lub sprowadzenia kogoś.
- Nie jestem pewny czy chciałabyś to wiedzieć.
- Mów, dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy – odpowiedziałam. Naznaczony chwilę zwlekał z odpowiedzią, ale w końcu z rezygnacją w głosie powiedział:
- Podejrzewam, że wysłał ją twój brat – myliłam się, zaskoczył mnie. - Mógł się dowiedzieć, że wiozę cię do Naznaczonych
- Co w tym złego? Fabian tego chce, prawda?

- Nie za bardzo – westchnął – Niedawno dowiedziałem się, że Fabian wykorzystuje Naznaczonych a później się ich pozbywa. Ze mną tez chciał to zrobić, ale w porę się zorientowałem. Niektórym udało się uciec i ukryć, wiozę cię tam, abyś była bezpieczna. Nie ukrywam, że sam potrzebuje ich pomocy – wszystko co wiedziałam o moim bracie uległo zniszczeniu. Myślałam, że mi pomoże a okazało się, że może chcieć mnie wykorzystać i później zabić.

__________________________________________________________________________________________

Karolina Ł.
17 lat

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział szósty

Obudziło mnie irytujące pikanie pod poduszką. Szybkim ruchem wyłączyłam budzik i spojrzałam z bólem na cyferki, na ekranie telefonu. Była 2:55. Nienawidziłam swojego telefonu w tym momencie. Miałam ochotę przekręcić się na drugi bok i zasnąć, ale wiedziałam, że ta opcja nie wchodzi w grę i chcąc nie chcąc zgramoliłam się z łóżka. Byłam zaspana, ale już nie zmęczona. Cieszę się, że postanowiłam poczekać kilka dni, zanim wcieliłam swój plan w życie.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarny top, czarną bluzę i ciemne jeansy. Starałam się poruszać jak najciszej potrafiłam, ale wiadomo, im ciszej starasz się poruszać tym więcej hałasu robisz. Co chwilę na mojej twarzy pojawiał się grymas, kiedy to kolejna deska skrzypiała pod ciężarem mojego ciała. Uroki drewnianych podłóg. Z każdym kolejnym skrzypnięciem modliłam się w duchu, aby okazało się, że Kate jednak ma teraz dyżur.
Kiedy już założyłam trampki, których używałam do tej pory jako kapci, powoli wpakowałam do plecaka trochę ubrań, przybory kosmetyczne, śpiwór, portfel, kilka długopisów, notes, dwie książki, moje zdjęcie z Tysonem z pierwszych wygranych zawodów regionalnych i nóż, który kilka dni wcześniej przemyciłam z kuchni, kiedy Kate nie było w domu. Z telefonu wyciągnęłam kartę i schowałam ją pod szafą. Omiotłam spojrzeniem pokój. Łzy napłynęły mi do oczu, ale wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na chwilę słabości.
Już miałam otworzyć okno prowadzące na schody przeciwpożarowe, kiedy w mojej głowie zakołatała się niedająca mi spokoju myśl. „Jak Kate zobaczy rano, że mnie nie ma, od razu zacznie mnie szukać”. Nie mogłam na to pozwolić, więc w towarzystwie poskrzypywania podłogi podeszłam do biurka, wyrwałam kartkę z zeszytu i napisałam, najspokojniej jak mogłam: 

„Poszłam pobiegać, a potem 
na trening nadrobić zaległości
xoxo Rose”


            Zawsze, kiedy rano wychodziłam zostawiałam jej taką karteczkę. Gdybym tego nie zrobiła z pewnością zaczęłaby coś podejrzewać, a tak to mam dodatkowe kilka godzin zanim się zorientuje, że coś się dzieje.
            Zaplanowałam wszystko idealnie, no może oprócz skrzypienia podłogi, na które nie zwracałam nigdy uwagi za dnia, ale kiedy otwierałam okno na schody, samozachwyt nieomal  rozsadził mnie od środka. Dokładne naoliwienie zawiasów zdziałało cuda.
            Nie bawiłam się w schodzenie po schodach. To również miałam przemyślane. Zeskoczyłam z nich zwinnie i niemalże bezszelestnie, ciesząc się, że mieszkamy na pierwszym półpiętrze.
            Spojrzałam jeszcze raz na okno swojego pokoju. Ile bym dała, żeby wrócić do tego jak było dawniej. Żeby móc znów się obudzić w swoim miękkim łóżku i cieszyć się na widok moich bliskich. Żeby nie ciążyła mi ich zdrada. No po prostu, żeby było jak kiedyś. Niestety wiedziałam, że tak już nie będzie. Odwróciłam się i ruszyłam boczną uliczką, coraz bardziej oddalając się od domu, od sali treningowej, od Josha, od Fabiana.
              Szłam pewnym krokiem, obserwując czy nie jestem śledzona. Miałam nadzieję, że Xavier pilnował frontu budynku i że moje zachowanie przez ostatnie kilka dni nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Grałam spokojną i udawałam, że akceptuję to co się dzieje, robiłam plany z Kate, umówiłam się na jutro z Joshem, na kolację w jednej z jego wymyślnych restauracji, Erica poprosiłam o dodatkowy trening za tydzień, bo tylko wtedy miał czas.
            Mimo faktu, że byłam pewna doskonałości mojego planu, to i tak większość brałam tylko na wiarę i nadzieję. Zauważyłam, że ostatnio niewiele rzeczy dzieje się zgodnie z planem, a nieprzewidywalność stała się moją nową codziennością. Wszyscy, których znam wiedzą o mnie więcej niż ja sama. Nikomu nie mogę ufać.
            Zanim się zorientowałam nastał poranek. Nawet nie wiem kiedy przegapiłam wschód słońca. Po drodze nie spotkałam nikogo, miałam nadzieję, że nie dlatego, że tak dobrze się ukrywali ze śledzeniem mnie. Wiele razy zmieniałam trasę, szłam przez rzekę jeśli miałam możliwość, przechodziłam przez budynki, kilka razy nawet użyłam kanalizacji przeciwpowodziowej, klucząc długo w gąszczu jej korytarzy, nie wiedząc gdzie tak właściwie idę.
            Tak właśnie jest. Mimo całego idealnego planu, nie wiem dokąd zmierzam. I to chyba jest jedyna rzecz, która mi zapewni bezpieczeństwo. Ignoruję przeczucia, kiedy jakaś ulica wygląda znajomo idę inną drogą. Nie znajdą mnie. Błagam. Niech mnie nie znajdą.
            Zatrzymałam się dopiero o zmroku. Przeszłam z 80 kilometrów. Przeszłabym więcej, gdyby nie postoje, żeby coś zjeść, kupić lub skorzystać z toalety. Nogi mnie nie bolały. Nie. One tak najzwyczajniej w świecie były w piekle smażąc się w najgorętszych płomieniach. Nie jestem w stanie opisać tego bólu, nie istnieje nawet przekleństwo, które by choćby w pięciu procentach oddało to co czułam.
            Znajdowałam w Okanogan-Wenatchee National Forest. Przynajmniej tak mnie poinformowała tabliczka, którą minęłam kilka kilometrów przed postojem. Znalazłam coś co kiedyś było… może i chatką, ale teraz przypominało rozrzucone w nieładzie deski, opierające się o siebie. Pomimo wyczerpania stworzyłam z nich prowizoryczne schronienie.
            Siedziałam opatulona śpiworem, w tym prowizorycznym domku i rozglądałam się po lesie. Przeklinałam się za to, że nie wzięłam ze sobą jakiejś książki o roślinach, bo nawet nie wiem co w tym lesie po zjedzeniu mnie zabije, a co nie. Ale wiem, że nie mogłam tego zrobić, bo mogłoby ich to naprowadzić na mój cel, choć wychodząc z domu sama go nie znałam.
            Myśl o domu obudziła we mnie dziwną nostalgię. Nie mogłam tego dłużej kontrolować. Wyczerpanie, piekielny ból stóp i nóg, odciski… dodając to do ostatnich wydarzeń można uzyskać tylko i wyłącznie łzy. Josh mnie zdradził. Kate mnie zdradziła. Wiem, że mam brata od zaledwie kilku miesięcy i już go nienawidzę! Nie mogłam ufać nikomu. Byłam sama. Mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości. Płakałam długo. Nie wiem jak długo, bo gdzieś w międzyczasie zmęczenie wepchnęło mnie w objęcia Morfeusza.
*
            -CO TO MA ZNACZYĆ!
            -Ja… ja nie wiem… nie wiem jak to się stało…
            -TO SIĘ DOWIEDZ!
            -To… to nie wszystko…
            -Chcesz mi powiedzieć, że zgubienie mojej siostry to tylko początek twoich porażek Tyson?
            -Wybacz mi panie…
            -Najpierw powiedz co się stało. Potem… się zastanowię.
            -Xavier…
            -Co z nim?
            -On też…
            -Kpisz? Błagam powiedz, że kpisz! Najpierw Felicie, teraz Xavier?! CO Z NIM?!
            -On… on też… zniknął…
            -Nie… on zapewne jest na jej tropie. Nie bądź głupcem Tyson! Xavier w przeciwieństwie do ciebie jest przydatny. Hahaha dać się zmylić głupiej dziewczynie? Nie sądzę, żebyś był mi jeszcze do czegoś potrzebny.
            -Błagam… nie… NIE!
*
            Obudziłam się ciężko oddychając. Nie pamiętam mojego snu. Może i lepiej? Powoli starałam się uspokoić oddech, ale w głowie dudniło mi echo przeraźliwego krzyku. Wszystko było czerwone i słychać było krzyk. Przeraźliwy krzyk, który się urywał tak nagle. Nie mogłam złapać oddechu. No nie… atak paniki. Okolice wypełnił mój wrzask, a na policzkach czułam gorące łzy. Złapałam się za głowę, próbując uspokoić. Poczułam na czole wilgotną szmatkę. Była ciepła. Ale to nie był problem. Problemem było to, skąd do cholery wzięła się na moim czole wilgotna szmatka?!
            -Co się stało?! – w zasięgu mojego przerażonego wzroku pojawił się Xavier. Był spocony i prawie tak samo przerażony jak ja. Atak paniki przybrał na sile. – Nie. Nie bój się – powiedział podchodząc do mnie powoli. Wyglądał jakby nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
            Nie wiem jak to się stało. Może to przerażenie na jego twarzy. Może to moja bezsilność. Może. Nie wiem. Ale jedyne na co miałam siłę w tym momencie, to śmiech. Atak paniki minął jakby go nigdy nie było. Śmiałam się tak głośno i tak bezsilnie, że łzy naleciały mi do oczu. Ale nie płakałam już tak jak wczoraj. Po prostu moje życie wydało mi się tak porąbane, że aż śmieszne.
            -Skończyłaś już? – zapytał Xavier z niecierpliwością w głosie. Pod warstwą nonszalancji, która wróciła na jego twarz, widziałam zirytowanie.
            -Jeszcze momencik – zaśmiałam się.
            -Taaaak. Śmiej się głośniej, niech wszyscy nas usłyszą…
            -No już, już. Jesteśmy pośrodku nigdzie. Nie denerwuj się – powiedziałam opanowując śmiech.
            -No tak, denerwowanie sie to nic innego jak mszczenie sie na własnym zdrowiu, za głupotę innych, jak słyszałem – odpowiedział z przekąsem.
            Spojrzałam z niego z wyrzutem, już nie chciało mi się śmiać.
            -To co tutaj robisz?
            - Dałbym ci szansę, żebyś sama zgadła, ale wątpię, żeby ci się to udało – widziałam wyraz satysfakcji na jago twarzy, kiedy obserwował moją zmieniającą się minę. – To długa historia. Ma w sobie twojego kochanego braciszka – akcent, który położył na te dwa słowa mnie zdziwił, - wszystkich, których znasz, ciebie oczywiście, bo najwidoczniej wszystko się tyczy ciebie – przewrócił oczyma – no i mnie – uśmiechnął się szelmowsko, a ja poczułam jak moje policzki robią się czerwone. BA! Bordowe może nawet, bo ten uśmiech mnie powalił. Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że on to zauważył i sam też się zarumienił, na co uśmiechnęłam się tryumfalnie. – Ale… ale to musimy sobie zostawić na później, bo najpierw muszę cię zabrać w bezpieczne miejsce, bo to… - wskazał okolicę i moją konstrukcję, którą w tym momencie broniłabym jak lwica przed jego szyderstwem, - jest… no właśnie.
            -Jak zwykle na później… - popatrzyłam na niego z wyrzutem. Pominęłam jego ostatnie słowa. – Dobra, mój wątpliwy bohaterze – uśmiechnął się krzywo, - dokąd zmierzamy? I czemu powinnam ci ufać?
            -W sumie to mi to tito czy mi ufasz czy nie. Ale jeżeli chcesz żyć i dowiedzieć się wszystkiego to chodź ze mną. Jeżeli nie… prędzej czy później cię znajdą i w zależności od twojej postawy wykorzystają cię lub zrobią z ciebie kebaba. Proste.
            Kebaba? Irracjonalnie zakołatało się w mojej głowie. Chyba nie miałam wyboru.
            -Okay… niech ci będzie, o Xavierze – cieszyło mnie kpienie z niego, a jego w równym stopniu to irytowało, choć ukrywał to dość sprawnie. – Ale chcę, żebyś wiedział, że jeżeli mnie oszukujesz to cię zabiję. Bez wahania.
            -Chciałbym zobaczyć jak próbujesz.
            -To gdzie teraz?
            -Castle Mountain w Banff National Park, w Kanadzie.
            -Czemu akurat tam?
            -Bo tam się znajduje kryjówka Naznaczonych, którym udało się uciec.


__________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat

sobota, 28 marca 2015

Rozdział piąty

Próbowałam otworzyć oczy. Nic. Byłam bezsilna. Zupełna ciemność. Jakby ktoś skleił moje powieki.
- Powinna się wkrótce obudzić.
Przecież nie śpię, do cholery!
- I co wtedy?
- Nic.  Zachowujemy się,  jakby do niczego nie doszło. Może nie będzie pamiętać.
Głosy, które słyszałam, wydawały mi się znajome.
- Szkoda mi jej trochę.
- Wiem, mi też. W końcu jest moją przyjaciółką.
Kate.
- Naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Miała się nigdy nie dowiedzieć… o nas.
I Josh.
Chciałam krzyknąć do tego zdrajcy, żeby wyszedł  z pokoju, ale nie mogłam. Nie wydobyłam z siebie ani słowa, słyszałam wszystko w głowie.
- Ile jej zaaplikowałeś?
Nie wiedziałam, co się dzieje, ale oczyma wyobraźni widziałam strzykawkę z jakimś tajemniczym, przeźroczystym płynem, który właśnie trafił do moich żył.
- Parę miligramów. Powinno wystarczyć.
Poczułam nagle, jak czucie w całym moim ciele wraca. Spróbowałam coś powiedzieć i zauważyłam postęp – jęknęłam niczym kot obdzierany ze skóry.
- Chyba już wraca – usłyszałam Kate. I zobaczyłam ją.
Ponownie miauknęłam, tym razem mniej żałośnie.
- Rose?  - poczułam ciepły oddech Josha pochylającego się nade mną. – Kochanie, jesteś tam?
- W-ww… - stęknęłam. Przychodziło mi to z trudem.
- Uspokój się. Nic ci nie jest. Musisz ochłonąć – to Kate. Stała po prawej stronie łóżka, uśmiechając się szeroko.
- Dz-dz-dziw… dziwka – szepnęłam ze łzami w oczach. Nie tylko byłam zła, ale wyczerpana i każde wypowiadane słowo bolało mnie.
Odsunęła się zaskoczona.
- O czym ty mówisz? – oburzyła się.
- Musisz odpocząć – wtrącił się Josh. -Masz jakieś halucynacje. Przyjdziemy do ciebie później, teraz śpij.
Zaprotestowałabym, gdyby mi się chciało. Westchnęłam i obróciłam się, wtulając twarz w poduszkę. Miałam dużo do przemyślenia.
Pierwsze: kim do cholery jestem?
Drugie: o co chodzi z tym całym klanem?
Trzecie: Josh i Kate, moja kochana mamusia zastępcza. Dlaczego?
I czwarte: Matko Boża Tępego Noża, ale mnie łeb napierdala…

Jestem naprawdę zagubiona. Całe moje piękne życie zaczęło się sypać jednego dnia. Och, od razu się posypało! Teraz jest jeszcze gorzej. Jeśli może być.
Zawsze byłam szczęśliwa, mimo że wychowałam się w niekoniecznie typowych dla ludzi warunkach. Potem dowiedziałam się, że nie jestem za kogo się uważam i przestałam ufać nawet sobie samej.
Natura ludzka jest dziwna. Jak wiele potrafimy przetrwać, a jeden drobny szczegół obraca nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. I to wielokrotnie. Aż zaczyna kręcić nam się w głowie od tej niezrozumiałej karuzeli i zbiera się na wymioty. Ale nie możemy się wyrzygać, bo stracimy wszystko co mamy w sobie i znów będziemy głodni normalności. Lecz nasz żołądek nie zniesie żadnego pokarmu, boi się, że znów będzie musiał się go pozbyć. Wtedy mamy dwie opcje: umierać z głodu czy zaryzykować, żeby przeżyć wszystko jak najlepiej.
W końcu kiedyś wszyscy umieramy.
Ale mogę przeżyć życie jak najlepiej. Dlaczego mam myśleć o najgorszym? Jestem tu, teraz, nieświadoma, ale żyję. Nie tylko istnieję, żyję, jestem, kocham, pragnę, nienawidzę. Nie chcę umierać z głodu.
Chcę ryzykować.

Obudziłam się w pełni świadoma po raz pierwszy od trzech dni, tak twierdził Josh. Nie miałam podstaw, żeby mu nie wierzyć, nawet jeśli był pierdolonym oszustem, kłamcą, zdrajcą i dziwkarzem.
Słońce świeciło wysoko na niebie, a zegar wskazywał jedenastą trzydzieści.
- Co mi się stało? – zapytałam, siadając na łóżku.
- Zemdlałaś. Miałaś cholernie wysokie ciśnienie, baliśmy się, że trafisz do szpitala. Ale podałem ci leki uspokajające.
- Co z turniejem?
- Och, nie pamiętasz? Zemdlałaś w trakcie niego. Nie mogłaś dalej walczyć.
- Nie kłam – powiedziałam sucho. - Nie zemdlałam w trakcie turnieju, tylko gdy zobaczyłam cię, jak całujesz się z Kate.
- O czym ty mówisz? – udawał zaskoczonego.
- Dobrze wiesz o czym. Musimy porozmawiać, ale nie teraz. Nie jestem na siłach.
- Nie dziwię ci się. Trzy dni nieprzerwanego snu mogą nadszarpnąć twoje zdrowie.
- Specjalista się znalazł – mruknęłam oburzona. Nie mogłam jednak powstrzymać się od uśmiechu. Okej, może zrobił najgorszą rzecz na świecie, ale nadal był moim słońcem. Znienawidzonym słońcem.
- Przyniosę ci śniadanie.
- Nie ma potrzeby, zrobię sobie sama.
- Nie powinnaś…
- Nie zaczynaj. Wyjdę z łóżka, czy ci się to podoba, czy nie. Dupa mnie boli od tego bezruchu.
Westchnął ciężko.
- Uparta jak zawsze…
- Idź, rób swoje. Potem odpowiesz mi na parę pytań – uśmiechnęłam się wrednie.
Poszłam do łazienki, przebrałam się w luźne ubrania i spojrzałam w lustro. Miałam okropne cienie pod oczami, moja twarz wydawała się jakaś zniekształcona. Wzdrygnęłam się, niczym przerażona swoim wyglądem.
Przy kuchennym stole czekał na mnie Josh ze śniadaniem. Nie byłam głodna, jednak dziubnęłam trochę (jajecznica z boczkiem, mój faworyt), żeby znowu nie słuchać, jak mój eks udaje, że przejmuje się moim stanem.
- Chciałaś o coś pytać?
- Och, tak – odłożyłam widelec. – Mam kilka pytań. Dlaczego zdradzasz mnie z Kate?
- Ja nie…
- Odpowiedz – poprosiłam beznamiętnie.
- Jakoś tak… Jakoś wyszło – zarumienił się ze wstydu. – Rose, naprawdę, kocham tylko ciebie,  już więcej nie zbliżę się do niej, wybacz mi, proszę.
- Czas pokaże. Drugie pytanie: co mi zaaplikowałeś rzekomo trzy dni temu?
- Środki uspokajające. Nic ci się nie stało. Coś jeszcze?
- Jeszcze jedno: co wiesz o moim poprzednim życiu?
- Jakim „poprzednim życiu”? – zaśmiał się.
- Josh, proszę. Wiesz, że byłam adoptowana i z pewnością wiesz, kim tak naprawdę jestem. Ta sytuacja coraz bardziej mi się nie podoba. Sprawiłeś mi przykrość już raz, nie rób tego po raz kolejny.
- Rose, uwierz, chciałbym ci powiedzieć, ale…
No tak, zawsze jest jakieś „ale”.
- Ale nie możesz.
- Ale nie wiem nic. Gdybym wiedział, naprawdę bym ci powiedział o wszystkim. Ale nie wiem nic. Przykro mi.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać – wstałam od stołu. - Wyjdź, proszę. Zadzwonię, kiedy będę gotowa.
- Rose, proszę… - podszedł do mnie.
- Nie. Wyjdź. Dam sobie radę.
Spojrzał mi w oczy. Zgaduję, że ujrzał w nich, że nie żartuję i odszedł. Posprzątałam po śniadaniu i też wyszłam z domu. Musiałam się odstresować.

Właśnie robiłam sobie przerwę w bieganiu, kiedy podeszła do mnie znajoma postać.
- Kogo to moje piękne oczy widzą – słysząc ten głos od razu wiedziałam o kogo chodzi.
- Xavier.
- We własnej osobie.
- Czego znowu chcesz?
- Porozmawiać. Mam wieści.
- Jakie? – zapytałam zdziwiona.
- Od Fabiana.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
- Twojego brata – dodał, widząc mój wyraz twarzy.
- Ach tak, tego sprzed śpiączki.
- Sprzed pierwszej śpiączki – uśmiechnął się, kładąc nacisk na drugi wyraz.
- Jak to pierwszej?
- Czy czasem dzisiaj nie obudziłaś się po paru tygodniach?
- Josh powiedział…
- Josh jest kłamcą – przerwał mi. – Wydaje mi się, że już o tym wiesz.
- Byłeś tam. Wtedy, gdy oni się całowali.
- Zawsze jestem przy tobie. Takie mam zadanie, pilnować ciebie i chronić przed oszami i innymi cholerstwami czekającymi na ciebie.
- Ile byłam w śpiączce?
- Jakieś… - zastanowił się. – Pięć tygodni.
- Chcesz mi powiedzieć, że przez pięć tygodni leżałam z dupskiem w łóżku i obudziłam się jak gdyby nigdy nic, w pełni sprawna fizycznie, jedynie trochę zmęczona?
- Jesteś naznaczona, ludzkie problemy cię nie dotyczą.
- Super. – Powiedziałam ironicznie. - To jakie masz wieści do przekazania?
- Wieści? Faktycznie, prawie zapomniałem.
- Nieśmieszne.
- Fabian kazał ci powiedzieć, żebyś przygotowała się na jego przybycie.
- Kiedy tu będzie?
- Nie wiem. Wszystko zależy, kiedy przejdziesz etap drugi.
- Etap drugi?
- Zadajesz zbyt dużo pytań. Są trzy etapy. Pierwszy zaczęłaś już dawno, kiedy jeszcze tego nie pamiętasz, a dopełnił się twoją drugą śpiączką. Drugi etap jest o wiele gorszy i przekonasz się o tym sama. Przeżyjesz go, ale gwarantuję ci, twoje życie diametralnie się zmieni. Trzeci etap to głównie trening i przygotowanie.
- Do czego?
- Do wejścia do naszego kręgu. Chociaż teoretycznie już w nim jesteś, jednak coś nie wyszło na początku. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Tymczasem uważaj na tego swojego chłoptasia.
- Dzięki za ostrzeżenie – byłam zirytowana.
- Nie, naprawdę. On może być dla ciebie niebezpieczny. Wydaje się, że współpracuje z… takimi jednymi. Z tymi złymi.
- Bo facet, który mnie śledzi i wmawia, że robi to na polecenie mojego brata, którego nie znam, jest dobry, tak?
- Robię to, bo cię chronię.
- No jasne. Masz do mnie jeszcze jakąś sprawę? Czy mogę już iść?
- Tylko tyle, żebyś uważała na tego Jake’a.
- Josha.
- Nieważne. I przygotuj się na przybycie Fabiana.
- Jasne. Do zobaczenia – pobiegłam dalej.
Gdy zobaczyłam, że Xavier zniknął, zwolniłam kroku. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, wziąć zimny prysznic i ponudzić się przed telewizorem. Najwyraźniej pięć tygodni śpiączki bardzo mnie rozleniwiło.

- Xavier!
- Co?
- Gdzie byłeś?
- Przekazywałem twoje wiadomości twojej siostrzyczce.
- Świetnie.
- I ostrzegłem ją przed Joshem. To znaczy, Aaronem.
- Znakomicie. Jest już prawie gotowa na konfrontację.
- A co z tobą? Jesteś gotowy?
- Jeszcze trochę czasu mi to zajmie. Muszę się upewnić, czy nie wpieprzę się w jej żałosne, ziemskie życie. Naprawdę, podoba jej się tam i nie chcę, żeby nienawidziła mnie za to.
- Jej chłopak zdradza ją z jej matką adopcyjną, co dla niej jest strasznym problemem. Czy jej życie może być gorsze?
- Nie, jeśli nad nią czuwam.
- To JA nad nią czuwam, Fabian. Nie zapominaj o tym.
- Ale robisz to na MOJE polecenie. Ja muszę zająć się sprawami tutejszymi, dlatego tobie powierzyłem tę rolę. Zresztą widzę, że ci się spodobała.
- Być może.
- Nie martw się, kiedy już ją sprowadzimy do naszego świata, będziesz miał okazję o nią zawalczyć. Nie mam nic przeciwko.
- Nie powiedziałem, że tak jest.
- Ale widzę to po tobie. Och, Xavier, nie próbuj mnie okłamać. W mojej rodzinie nie ma miejsca na bycie oszukanym. Rose też nie daje się zwieść Aaronowi.
- Ale jednak nie wie.
- Niewiedza jest czym innym, niż wiara w kłamstwo. A teraz wybacz, ale muszę odpocząć.
- Jasne, to może ja pójdę pilnować Rose.
- Świetny pomysł.

Obudziłam się na kanapie z krzykiem.
- Rose? – usłyszałam głos Kate z kuchni.
- Nic mi nie jest.
Weszła do salonu i usiadła na kanapie. Przytuliła mnie.
- Tak się cieszę, że nareszcię się obudziłaś – zobaczyłam pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
- Też czuję się lepiej.
- Tydzień leżałaś bezradna, och, jak się bałam…
- Josh mówił, że tylko trzy dni – postanowiłam udawać, że nie wiem, że tak naprawdę było to pięć tygodni. Z ich trójki, to znaczy Josh – Kate – Xavier, miałam najmniej powodów, żeby nie wierzyć temu ostatniemu.
Nie odpowiedziała.
- Och, z pewnością straciłaś rachubę czasu – powiedziałam. Odepchnęłam ją delikatnie. – Muszę iść się załatwić – poszłam do toalety, starając się nie biec.
Blizna nad piersią piekła jak cholera. Zauważyłam też, że jakby pulsuje. Przeraziłam się. Co jeśli ktoś rzucił na mnie jakieś zaklęcie albo klątwę? Co jeśli Kate też kłamie? Współpracuje z tymi coś tam coś tam, jak Josh? Jeśli zaaplikowała mi truciznę?
Zawirowało mi w głowie. Podniosłam deskę klozetową i każdy chyba wie, co się później stało.
Gdy myłam zęby, do drzwi zapukała Kate.
- Nic ci nie jest? – zapytała zmartwiona. Nie, ona na pewno nie jest zła. Potrafię rozpoznać, kiedy ktoś kłamie.
- Wszystko w porządku – powiedziałam niewyraźnie, ze szczoteczką w ustach. – Śniadanie.
- Och, jasne – wróciła do swoich obowiązków.
Ponownie spojrzałam na bliznę. Ciągle była gorąca i jakby trochę większa, ale już nie pulsowała bólem.

- I jak?
- Jest coraz bliżej. Jej blizna się powiększa.
- Nareszcie!
- Fabian?
- Tak?
- Nie uważasz, że ta Kate… że ona może być powiązana z nimi?
- Kate jest zwykłym, ziemskim ścierwem. Nie ma nawet pojęcia, w co zaplątany jest Aaron.
- Ale w jego towarzystwie może sprawiać problemy.
- Nie sądzę. Aaronowi będzie zależało na tym, żeby mieć Rose blisko siebie, więc zostawi jej „matkę”.
- Żeby Rose chciała się z nim widywać?
- I żeby ją pokonać. Ale nie muszę się martwić, przecież ją ochronisz, prawda?

- Idę spać – poinformowałam Kate.
- Nie zjesz kolacji?
- Nie jestem głodna. Po prostu potrzebuję snu. Widzisz, trzy dni – pięć tygodni, pomyślałam – w śpiączce strasznie mnie zmęczyły – zaśmiałam się.
- No jasne. Dobrej nocy.
- Tobie też.
Zasypiając, do głowy przyszła mi tylko jedna myśl.

Zaryzykowałam.

__________________________________________________________________________________________

Adrian O.
17 lat.

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział czwarty

Obudziłam się w swoim pokoju następnego dnia (jak podejrzewam). Ściany są nieskazitelnie czyste. Zupełnie jak dywan. Po „odwiedzinach” nie ma żadnego śladu. Schodzę na dół by porozmawiać z Kate bo o śniadaniu nie chce na razie myśleć, chociaż podejrzewam, że dawno miałam w ustach jakiś posiłek.
- Kate? – wołam, ale nie odpowiada.
- Kate, jesteś w domu? – Wołam ponownie ale znów bez żadnego odzewu.
Powinnam do niej zadzwonić. Zaczynam się martwić o nią. Szukam jej wszędzie ale nie ma po niej żadnego śladu. Idę do jej sypialni. Wygląda jak zawsze. Sterylna, piękna i cała biała jak sala operacyjna. Wyciągam telefon i wykręcam numer do mojej matki adopcyjnej. Nie odpowiada. Pewnie została znów wezwana w ważnej sprawie, więc umówię się z Joshem.
-Hej Josh. Masz czas za..godzinę? – Pytam przez telefon.
-Rose! Oszalałaś? Od wczoraj się nie odzywasz. Martwiłem się! Czekaj na mnie. – odpowiedział po czym rozłączył się zanim zdążyłam cokolwiek dopowiedzieć.
Mam niecałą godzinę by się przygotować.

-Nie rozumiem jak mogłaś tak po prostu pojechać na ten wykład nie uprzedzając mnie. – Burknął Josh przez zaciśnięte zęby. Wiedziałam, że jego złość sięga zenitu.
-Przepraszam. To działo się tak szybko i Eric nie dał mi nawet chwili na powiadomienie cie. – starałam się go uspokajać.
- Ale jak to możliwe, że Kate nic o tym nie wiedziała? Powiedziała mi, że jesteś bardzo zajęta treningami a o wykładzie nie było nawet mowy. – Zapytał bardzo podejrzliwie.
 - Bo ten wykład w końcu ma dużo wspólnego ze stanowymi, prawda? Zresztą skończmy ten temat muszę się skupić na jutrzejszych walkach. – Odpowiedziałam wymijająco, by uniknąć drążenia tego tematu. Teraz naprawdę muszę się skupić na treningu.
- Josh, przepraszam ale muszę uciekać na trening. Odprowadzisz mnie?
- Oh, przepraszam ale jestem umówiony. .Znaczy muszę zająć się psem…sąsiadki. Wyjechała z mężem na kilka dni. – Miałam wrażenie, że stara się coś ukryć ale kiedy się uśmiechnął stwierdziłam, że na pewno mnie nie okłamuje.
- W takim razie zadzwonię po treningu. – Złożyłam delikatny całus na jego ustach i wyszliśmy z domu.

To był naprawdę ciężki trening. Kate odebrała mnie po zajęciach i wróciłyśmy do domu.
Obie czułyśmy się nieswojo w swoim towarzystwie. Zanim zdecydowałam się ją zapytać o Erica, mojego brata i całą tą dziwną sytuacje zapadłam w głęboki sen.


Kiedy tylko otworzyłam oczy następnego dnia zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo bolą mnie mięśnie po wczorajszym treningu. Co prawda byłam do tego nieco przyzwyczajona ale zawsze będzie to dla mnie nieprzyjemnym uczuciem. Od razu sprawdziłam telefon. Miałam  wiadomość od Kate, że pilnie wezwali ją do szpitala ale zobaczymy się na mojej walce, ale pojawi się na zawodach. Tyson napisał mi wiadomość, że mamy spotkać się w szatni godzinę przed walką, czyli zostało mi zaledwie 3 godziny na przygotowanie ciała do bólu.
Wzięłam długi, zimny prysznic, upięłam wygodnie włosy w dobierany i postanowiłam sama trochę poćwiczyć. Na rozgrzanie 6 minut skakania na skakance, 4 minuty brzuszków, 3 minuty skłony i przysiady. Reszta podstawowych ćwiczeń zajęła mi zaledwie 30 minut.
Z nerwów miałam tak ściśnięty żołądek, że zdołałam wypić tylko 2 butelki wody i zjeść kilka tostów. Kiedy zorientowałam się, że za godzinę mam być na miejscu szybko spakowałam swoje rzeczy, wzięłam klucze i pojechałam na miejsce.
-Hej lwico! – przywitał mnie Tyson z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Witaj trenerze. Strasznie się stresuje. – odpowiedziałam mu w pośpiechu.
-Nie ma czym. Jesteś najlepsza. Rozgrzewałaś już mięśnie? – Zapytał mnie ale nie musiałam mu odpowiadać bo dobrze znał odpowiedź.
-Lecę się przebrać. Poszukam jeszcze Kate i Josha. Mięli tutaj być razem.
Starałam się szybko przebrać ale założenie stroju do boksu nie trwa tylko co założenie bikini.
Pierwsze walki już trwały ale nie miałam ochoty ich oglądać. Chciałam skupić się tylko na swojej. Kiedy starałam się nałożyć buty usłyszałam, że Tyson z kimś rozmawia.
-Nie powinieneś tu przychodzić. – powiedział Tyson dość stanowczo do nieznajomej mi osoby. Uchyliłam lekko drzwi i przyjrzałam się dokładnie tej osobie. Był to mężczyzna dość wysoki, dobrze zbudowany, o krótko ściętych włosach. Miał całe ręce wytatuowane. Podejrzewam, że klatkę piersiową również. Jednak nie był to zwykły tatuaż. Wyglądał jak jakieś opowiadanie, pieśń, modlitwa czy coś w tym rodzaju. Jak jakieś zaklęcie.
-Wiem ale musiałem się upewnić, że wszystko jest uzgodnione.
-Wszystko jest gotowe. Musisz stąd iść zanim Kate cię rozpozna bo będziemy mieli wielkie kłopoty. Ufa mi i niczego się nie domyśla. – miałam wrażenie jakby to Tyson był poddany woli tego mężczyzny.
-Jesteś pewny, że ta dziewczyna sobie z nią poradzi?
-Tak. Maya ma dużo mocy by załatwić Rose, Felicie czy jak jej tam naprawdę na imię.. Idź już zanim nas usłyszy. Spotkamy się jutro w 2746. – Po czym mężczyzna odszedł.. nawet nie poznałam jego imienia. Jednak to nie było teraz ważne. Nie mogłam wziąć udziału w zawodach. Muszę szybko stąd wyjść i wiem, że teraz nie mogę nikomu ufać. Na moje szczęście w przebieralni jest drugie wyjście, dzięki czemu wyjdę niezauważona. Szybko wzięłam swoje rzeczy do torby i wyszłam jak najszybciej mogłam. Wyszłam tuż przy ringu. Musiałam przejść do tyłu i wymknąć się wyjściem dla pracowników. Starałam się nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi ale miałam wrażenie jakby wszyscy tam obecni mnie obserwowali. Przemykałam się wśród tłumów by wyjść jak najszybciej. Nie było to łatwe ale musiałam się skupić na tym. Chciałam żyć, tak jak chce tego każdy człowiek. Raz udało mi się uniknąć śmierci. Tym razem mogę nie mieć tyle szczęścia. W zasadzie nie zwracałam uwagi na twarze ludzi otaczających mnie. Tym bardziej na ich głosy, ale coś a raczej ktoś znajomy zwrócił moją uwagę. Wysoka kobieta o ciemnych lokach stała tyłem do mnie. Tak, to była Kate, Całowała się z jakimś mężczyzną, Miałam wrażenie, że skądś go znam..NIE! TO NIE MOŻLIWE!
-Kate?! Co ty robisz?! Jak możesz? – Zapytałam przez zaciśnięte zęby, a z oczy wypływały mi łzy.

-Rose..my tylko..rozmawialiśmy.- starała się tłumaczyć. Z całej siły uderzyłam ją w twarz i nie zwracałam uwagi na to czy mogę ją skrzywdzić. Bolało mnie to bardziej niż sobie mogłam to wyobrazić. Wiedziałam, że lubi Josha ale nie myślałam, że kiedykolwiek będą mogli mieć romans. Kiedy chciałam uderzyć mojego zdradzieckiego EX chłopaka poczułam wielki ból z tyłu głowy. Niewyobrażalny ból i zimną krew na moich plecach. W tym momencie straciłam świadomość.

_______________________________________________________________________________________

Renthal
16 lat

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział trzeci

Budzę się o świcie i jestem jeszcze bardziej niewyspana niż kiedy kładłam się spać. Kiedy schodzę do kuchni na śniadanie Kate patrzy na mnie zatroskanym wzrokiem.
-Wszystko w porządku?
-Jasne, czemu miałoby nie być? -nie lubię okazywać słabości, nawet przed Kate.
-Krzyczałaś przez sen, masz podkrążone oczy. Co się stało? Chodzi o Josha?
-Nie…to przez ten horror, który ostatnio oglądałam.- Nienawidzę kłamać. Kate wie, że skłamałam. Widzę to po jej minie. Na całe szczęście nie drąży tematu.
Dzień mija jak każdy poprzedni: śniadanie, ćwiczenia, wieczorem trening. Josh czekał na mnie pod domem, żeby mnie odprowadzić.
W drzwiach do sali treningowej wpadam na Tysona. Wygląda na bardzo zmartwionego i zestresowanego.
-Rose, przepraszam, ale nie mogę poprowadzić Twojego treningu przez najbliższe 2 tygodnie. Moja siostra miała poważny wypadek. Muszę do niej jechać. Ale nie martw się, mamy szczęście. Mój stary przyjaciel Eric był akurat w mieście i zgodził się Cie potrenować. Bardziej specjalizuje się w rzucaniu nożami, ale kiedyś trenował boks, więc chyba nie wszystko wyleciało mu z głowy, a lepszy taki trener niż żaden. Nie uszkodź go za bardzo. Powodzenia! - wyrzuca z siebie Tyson jednym tchem i wybiega z sali. Stoję w szoku przez parę minut, po czym ruszam na drugi koniec mieszczenia poznać nowego trenera. Cieszę się że Tyson znalazł kogoś na zastępstwo, ale z drugiej strony wcale nie mam ochoty ćwiczyć z kimś innym, szczególnie jeśli nie do końca zna się na boksie. Przed sobą widzę mężczyznę wyglądającego przez okno. Jest niewiele ode mnie wyższy. Ciemne włosy zakrywają uszy. Przez kiepskie oświetlenie nie mogę stwierdzić czy są czarne czy tak bardzo ciemno brązowe. W niektórych miejscach można było zobaczyć cienkie pasemka siwych włosów. Odwraca się w moją stronę powoli. Ma duże szare oczy. To dziwne, ale zmarszczki przy oczach dodają mu uroku. Wygląda na około 32 lata.
-Eric - kiwną mi głową - Zaczynamy trening. Zobaczymy czy rzeczywiście jesteś taka dobra.
Co za bezczelny facet! Zero wyjaśnień, rozmowy, nie dał mi się nawet przedstawić! Idę w stronę skakanki i zaczynam ćwiczyć. Nie mija 20 minut a Eric woła mnie do siebie na ring.
-Teraz będziemy walczyć.
-Ale…
-Nie ma żadnego ale - przerywa mi - wskakuj na ring albo wracaj do domu.
Zaciskam zęby i wchodzę na ring. Ja mu zaraz pokaże. Jeszcze będzie mnie prosił, żebym wróciła do tej cholernej skakanki jak mu skopie tyłek. Eric bierze małą tarczę i wykonuję serię szybkich uderzeń. Później kolejną. I jeszcze jedną. Przy ostatniej Eric cofa się do tyłu pod siłą mojego uderzenia.
-Dobra, teraz spróbuj mnie pokonać - mówi odrzucając tarczę. Parskam śmiechem.
-Bez obrazy, ale nie chcę panu zrobić krzywdy.
-Jak mnie chociaż raz trafisz to będzie sukces.
Prowokacja, czysta prowokacja. Biorę kilka głębokich oddechów i wymierzam pierwszy cios w brzuch. Mimo tego, że zachowuje się jak dupek to nie chcę mu nic połamać. Tyson mógłby być na mnie później zły. Mój cios jest szybki, ale o dziwo nie trafiam. Zdezorientowana patrzę na Erica, który stał dwa kroki dalej z obojętną miną. Wykonuję całą serię szybkich ciosów i każdy z nich jest całkowitą porażką. Ani razu nie trafiam. Patrzę z niedowierzaniem na rękawice i staram się uspokoić. Wykonuję jeden z tajnych ciosów, których nauczył mnie Tyson. Eric blokuje uderzenie, ale przynajmniej wreszcie go trafiam. Chyba się męczy. Seria kolejnych ciosów jest blokowana aż w końcu udaje mi się go trafić w brzuch. Skrzywił się lekko i niespodziewanie uderzył. Cios w przeponę zwala mnie z nóg i pozbawia oddechu.
-Wstawaj. - To rozkaz a ja nie lubię jak mi ktoś rozkazuje. Mimo tego podnoszę się zdeterminowana by drugi raz nie upaść. Eric wyprowadza kolejny, który blokuję, ale kolejny jest tak szybki, że nawet go nie zauważam. Uderzam twarzą o ring.
-Wstawaj. - Krótka, beznamiętna komenda.
-Nie.
-Boisz się, że znowu nie zdążysz się obronić?
Zrywam się z podłogi i wyprowadzam najszybsza i najsilniejszą serię ciosów na jaką mnie stać. Eric unika moich ciosów z nadludzką szybkością. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś ruszał się tak szybko. Dwa razy go trafiam, z czego jeden atak blokuje. Jego uderzenia są zdecydowanie bardziej skuteczne. Dwa pierwsze blokuję, ale trzeci sprawia ze odrywam się na chwilę od ziemi i z hukiem upadam na podłogę.
-Wystarczy - wyduszam z siebie.
-Nie. Wstawaj. Tyson mówił, że jesteś świetna, a ja tu widzę co najwyżej mocno przeciętną bokserkę.
-Nie jestem odpowiednio rozgrzana, a pan…
-A myślisz, że osza da ci czas, żeby się rozgrzać? Że będzie patrzyła jak się rozciągasz i skaczesz na skakance przez godzinę? Musisz nauczyć się przewidywać ruchy przeciwnika i je ubiegać. Musisz być przygotowana na walkę w każdym momencie, a nie tylko po rozgrzewce. - Mówi cicho, ale w jego głosie daje się wyczuć napięcie. Jestem w szoku. Nie wiem co powiedzieć. Skąd on to wszystko wie? Kim on do cholery jest? Czuję się jakbym trafiła do jakiegoś wariatkowa. Całe moje życie wywraca się od paru dni do góry nogami. - A może liczysz, że Xavier będzie cie zawsze bronił? Tak się składa, że miałem dokładnie 13 okazji żeby cie zabić i wiesz co? Wcale się nie zjawił, żeby cie uratować. Więc teraz wstawaj z ziemi i pokaż jakbyś walczyła gdyby od tego zależało twoje życie. - Wyciąga do mnie rękę i pomaga mi wstać. Nie potrafię powiedzieć czemu, ale w jakiś dziwny sposób po tej przemowie przestał mi się wydawać taki obcy i bez serca. Miałam wrażenie, że chce mnie bronić, ale nie wiem dlaczego.
Przyjmuję pozycję obronną i po chwili atakuję. Pudło. Kolejny cios. To samo.
-Obserwuj moje ruchy. Patrz na całą moją sylwetkę, nie tylko na ręce. - Zrobiłam jak kazał. Pierwszy cios udało mi się obronić, drugi też, przy trzecim zrobiłam unik. Zobaczyłam, że delikatnie się uśmiecha. Jest ze mnie zadowolony. Kolejne 10 minut wymienialiśmy szybkie uderzenia i coraz lepiej mi szło. Oczywiście nie mogło być zbyt idealnie. Chciałam za szybko odskoczyć w bok i potknęłam się o własną nogę. Upadłam na plecy. Eric wykonuje mocny cios w stronę mojego gardła. Zatrzymał się dosłownie centymetr od mojej szyi. Nie wiem jakim cudem zdążył zatrzymać tak szybkie i silne uderzenie. Klęczał nade mną a jego ciemne włosy zsunęły mu się na twarz. Jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie w górę i w dół. Nagle wydaje mi się, że gdzieś go już widziałam. Znam tą twarz. Tylko skąd?
-14 - wyszeptuję.
-Słucham? - Pierwszy raz widzę go zdziwionego.
-14 razy miałeś okazję mnie zabić.
-15. W czasie walki odsłoniłaś żebra tak bardzo, że gdybym odpowiednio mocno uderzył mógłbym je połamać, przebiłyby ci płuca i udusiłabyś się własną krwią. - Dodaje z uśmiechem i pomaga mi się podnieść.


Następne 2 tygodnie minęły bardzo szybko. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do Erica. Wiedziałam, że skądś go znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Może z życia zanim straciłam pamięć? To co wzięłam na początku za chłód, brak poczucia humoru i arogancję okazało się dobrodusznością, cierpliwością, opiekuńczością, ale jednocześnie siłą i stanowczością. Nasze treningi były czystą przyjemnością i dobrą zabawą. Nie raz wracałam do domu z siniakami, ale każdy z nich motywował mnie do dalszych ćwiczeń. Za każdym razem, kiedy próbowałam wypytać go o Xaviera, Fabiana, osze i wszystko z tym związane odpowiadał pokrętnie i zmieniał temat, tak że nie dowiedziałam się nic nowego. Odkąd pierwszy raz przyszłam na trening 15 minut wcześniej i zobaczyłam jak ćwiczy rzucanie nożami stało się to moim nawykiem. Zdarzało się nawet, że przychodziłam całą godzinę wcześniej. Widział moje zainteresowanie i uczył mnie podstaw. Wychodziło mi zadziwiająco dobrze jak na kogoś kto nigdy tego nie robił. A może robiłam? Może właśnie dlatego tak się uśmiechał kiedy podawał mi nóż? W ostatni dzień naszego treningu zadzwonił Tyson i powiedział, że jego siostra przeszła operację i pojawiły się jakieś komplikacje i wróci dopiero za tydzień. Ta wiadomość wcale mnie nie zasmuciła. Właściwie to nawet ucieszyła mnie myśl o spędzeniu kolejnego tygodnia z Erickiem . Lubiłam nasze treningi. Lubiłam jego śmiech, który zdarzało mi się słyszeć coraz częściej. Lubiłam jego silne ręce, które pomagały mi się podnieść z maty. Tak, zdecydowanie go lubiłam.
Z Joshem było z dnia na dzień coraz gorzej. Nie podobało mu się, że zamiast spędzać więcej czasu z nim chodzę na treningi wcześniej. To nie tak, że nie chcę być z nim, ale… jakaś dziwna, niewytłumaczalna siła ciągnęła mnie do sali treningowej, ringu, a może… Erica? Tak, był sporo starszy, ale tak niesamowicie mnie fascynował i miałam wrażenie, że jest brakującym puzzlem w układance „Życie sprzed utraty pamięci”.

Przedostatni dzień treningów z Erickiem. Jutro wraca Tyson. Jutro ostatni raz zobaczę się z Joshem przed jego wyjazdem. Umawiam się z Erickiem, żeby zrobić jutro trening rano, bo wieczorem Josh zabiera mnie na kolację do jakiejś restauracji. Wolałabym żebyśmy zjedli w domy wspólnie przygotowaną zapiekankę, no ale trudno. Dzisiejszy trening jest dziwny. Eric jest bardzo spięty i nerwowy. Nie wiem o co chodzi. Przed wyjściem łapie mnie za ramie i odwraca w swoją stronę.
-Odwiozę cię do domu.
-Nie musisz, to niedaleko, przejdę się. - Uśmiecham się, żeby ukryć zawstydzenie, kiedy uświadamiam sobie że stoję zaskakująco blisko niego.
-Odwiozę cię. - Mija mnie i idzie do samochodu. Nie mam pojęcia co do dzisiaj ugryzło. Mam nadzieję, że jutro będzie w lepszym humorze. Wsiadam do auta i jedziemy w milczeniu. Kiedy podjeżdżamy pod dom rozgląda się nerwowo po okolicy.
-Nie wychodź już dzisiaj z domu. - Odwraca się w moją stronę a w jego oczach widać błaganie. Uśmiecham się, kiwam głową i wychodzę z auta. Kiedy znika za rogiem dopiero do mnie dociera, że nigdy nie rozmawiałam z nim o moich prywatnych sprawach. Skąd do cholery wiedział gdzie mieszkam?


Łup! Łup! Przekręcam się na drugi bok. Łup! Łup! Powoli się przebudzam. Zastanawiam się skąd dochodzi ten hałas. Łup! Łup! Chyba ktoś wali w drzwi wejściowe. Przecieram zaspane oczy. Nagle słyszę głośny trzask jakby ktoś… roztrzaskał drzwi? Zaraz. Chwila. Co się do cholery dzieje?! Głośne i szybkie kroki dudnią na schodach. Wyskakuję z łóżka i staję w pozycji obronnej. Przez ułamki sekundy, które upływają zanim drzwi mojego pokoju otwierają się z hukiem opracowuję w głowie taktykę obrony, jednak kiedy widzę kto tam stoi nieruchomieję. Eric. Szybko wyciąga zza paska jeden ze swoich noży i rzuca we mnie. Nie jestem w stanie się ruszyć. Czemu chce mnie zabić? Widzę jak jego palce puszczają rękojeść i nóż leci w moją stronę. Mam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nadal stoję nieruchomo. Zamykam oczy i szykuję się na falę bólu. Czuję pęd powietrza przy moim uchu. Nóż prawie je musnął. No właśnie. Prawie. Eric nie chybiłby w nieruchomy cel. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask za moimi plecami. Odskakuję przerażona i widzę dziwne stworzenie wyższe ode mnie o głowę ze skórą koloru fioletowego, dużymi żółtymi oczami, dwoma ogonami, sześcioma rękami zakończonymi ostrymi szponami i nożem wzbitym w szyję. Czarna krew tryska na dywan i łóżko. Robi mi się niedobrze, chyba zaraz zwymiotuję. Czuję, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa i zaraz się przewrócę. Eric chwyta mnie za rękę i wyciąga z pokoju. Potykam się zbiegając ze schodów. Wypadamy przez roztrzaskane drzwi wejściowe na ulicę i biegniemy w stronę parku. Dopiero przy rogu ulicy rozjaśnia mi się w głowie. Eric narobił strasznego hałasu, to dziwne stworzenie też, a nikt w domu nie zareagował.
-Kate - mamroczę. - Gdzie jest Kate? Musimy po nią wrócić!
-Nic jej nie jest. Pojechała do pacjenta na drugi koniec miasta.
-Co?
-To był dobrze zaplanowany atak. Wywabili ją z domu, żeby nie powiększać liczby ofiar. Łatwiej upozorować jedno samobójstwo niż dwa. Kiedy do mnie zadzwoniła i powiedziała, że stary pan Smith, do którego jeździ czasami na wizyty kontrolne nie żyje od paru godzin i ktoś się pod niego podszył i wykonał telefon do szpitala to od razy wybiegłem z hotelu i przyjechałem jak najszybciej. Jak widać zdążyłem w ostatnim momencie.
-Znasz Kate?
-Tak, należymy do tego samego Zakonu. Została przydzielona do ukrycia i chronienia cie. Dobrze jej szło, ale od jakiegoś czasu dostawaliśmy informacje, że Samael mobilizuje ludzi i wznowił poszukiwania Naznaczonych.
-Samael? Zakon? Naznaczeni? - czuję się jak podczas rozmowy z Xavierem.
-Tak, wiem, nazywanie siebie imieniem, które nosił anioł śmierci jest dziwnym pomysłem, ale wiesz, on chyba tak o sobie myśli. - Zatrzymuję się i patrzę z przerażeniem na Erica. - Rose, wiem, że to wszystko wydaje się dziwne. Wytłumaczę ci. Obiecuje. Teraz musimy iść. Jeśli wezwali jednego demona, żeby cie zabił to na pewno mają w okolicy posiłki, gdyby plan A nie wypalił.
Ledwo kończy zdanie a z krzaków wyskakuje jakaś postać. Eric odpycha mnie na bok i przejmuje na siebie uderzenie. Upadam. Wszystko co dzieje się przez następne sekundy jest ciężkie do opisania. To tak jakby oglądać 4 filmy na raz i starać się zauważyć każdą scenę z 4 różnych ekranów jednocześnie. Eric bije się z napastnikiem, którym okazał się niewielkiego wzrostu mężczyzna z czarną chustą zakrywającą twarz. Z krzaków wybiegają kolejne postacie. Nie wiem kim, a może raczej czym są. Dwoje z nich to chyba demony bo trochę przypominają tego z mojej sypialni: szpony, kolce, ogony, rogi.  Następna trójka to ludzie (przynajmniej tak wyglądają) z chustami zakrywającymi im twarze zupełnie jak u tego faceta, który walczy z Erickiem. Siedzę na asfalcie sparaliżowana strachem. Czuję jak serce obija mi się o żebra. Boli. Znowu zaczyna mnie mdlić. Patrzę jak idą w moją stronę. Eric wyjmuje zza paska długi nóż, ale nie mam złudzeń, że da radę pokonać ich wszystkich.
-Rose! - czyjś głos wyrywa mnie z paraliżu. Rozglądam się i widzę, że w moją stronę biegnie Xavier. W ręku trzyma… Czy ja dobrze widzę? Miecz? Tak, to na pewno miecz. Staje między mną a napastnikami w pozycji obronnej. - Wstajesz czy masz zamiar dać się posiekać na kawałki?
Wstaję i również przyjmuję pozycję obronną. Cała banda atakuje. Xavier z zabójczą precyzją tnie mieczem napastników. Noże Erica świszczą w powietrzu. Jeden z zamaskowanych mężczyzn przebija linię obrony i biegnie na mnie. Nie ma noża, miecza, ani żadnej innej broni. Przez chwilę widzę iskierkę nadziei, że nie wszystko stracone i może ostatnie 3 tygodnie ciężkich treningów na coś się przydadzą. Atakuje, odskakuję, atakuje, blokuję i wyprowadzam szybki cios w żebra. Wydaje mi się, że słyszę trzask łamanych kości. Nie jestem pewna czy to jego żebra czy moja dłoń bo zaczyna boleć niemiłosiernie. Ta chwila nieuwagi drogo mnie kosztuje. Mężczyzna uderza w przeponę pozbawiając mnie powietrza, a później w twarz. Upadam na ziemie i czuję jak coś ciepłego spływa mi po twarzy. Przesuwam ręką pod nosem i czuję coś mokrego. Krew. Nagle mężczyzna krzyczy i pada na ziemię. Za nim stoi Eric z nożem umazanym krwią. Pomaga mi się podnieść. Patrzę na 3 trupy leżące na ulicy. Jeden człowiek i demon przeżyli. Z tym pierwszym walczy Xavier a drugi niebezpiecznie szybko porusza się w naszą stronę. Eric staje przede mną i rzuca nożem trafiając potwora w oko. Demon wydaje z siebie przerażający wrzask i uderza długim ogonem Erica zwalając go z nóg. Ta dziwna istota patrzy na mnie zielonymi oczami i wygląda na głodną. Odwracam się i zaczynam uciekać. Nie jestem głupia. Wiem, że go nie pokonam. Instynkt każe mi próbować przeżyć i znaleźć się jak najdalej od tego monstrum. Słyszę za sobą tupot ciężkich łap. Biegnę najszybciej jak umiem. Wbiegam do parku. Pędzę po ścieżce. Kiedy nie mogę już złapać tchu staję i odwracam się. Demon nadal mnie goni. Nie ucieknę. Nie dam rady. Chociaż próbowałam. Pędzi w moją stronę. Jeszcze pięć kroków i mnie dopadnie. Cztery. Trzy. Podnosi łapę z ostrymi szponami. Dwa. Zamykam oczy i zaciskam zęby. Szykuję się na falę bólu.  Jeden.
-Rose! - z bocznej uliczki wybiega Eric i skacze w moją stronę. Zero. Eric zamyka mnie w żelaznym uścisku i przejmuje na siebie cios ciężkiej łapy demona. Siła uderzenia odrzuca nas kilka metrów dalej. Przy upadku z jego kurtki wypadł szkarłatny kamień wielkości piłeczki do ping-ponga. Leżymy na ziemi. Demon powoli zbliża się w naszą stronę. Wygląda jakby się uśmiechał.
-Kamień - wydusza z siebie Eric. - Kamień. Bezpieczne miejsce. Skup się. Już to robiłaś.

Przewracam się na bok i na kolanach przesuwam w stronę kamienia. Chwytam go i wracam do Erica. Jego kurtkę na plecach rozcinają 3 głębokie rany. Demon jest coraz bliżej. Trzymam w ręku ten cholerny kamyk i nic się nie dzieje. Chwytam Erica za rękę i delikatnie nim potrząsam. Ma zamknięte oczy, nie odpowiada. Chyba stracił przytomność. Co powiedział? „Już to robiłaś.”. Biorę jeden głęboki wdech i powoli wydycham powietrze. Skupiam się na fakturze kamienia. Idealnie gładki. Zimny. Bezpieczne miejsce. Nie myślę o żadnym konkretnym. Bezpieczne miejsce. Czuję jak zaczyna drżeć w  mojej dłoni. Bezpieczne miejsce. Otwieram oczy i widzę białe światło wydobywające się z kamienia. Otacza mnie. Czuję jakbym rozpadała się na miliony małych elementów by po chwili połączyły się z powrotem w jedną całość. Światło znika. Rozglądam się. Siedzę na ganku drewnianego domku. Obok mnie leży nieprzytomny Eric. Jesteśmy w lesie. Czuję się tu dziwnie bezpieczna. Znam to miejsce. Wiem to. Ale skąd? Z trudem wciągam Erica do domu. Wiem gdzie jest sypialnia. Kładę go na łóżku i idę do kuchni. Wyciągam z jednej z szafek niewielki słoik z zieloną zawartością. Maść. Wracam do sypialni. Rozcinam koszulę Erica i smaruję rany maścią. Mamrocze z bólu wędrując między jawą a snem. Nic więcej nie mogę zrobić. Kiedy chcę wstać łapie mnie za rękę. Oczy ma zamknięte. Siadam na brzegu łóżka i delikatnie gładzę jego dłoń. Walczę ze łzami. Widziałam dzisiaj 4 trupy. Ktoś próbuje mnie zabić. Jestem cała poobijana i wykończona. Nie pójdę jutro na kolację z Joshem. Na łóżku obok mnie leży mężczyzna, którego poznałam 3 tygodnie temu. Nie, znam go znacznie dłużej tylko tego nie pamiętam. Ten dom też znam. Bo niby skąd miałabym wiedzieć gdzie była sypialnia, kuchnia, maść? Oddycham głęboko i staram się uspokoić. Czuję jak coraz bardziej przytłacza mnie ogrom tych wszystkich spraw. Pozwalam, żeby otuliła mnie ciemność. Tracę przytomność.

_______________________________________________________________________________________

KathLily
20 lat

wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział drugi

     Nie jestem dziś w nastroju, żeby spotkać się z Joshem. Zwykle, kiedy mam jakiś problem idę z nim do niego, czasami do Kate. W tym momencie chcę pobyć sama, więc po prostu wysyłam mu smsa, że jestem zajęta i wyłączam telefon. Nie chcę, żeby męczył mnie jeszcze tą imprezą, na którą już zdecydowałam, że nie pójdę. Kocham go, ale nie znoszę, kiedy się na mnie wścieka, że robię coś wbrew jego woli. Dokładnie pamiętam jego wyraz twarzy, kiedy pół roku temu, powiedziałam mu, że nie mogę jechać z nim do domku jego rodziców w naszą rocznicę. Myślałam, że mnie zabije wzrokiem. Przecież planował ten wyjazd przez cały (uwaga!) jeden dzień. Nie jestem jakąś zimną suką bez serca, naprawdę chciałam z nim jechać, tylko wtedy musiałam dużo ćwiczyć. Przez cały następny tydzień nie odbierał ode mnie telefonów. Oczywiście później przeprosił mnie i zaprosił do najlepszej restauracji w mieście.
     Bardzo często boks jest przyczyną naszych sprzeczek. Wydaje mi się, że Josh przejmuje się tym, że dałabym mu radę, gdybyśmy mieli razem walczyć na ringu. Często widział jak boksuję i nigdy nie chciał mi pomóc w ćwiczeniach. Jakiś czas temu, podczas rozmowy z Kate powiedział: "Nie masz się o co martwić, Kate. Nigdy w życiu nie skrzywdziłbym fizycznie Rose. Bałbym się, że mi odda." Wiem, że powiedział to w ramach żartu, ale przeczuwam, że kryła się w jego słowach szczerość. Do tej pory nie powiedziałam mu, co usłyszałam.
     Kiedyś zastanawiałam się ile nasz związek może przetrwać, jak długo wytrzymamy. Jednak za każdym razem, mimo naszych wszystkich kłótni, kiedy się spotykamy, czuję motylki w brzuchu. Czasami wydaje mi się, że to jakaś obsesja. Teraz mogę otwarcie przyznać, że jestem w nim szalenie zakochana i nikt nigdy nie pokocha mnie jak Josh. Wiążę z nim swoją przyszłość i mam nadzieję, że on również ze mną.
     Jeszcze długo tak leżę w łóżku, zanim postanawiam z niego zejść. Otwieram okno na oścież, żeby wywietrzyć pokój. Czuję jak gęsia skórka pojawia się na moim ciele, gdy chłodny wietrzyk wpada do środka. Zdaję sobie sprawę, że jest dzisiaj znakomita pogoda do biegania.

     Uwielbiam sport. Lekkoatletyka, gimnastyka, gry zespołowe, indywidualne, cokolwiek. Jeżeli nie spotykam się z Joshem, to swój czas poświęcam ćwiczeniom. Pewnie dlatego przez te cztery lata chodzenia do Roosevelt High School moje nogi otrzymały miano "Najlepszych nóg Roosevelta".
     Dobrze wspominam chodzenie do szkoły średniej. Nie byłam jakąś wzorową uczennicą, ani nie cieszyłam się wielką popularnością. Moje oceny były przeciętne i miałam niewielką grupkę dobrych znajomych i kilku przyjaciół, z którymi dalej staram się utrzymywać bardzo dobry kontakt. Roosevelt High School ukończyłam ponad rok temu. Kate upierała się, żebym szła do college'u, ale wtedy nie mogłabym rozwijać mojej kariery bokserskiej. I gdyby nie Tyson i jego zapewnienie, że nie nadaję się do niczego, tylko do boksu, moje życie nadal byłoby nudne jak flaki z olejem, tyle, że w beznadziejnym college'u. Jestem dumna ze swojego wyboru i osiągnięć. Mam na koncie już kilka wygranych walk, zero przegranych. Tyson twierdzi, że będę drugą Lailą Ali, córką samego Muhammada Ali. Kilka tygodni temu, po kolejnej wygranej, powiedział mi coś czego najbardziej się obawiałam.
- Jeżeli dalej tak pójdzie, moja droga, to ja - twój kochany trener - nie będę ci już potrzebny. Będę musiał Ci znaleźć najlepszego na świecie sponsora i trenera. Ja już dużo cię nie nauczę. Tak uczeń przerasta mistrza.
Po tym nawrzeszczałam na niego, żeby nigdy tak nie mówił i jak jeszcze raz powie mi coś takiego to zabiję go pięściami, bez rękawic.
     Mijam kolejną przecznicę i kolejną. Dawno nie byłam tak bardzo zmęczona, a czeka mnie jeszcze dwugodzinny powrót do domu. Jeżeli wyrobię się do 20 to będzie cud. Rozglądam się w poszukiwaniu żywej duszy, jednak nikogo nie ma w pobliżu. Nie wiem dlaczego, ale czuję się trochę zawiedziona nieobecnością chłopaka w czerni. Nie to, że się boję, po prostu wydawało mi się, że miał mnie chronić.

     Gdy docieram do domu, na podjeździe widzę samochód pani Jeffey - matki Josha. Nie zdążyłam nawet chwycić klamki, kiedy drzwi się otwarły, ukazując chłopaka. No pięknie. Dzisiaj to gorsze niż osza.
     - Hej.
     - Hej? Na tyle cię stać? - mówi z wyrzutem. - Czekam na ciebie od trzech godzin, a ty się pojawiasz i mówisz zwykłe hej?!
     - Ej, ej, ej, co ja ci zrobiłam? Pisałam przecież, że jestem zajęta
     - Co takiego robiłaś, kochanie? - pyta podkreślając "kochanie".
     - Ćwiczyłam.
     - Nie ściemniaj! Dzwoniłem do Tysona i mówił, że jesteście umówieni na jutro.
     Nie mam dzisiaj siły się z nim kłócić. Po prostu podchodzę do niego i łapię jego twarz w moje dłonie.
     - Posłuchaj. Ćwiczenie to nie jest tylko boks. Dzisiaj biegałam. Chciałam przemyśleć trochę spraw. Nie musisz się o nic martwić. Przepraszam. - Przytulam się do Josha i chwilę później odsuwam. - Ale nigdy mnie nie sprawdzaj, jasne?
     - Ja też cię przepraszam, niepotrzebnie się uniosłem. Zgoda?
     Całuję go w usta. - Zgoda.
     - Mogę zostać? - pyta. - Chcę się tobą nacieszyć. Za niecałe trzy tygodnie wyjeżdżam.
     Kiwam głową i ciągnę go do środka.

     Kiedy tylko pozbywam się z domu Josha, nie marzę o niczym innym jak o kąpieli. Biorę piżamę i idę do łazienki. Nalewam gorącej wody do wanny. Po chwili czuję pieczenie na całym ciele. Pozwalam sobie na nowo odtworzyć wczorajszą rozmowę z Xavierem.

     Chcę stracić przytomność, niech ziemia mnie pochłonie! Chcę umrzeć, teraz! Krzyczę do swojego umysłu, jednak on nie ma zamiaru nic z tym zrobić.
     - B-bratem? - jąkam się. - C-co masz na myśli mówiąc, że jest moim bratem?
     - Jest twoim bratem. Ile znasz znaczeń słowa brat? - pyta z kpiną.
     Nie rozumiem, nic nie rozumiem.
     - Ja nie mam brata - szepczę ledwie słyszalnie.
     - Ta, jasne, a ja jestem wróżką. - Śmieje się, ten dupek ma czelność się ze mnie śmiać. - Powiedz mi, ile lat minęło od utraty twojej pamięci?
     No tak. Wszystko zaczyna się składać w kupę. Nie mógł tak od razu?
     - Chcesz mi powiedzieć, że ten cały Fabian jest moim prawdziwym bratem? Sprzed utraty pamięci?
     - Łał, nareszcie zaczaiłaś. - Boże, ale on mnie irytuje.
     - To dlaczego przez te sześć lat nie dał o sobie znaku istnienia? A moi rodzice, są z nim? Czy ja w ogóle mam rodziców?!
     - Słuchaj, chciałbym ci powiedzieć ile wiem, żebyś w końcu przestała mnie nękać pytaniami, ale uwierz, nie do mnie należy wyjaśnienie ci  wszystkiego.
     - To dlaczego zlecił tobie pilnowanie mnie. Nie miał odwagi porozmawiać z siostrą, której nie widział od sześciu cholernych lat?!
     - Błagam, przestań zadawać tyle pytań! Jeszcze raz. Po pierwsze, jak już wspominałem, sam zastanawiam się dlaczego on nie może cię chronić, skoro to takie ważne. Po drugie, Fabian obserwuje cię cały czas, a gdybyś była odrobinę bardziej uważna mogłabyś go zobaczyć.
     Cała się trzęsę, nigdy nie miałam w sobie tyle złości. Chciałabym zadać mu jeszcze tak dużo pytań, ale wiem z czym to się wiąże. Po prostu milknę. Boję się, że jeżeli się nie uspokoję, mogę dostać ataku paniki. Łapię się za włosy i głęboko oddycham.
     Moje ataki zaczęły się w pierwszym tygodniu po wyjściu ze szpitala. Przytłaczały mnie wszystkie wizyty lekarzy, informacje o stanie mojego zdrowia, co mogę, a czego mi nie wolno jeść. To było dla mnie za dużo. Bałam się wszystkich, wzdrygałam się na każdy cudzy dotyk. Jedynie Kate wiedziała jak do mnie podchodzić, tylko jej ufałam. Na początku ataki pojawiały się przynajmniej raz na tydzień. Z czasem stawały się coraz rzadsze, a po dwóch latach ustały.
     - Hej, nic ci nie jest? - głos Xaviera pojawia się w mojej głowie. - Blado wyglądasz.
     Jeszcze raz głęboko wciągam powietrze, zanim pytam.
     - Nie masz mi już nic do powiedzenia?
     - Jeszcze tylko to, że Fabian kazał Ci przekazać, że za jakiś czas Cię odwiedzi - mówi patrząc mi prosto w oczy. - Przykro mi.
     Szybko dopinam bluzę i poprawiam torbę na ramieniu.
     - Nie sądzę, żeby było Ci przykro, Xavier - szepczę. - Pójdę już. Nie idź za mną, proszę.
     Nie zdążyłam przejść nawet pięciu kroków.
     - Rose, poczekaj. Muszę cię chronić - mówi, łapiąc mnie za przegub.
     - Puść mnie.
     - Teraz mi łatwiej, skoro..
     - Puść mnie, do cholery, albo ci przywalę! - krzyczę.
     - Rose, nie wiesz kim jestem!
     - Za chwilę sam nie będziesz tego wiedział. - Wyszarpuję nadgarstek z jego dłoni i ruszam biegiem przed siebie, dumna ze swojej odzywki.

     Zasypiam dziesięć minut przed północą.
     Nigdy nie miewałam ani snów, ani koszmarów.
     Tej nocy nie potrafię się od nich odpędzić.


______________________________________________________________________________________

Monika R. 
17 lat

poniedziałek, 2 lutego 2015

Rozdział pierwszy

    Obudziłam się otoczona bielą i zimnem pokoju szpitalnego. To pierwsze co pamiętam. Nie ma nic przed tym, tak jakby moje życie wcześniej nie istniało.
     Byłam sama. Jak się później dowiedziałam, leżałam w śpiączce przez cztery miesiące. Nie wiedzieli o mnie nic, tak samo jak nic nie wiedziałam ja. Amnezja całościowa. Oszacowali mój wiek na 13 lat, a po kolejnych dwóch miesiącach bezskutecznych poszukiwań kogokolwiek, kto pomógłby ustalić moją tożsamość, pozwolili mi wybrać sobie imię. Rose. Nie jakaś Rosalie, czy Rosemary, po prostu Rose.
    Moja doktorka, Kate, powiedziała, że ktoś zostawił mnie zakrwawioną pod drzwiami szpitala Virginia Mason. Miałam pięć ran ciętych i jedną kłutą, która uszkodziła mi prawe płuco. Podczas operacji doszło do komplikacji, ledwo zdołali mnie uratować. Gdy opieka społeczna zdecydowała umieścić mnie w domu dziecka, Kate postanowiła mnie adoptować.

     Sześć lat później stoję przed lustrem w łazience naszego mieszkania i dotykam blizny nad prawą piersią zastanawiając się po raz kolejny. Kim jestem? Kto mi to zrobił? Dlaczego mi to zrobił? Tak wiele pytań krąży po mojej głowie, a ja nie znam nikogo kto mógłby udzielić mi na nie odpowiedzi.
     Ciemne włosy ściągnięte w kucyk z tyłu głowy, ciemno-brązowe oczy, smukła twarz. Po kim odziedziczyłam ten wygląd?
     Wzdycham zakładając za ucho zbłąkany kosmyk włosów, który wydostał się z uścisku gumki, ostatni raz spoglądam w lustro i wychodzę z łazienki. Zmierzam w stronę drzwi i czuję zapach chińszczyzny dobiegający z kuchni. Kate siedzi przy stole z pałeczkami w dłoni czytając dokumenty. Stale zapracowana, zatroskana Kate. Chociaż pracę ma dosłownie po drugiej stronie ulicy i jest na każde wezwanie pagera, to mimo wszystko spędza większość wolnego czasu analizując wyniki kolejnych badań, czy przebiegi stanu zdrowia swoich pacjentów.
     - Znowu jakiś skomplikowany przypadek? – pytam zakładając adidasy.
     - Taaa – odpowiada nie podnosząc głowy. – Wybierasz się gdzieś? – Spogląda na mnie przekręcając stronę.
     - Mam dzisiaj wieczorny trening, ale wychodzę wcześniej, żeby spotkać się jeszcze z Joshem.
     - O której mogę się ciebie spodziewać? – pyta z uśmiechem. Lubi zachowywać się jak typowa mama. I tak mnie kocha. Jak mama kocha swoją córkę.
     - Po pierwsze, - odpowiadam - mam już dziewiętnaście lat, jestem dorosła, a po drugie – podchodzę do niej -  będę o dziesiątej. – Śmieje się, a ja całuję ją w policzek zanim wyjdę. – Kocham cię, Kate – dodaję.
     - Ja ciebie też.
     Zakładam czarną bluzę, chwytam torbę treningową i wychodzę z mieszkania. Zbiegam po schodach sprawdzając, która jest godzina. Ekran telefonu rozświetla się informując mnie, że jest 18:07. Trening zaczynam o dziewiętnastej, więc mam jeszcze chwilę dla Josha.

     Silny powiew wiatru uderza we mnie, gdy wychodzę na zewnątrz. Upewniam się, że mam szczelnie zapiętą bluzę. Mimo tego wiatru, dzisiaj jest jeden z cieplejszych dni w Seattle od początku miesiąca. Miasto samo w sobie też nie jest w końcu uznawane za najcieplejsze. 
     Rozglądam się poszukując wzrokiem Josha, gdy moją uwagę przyciąga ubrana na czarno postać stojąca po przeciwnej stronie ulicy. Mężczyzna opiera się o ścianę szpitala z założonymi rękami, mam wrażenie, że patrzy prosto na mnie. Stoję przez chwilę patrząc na niego z zaciekawieniem, gdy nagle ulicą przejeżdża ciężarówka UPS i już go nie ma. Zmieszana poszukuję go wzrokiem, ale nigdzie nie dostrzegam tej postaci.
     - Rose! – słyszę nagle. Odwracam się, a na moją twarz wkrada się uśmiech, gdy widzę idącego w moją stronę blondyna.
     Podchodzę i składam na jego ustach czuły pocałunek. Josh zabiera od mnie torbę i chwyta moją dłoń. Jego blond włosy są jak zawsze idealnie potargane przez wiatr, a usta układają się w delikatny uśmiech.
     - Cześć – mówi patrząc mi w oczy.
     - Hej - odpowiadam i ponownie się rozglądam.
     - Coś się stało? - pyta.
     - Nie, nic - uśmiecham się. - Po prostu wydawało mi się, że coś widziałam.
     - Och, okej. - Zakłada mi za ucho nieposłuszny kosmyk włosów, który lata po całej mojej twarzy. - To co? Park? - pyta, na co kiwam głową i ruszamy Dziewiątą Aleją.
     Mimo że nie jest jeszcze bardzo ciemno, latarnie w parku już oświetlają ścieżki.
     - To jak? Myślałaś o tej imprezie u Liz? - pyta Josh, gdy siadamy na ławce. 
     - Sama nie wiem, wiesz, że nie lubię brać udziału w tego typu rzeczach - mówię. Nie jestem zbyt towarzyską osobą i często w sobotni wieczór wolę obejrzeć jakiś dobry film, niż upijać się z rówieśnikami na kolejnej bezsensownej imprezie.
     Josh kładzie dłoń na moim kolanie.
     - Proszę, pójdź ze mną.
     - Dam ci znać jutro, okej? 
     - Okej - zgadza się z uśmiechem na ustach i szybko całuje mnie w policzek. 
     Przez kolejne pół godziny rozmawiamy o planach na weekend, zbliżającym się wyjeździe Josha do collage'u, moich treningach, ostatnim meczu footballu i o tym, który ma się odbyć. 
     Lubię słuchać jego głosu, więc nie bardzo przeszkadza mi to, że głównie on mówi. Josh jest jedną z niewielu osób, przy których czuję się tak swobodnie i bezpiecznie. Gdy muszę iść na trening, chłopak odprowadza mnie pod sam klub i całuje ostatni raz.
     - To na razie - mówię.
     - Do zobaczenia jutro - uśmiecha się, po czym odchodzi, a ja przekraczając próg budynku wyłączam wszystkie niepotrzebne myśli, aby nie rozpraszać się podczas treningu.

     Zanim jeszcze całkiem wróciłam do zdrowia po wyjściu ze szpitala, powiedziałam Kate, że chcę trenować sporty walki. Uznałam, że cokolwiek mi się przydarzyło, nie chcę powtórki. Nie musiałam jej długo przekonywać, jedynym warunkiem jaki postawiła było to, że zacznę dopiero wtedy, gdy całkowicie wydobrzeję.
     Próbowałam karate tradycyjnego, taekwondo, zapasów, a nawet kung fu, lecz to boks pokochałam. Długo się wahałam z decyzją o podjęciu się tego sportu, lecz już po pierwszych uderzeniach w worek zrozumiałam, że to jest to co chcę robić, a pierwsza walka na ringu umocniła mnie jeszcze bardziej w tym przekonaniu. Nic nie może się dla mnie równać z atmosferą panującą na ringu, gdy czujesz tę adrenalinę i masz wrażenie, że nic nie może cię pokonać, jedynie ty. Widzisz swojego przeciwnika, analizujesz jego ruchy, szukasz słabych punktów. Nie myślisz wtedy o niczym innym. Odcinasz się od świata zewnętrznego.
     Wychodzę z szatni w czarnym staniku sportowym i czerwonych spodenkach bokserskich. Kiwam głową trenerowi, który rozmawia z jakimś nowicjuszem po drugiej stronie sali i rozpoczynam trening od tradycyjnej piętnasto-minutowej rozgrzewki. Bieg w miejscu zmiennym tempem, krążenia i wymachy ramion w biegu od jednej ściany do drugiej, różnego rodzaju podskoki i wyskoki łączone z przysiadami i pompkami, wyrzuty nóg, brzuszki. Później dziesięć minut skakanki, pięć minut gruszka, piętnaście minut worek, dziesięć minut walki z cieniem, dziesić minut dodatkowych ćwiczeń na brzuch.
     Nim się obejrzę mija połowa treningu. Biorę kolejny łyk wody i ścieram owiniętym materiałem wierzchem dłoni pot z czoła starając się wyrównać oddech.
     - Rose! – trener przywołuje mnie machnięciem ręki.
     Zakręcam butelkę, chwytam z ławki moje rękawice i idę w jego stronę. Czas na lepszą część dzisiejszego wysiłku. Trenowanie z drugą osobą zawsze będzie lepsze i bardziej efektywne niż trenowanie ze sprzętem.
     - Coś nie bardzo się spociłaś – mówi, gdy ja zakładam rękawice na owijki. Tyson trenuje mnie od dwóch lat, ma doświadczenie i zna się na rzeczy, myślę że widząc go, łatwo jest zgadnąć, że zajmuje się boksem, muskularny, czarnoskóry mężczyzna ogolony na zero, mocno zarysowane rysy twarzy, na której stale widać determinację. Tak naprawdę, to wiele osób widząc go w środku nocy idąc jakąś niezbyt zaludnioną ulicą mogłoby się przestraszyć.
     Wyciągam ręce w jego stronę, aby zawiązał mi rękawice.
    - Za trzy tygodnie eliminacje do stanowych – mówi zaciskając sznurowadła. – Myślę, że masz niezłe szanse. Zdecydujesz się?
     - Muszę pomyśleć – odpowiadam, choć już teraz wiem, że zapewne wezmę udział. Możliwość wyjścia na ring, wzięcia udziału w prawdziwej walce, gdy z każdej strony otaczają cię kibice? Nie potrafiłabym przegapić takiej okazji.
     Tyson bierze do ręki mniejszą tarczę i zaczynamy ćwiczyć. Przez kolejne czterdzieści minut na zmianę wykonuję kolejne uderzenia i uniki. Szybkość, precyzja, nieprzewidywalność, refleks – to najważniejsze cechy, jakie powinien posiadać dobry bokser. Tyson cały czas mówi mi co muszę jeszcze poprawić, a ja staram się słuchać jego wskazówek. Chcę być jak najlepsza w tym co robię.
     - Dobra, na dzisiaj koniec – mówi. Opieram rękawice na ugiętych kolanach i głęboko oddycham przez moment, po czym się prostuję. Przedramieniem ścieram pot z czoła, po czym wyciągam ręce w stronę trenera, aby pomógł mi ściągnąć rękawice. – Pamiętaj o zawodach, zapisy są do końca tygodnia, czyli masz jeszcze cztery dni na podjęcie decyzji – przypomina spoglądając na mnie, na co kiwam głową wciąż głęboko oddychając.
     - Pojutrze o siedemnastej dodatkowy trening? – pytam, aby się upewnić.
     - O szesnastej – poprawia mnie. – Skupimy się głównie na dopracowaniu twoich ruchów.
     - Jasne, będę, do zobaczenia. – Ściągam rękawice i ruszam w stronę szatni.
     - Rose – odzywa się jeszcze, gdy biorę z ławki moją butelkę z wodą, na co się odwracam. – Pomyśl o tych zawodach, jesteś jedną z najlepszych bokserek jakie trenowałem – mówi, na co kiwam głową i znikam w szatni.
     Otwieram szafkę, wyciągam swoje rzeczy, biorę ręcznik i żel do kąpieli, po czym idę wziąć szybki prysznic. Dwadzieścia minut później wychodzę z klubu. Kieruję się w stronę parku, którędy na skróty dojdę do mieszkania.

     Ze względu na dość późną porę idąc nie mijam praktycznie nikogo. Nagle słyszę za sobą kroki, odwracam się i widzę wysoką, szczupłą postać podążającą za mną. Kroki definitywnie zbliżają się coraz bardziej. Odwracam się ponownie i zauważam, że osoba idąca za mną jest kobietą, co gasi rodzący się we mnie niepokój. Nie słyszałam jeszcze nigdy o przypadku ataku tajemniczej kobiety w środku nocy. Nawet jeśli, to przecież mam duże szanse wyjścia z tego cała, w końcu od lat trenuję sporty walki i dodatkowo przeszłam też kurs samoobrony, ostrożności nigdy za wiele.
     Kobieta jest coraz bliżej, a gdy myślę, że za moment mnie wyprzedzi czuję jak chwyta mnie za nadgarstek i czuję to wyraźnie nie tylko ze względu na moc jej uścisku ale przede wszystkim przez to, że jej dotyk dosłownie pali moją skórę. Krzywię się z bólu, gdy nieznajoma odwraca mnie twarzą do niej. Na jej twarzy gości szeroki uśmiech zadowolenia. Gdy mam zamiar zadać pierwszy cios czuję jak drugą dłonią chwyta moje gardło. Krzyczę z potwornego bólu.
     Nagle zauważam jej oczy, całe wypełnione czernią, w których pobłyskuje coś na kształt płomyków. Próbuję dłońmi odczepić jej palce od mojego gardła, ale szybko orientuję się, że nic z tego, ponieważ każdy najmniejszy kontakt z jej ciałem wydaje się dotykaniem ognia. Zbieram w sobie wszystkie siły i wykonuję jak najmocniejsze kopnięcie. Trafiam w jej brzuch, lecz skutkuje to jedynie większym rozzłoszczeniem napastniczki, przez co szybkim ruchem powala mnie na ziemię, blokując wszelkie ruchy nogami.

     Kręcę głową mając nadzieję, że rozluźni to nieco jej uchwyt. Niespodziewanie zauważam jak na drodze znikąd pojawia się chmura szarego dymu, z której wybiega mężczyzna. Zmierza prosto na kobietę i dosłownie zwala ją ze mnie. Odruchowo łapię się za gardło i łapczywie wciągam powietrze. Patrzę jak mężczyzna pada na napastniczkę, a w jego prawej dłoni zauważam błysk. Ciemnowłosy robi zamach sztyletem i w momencie, gdy ma zamiar wbić go w jej ciało, ono nagle staje w płomieniach. Nieco zaskoczony mężczyzna odskakuje od niej jak najszybciej.
     Kilka sekund później po kobiecie zostaje jedynie lekko dymiąca kupka popiołu.
     - Cholerna osza - zaklina pod nosem mężczyzna. - Zawsze uciekają. Już prawie z nią skończyłem.
     Wciąż w stanie szoku siedząc na ziemi przyglądam się jego osobie. Czarne, wysokie buty, czarne dżinsy, czarna koszulka, czarna skórzana kurtka, wszystko czarne włącznie ze związanymi mocno z tyłu głowy włosami. Ma mocno zarysowaną twarz, wygląda na starszego ode mnie o jakieś dwa, może trzy lata. Nagle sobie coś uświadamiam.
     - To ty - mówię.
     - Ja, czyli kto? - pyta chowając sztylet do wewnętrznej kieszeni kurtki.
     - Ty stałeś dzisiaj pod szpitalem - mówię oskarżycielskim tonem. Wstaję powoli podpierając się ręką.
     - Taa, ja - mówi swobodnie. - Ta suka przypaliła mi kurtkę - strzepuje brud ze swojego ubrania, jakby ono w tym momencie było najważniejsze.
     - Czego ode mnie chcesz? - pytam patrząc na niego.
     - Słuchaj - mówi podnosząc z ziemi moją torbę treningową i podając mi ją. - Nie mówię, że ta robota mi się podoba. Mógłbym w tym momencie siedzieć w karczmie z laskami klejącymi się do mnie z obu stron i popijać whisky, ale nie. - Rozkłada ramiona w geście desperacji. Przyglądam się uważnie jego ruchom, gdy słucham jego słów. Muszę przyznać, jest przystojny. - Jak Fabian mówi "Od dziś twoim zadaniem, Xavier, jest ją chronić" - komicznie udaje poważny ton. - To muszę to robić. Jeszcze te jego słowa "Wiesz, że na najważniejsze misje wysyłam moich najlepszych ludzi. TY, Xavier, jesteś najlepszy" - irytacja w jego głosie jest tak oczywista, jak to że w nocy jest ciemno. - Skoro to dla niego takie ważne, to dlaczego sam nie wybrał się na tę, jak do tej pory, super-nudną misję? - gestykuluje chodząc dookoła i rozglądając się, jakby czegoś szukał.
     - Czekaj czekaj czekaj - mówię łapiąc się za głowę i próbując w jakiś sposób zrozumieć wszystko, co przed chwilą usłyszałam. - Xavier, tak? - pytam, na co przytakuje. - Mam kilka pytań, bo za cholerę nie rozumiem, co się przed chwilą wydarzyło. Po pierwsze: co to było? - wskazuję na leżącą w pobliżu kupkę popiołu. - Dlaczego mnie zaatakowało i dlaczego nie paliło cię, gdy jej dotykałeś? Po drugie: dlaczego niby masz mnie chronić?
     - To? To była osza - wzrusza ramionami. - Zaatakowała cię, bo ktoś wynajął ją, po to, aby albo cię zabiła, albo cię sprowadziła. Z natury nie działają w swoich sprawach i niewiele żądają za swoją robotę, więc często są wynajmowane, jeśli trzeba coś załatwić. I niech to spalenie cię nie zmyli, one w taki sposób po prostu przemieszczają się w różne miejsca. Jej dotyk na mnie nie działał, ponieważ miałem przy sobie to - ponownie na chwilę wyciąga z kieszeni sztylet i macha nim. Jego chodzenie w tą i z powrotem zaczyna działać mi na nerwy. Zachowuje się tak, jakby wszystko to było dla niego rutyną. Kim on do cholery jest? - Och i muszę cię chronić, ponieważ, jak już wcześniej mówiłem, Fabian mi kazał.
     - Kto to Fabian? - pytam bliska wybuchu. Naprawdę mam dość jego podejścia "nie ma się czym przejmować, przecież to chyba normalka, że ledwo unikasz śmierci, na mnie takie akcje nie robią wrażenia".
     Odwraca głowę w moją stronę i wzrusza ramionami.
     - Twój brat - mówi tak swobodnie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, a ja nagle mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję.


_______________________________________________________________________________________

Autor:
Agnieszka U.
17 lat