Budzę się o świcie i jestem jeszcze bardziej niewyspana
niż kiedy kładłam się spać. Kiedy schodzę do kuchni na śniadanie Kate patrzy na
mnie zatroskanym wzrokiem.
-Wszystko w porządku?
-Jasne, czemu miałoby nie być? -nie lubię okazywać
słabości, nawet przed Kate.
-Krzyczałaś przez sen, masz podkrążone oczy. Co się
stało? Chodzi o Josha?
-Nie…to przez ten horror, który ostatnio oglądałam.-
Nienawidzę kłamać. Kate wie, że skłamałam. Widzę to po jej minie. Na całe
szczęście nie drąży tematu.
Dzień mija jak każdy poprzedni: śniadanie, ćwiczenia, wieczorem
trening. Josh czekał na mnie pod domem, żeby mnie odprowadzić.
W drzwiach do sali treningowej wpadam na Tysona. Wygląda na
bardzo zmartwionego i zestresowanego.
-Rose, przepraszam, ale nie mogę poprowadzić Twojego
treningu przez najbliższe 2 tygodnie. Moja siostra miała poważny wypadek. Muszę
do niej jechać. Ale nie martw się, mamy szczęście. Mój stary przyjaciel Eric
był akurat w mieście i zgodził się Cie potrenować. Bardziej specjalizuje się w
rzucaniu nożami, ale kiedyś trenował boks, więc chyba nie wszystko wyleciało mu
z głowy, a lepszy taki trener niż żaden. Nie uszkodź go za bardzo. Powodzenia!
- wyrzuca z siebie Tyson jednym tchem i wybiega z sali. Stoję w szoku przez
parę minut, po czym ruszam na drugi koniec mieszczenia poznać nowego trenera.
Cieszę się że Tyson znalazł kogoś na zastępstwo, ale z drugiej strony wcale nie
mam ochoty ćwiczyć z kimś innym, szczególnie jeśli nie do końca zna się na
boksie. Przed sobą widzę mężczyznę wyglądającego przez okno. Jest niewiele ode
mnie wyższy. Ciemne włosy zakrywają uszy. Przez kiepskie oświetlenie nie mogę
stwierdzić czy są czarne czy tak bardzo ciemno brązowe. W niektórych miejscach
można było zobaczyć cienkie pasemka siwych włosów. Odwraca się w moją stronę
powoli. Ma duże szare oczy. To dziwne, ale zmarszczki przy oczach dodają mu
uroku. Wygląda na około 32 lata.
-Eric - kiwną mi głową - Zaczynamy trening. Zobaczymy czy
rzeczywiście jesteś taka dobra.
Co za bezczelny facet! Zero wyjaśnień, rozmowy, nie dał
mi się nawet przedstawić! Idę w stronę skakanki i zaczynam ćwiczyć. Nie mija 20
minut a Eric woła mnie do siebie na ring.
-Teraz będziemy walczyć.
-Ale…
-Nie ma żadnego ale - przerywa mi - wskakuj na ring albo
wracaj do domu.
Zaciskam zęby i wchodzę na ring. Ja mu zaraz pokaże.
Jeszcze będzie mnie prosił, żebym wróciła do tej cholernej skakanki jak mu
skopie tyłek. Eric bierze małą tarczę i wykonuję serię szybkich uderzeń.
Później kolejną. I jeszcze jedną. Przy ostatniej Eric cofa się do tyłu pod siłą
mojego uderzenia.
-Dobra, teraz spróbuj mnie pokonać - mówi odrzucając
tarczę. Parskam śmiechem.
-Bez obrazy, ale nie chcę panu zrobić krzywdy.
-Jak mnie chociaż raz trafisz to będzie sukces.
Prowokacja, czysta prowokacja. Biorę kilka głębokich
oddechów i wymierzam pierwszy cios w brzuch. Mimo tego, że zachowuje się jak
dupek to nie chcę mu nic połamać. Tyson mógłby być na mnie później zły. Mój
cios jest szybki, ale o dziwo nie trafiam. Zdezorientowana patrzę na Erica,
który stał dwa kroki dalej z obojętną miną. Wykonuję całą serię szybkich ciosów
i każdy z nich jest całkowitą porażką. Ani razu nie trafiam. Patrzę z niedowierzaniem
na rękawice i staram się uspokoić. Wykonuję jeden z tajnych ciosów, których
nauczył mnie Tyson. Eric blokuje uderzenie, ale przynajmniej wreszcie go
trafiam. Chyba się męczy. Seria kolejnych ciosów jest blokowana aż w końcu
udaje mi się go trafić w brzuch. Skrzywił się lekko i niespodziewanie uderzył. Cios
w przeponę zwala mnie z nóg i pozbawia oddechu.
-Wstawaj. - To rozkaz a ja nie lubię jak mi ktoś
rozkazuje. Mimo tego podnoszę się zdeterminowana by drugi raz nie upaść. Eric
wyprowadza kolejny, który blokuję, ale kolejny jest tak szybki, że nawet go nie
zauważam. Uderzam twarzą o ring.
-Wstawaj. - Krótka, beznamiętna komenda.
-Nie.
-Boisz się, że znowu nie zdążysz się obronić?
Zrywam się z podłogi i wyprowadzam najszybsza i
najsilniejszą serię ciosów na jaką mnie stać. Eric unika moich ciosów z
nadludzką szybkością. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś ruszał się tak
szybko. Dwa razy go trafiam, z czego jeden atak blokuje. Jego uderzenia są
zdecydowanie bardziej skuteczne. Dwa pierwsze blokuję, ale trzeci sprawia ze
odrywam się na chwilę od ziemi i z hukiem upadam na podłogę.
-Wystarczy - wyduszam z siebie.
-Nie. Wstawaj. Tyson mówił, że jesteś świetna, a ja tu
widzę co najwyżej mocno przeciętną bokserkę.
-Nie jestem odpowiednio rozgrzana, a pan…
-A myślisz, że osza da ci czas, żeby się rozgrzać? Że
będzie patrzyła jak się rozciągasz i skaczesz na skakance przez godzinę? Musisz
nauczyć się przewidywać ruchy przeciwnika i je ubiegać. Musisz być przygotowana
na walkę w każdym momencie, a nie tylko po rozgrzewce. - Mówi cicho, ale w jego
głosie daje się wyczuć napięcie. Jestem w szoku. Nie wiem co powiedzieć. Skąd
on to wszystko wie? Kim on do cholery jest? Czuję się jakbym trafiła do
jakiegoś wariatkowa. Całe moje życie wywraca się od paru dni do góry nogami. -
A może liczysz, że Xavier będzie cie zawsze bronił? Tak się składa, że miałem
dokładnie 13 okazji żeby cie zabić i wiesz co? Wcale się nie zjawił, żeby cie
uratować. Więc teraz wstawaj z ziemi i pokaż jakbyś walczyła gdyby od tego
zależało twoje życie. - Wyciąga do mnie rękę i pomaga mi wstać. Nie potrafię
powiedzieć czemu, ale w jakiś dziwny sposób po tej przemowie przestał mi się
wydawać taki obcy i bez serca. Miałam wrażenie, że chce mnie bronić, ale nie
wiem dlaczego.
Przyjmuję pozycję obronną i po chwili atakuję. Pudło.
Kolejny cios. To samo.
-Obserwuj moje ruchy. Patrz na całą moją sylwetkę, nie
tylko na ręce. - Zrobiłam jak kazał. Pierwszy cios udało mi się obronić, drugi
też, przy trzecim zrobiłam unik. Zobaczyłam, że delikatnie się uśmiecha. Jest
ze mnie zadowolony. Kolejne 10 minut wymienialiśmy szybkie uderzenia i coraz
lepiej mi szło. Oczywiście nie mogło być zbyt idealnie. Chciałam za szybko
odskoczyć w bok i potknęłam się o własną nogę. Upadłam na plecy. Eric wykonuje
mocny cios w stronę mojego gardła. Zatrzymał się dosłownie centymetr od mojej
szyi. Nie wiem jakim cudem zdążył zatrzymać tak szybkie i silne uderzenie.
Klęczał nade mną a jego ciemne włosy zsunęły mu się na twarz. Jego klatka
piersiowa unosiła się rytmicznie w górę i w dół. Nagle wydaje mi się, że gdzieś
go już widziałam. Znam tą twarz. Tylko skąd?
-14 - wyszeptuję.
-Słucham? - Pierwszy raz widzę go zdziwionego.
-14 razy miałeś okazję mnie zabić.
-15. W czasie walki odsłoniłaś żebra tak bardzo, że
gdybym odpowiednio mocno uderzył mógłbym je połamać, przebiłyby ci płuca i
udusiłabyś się własną krwią. - Dodaje z uśmiechem i pomaga mi się podnieść.
Następne 2 tygodnie minęły bardzo szybko. Jakaś dziwna
siła ciągnęła mnie do Erica. Wiedziałam, że skądś go znam, ale nie mogłam sobie
przypomnieć skąd. Może z życia zanim straciłam pamięć? To co wzięłam na
początku za chłód, brak poczucia humoru i arogancję okazało się
dobrodusznością, cierpliwością, opiekuńczością, ale jednocześnie siłą i
stanowczością. Nasze treningi były czystą przyjemnością i dobrą zabawą. Nie raz
wracałam do domu z siniakami, ale każdy z nich motywował mnie do dalszych
ćwiczeń. Za każdym razem, kiedy próbowałam wypytać go o Xaviera, Fabiana, osze
i wszystko z tym związane odpowiadał pokrętnie i zmieniał temat, tak że nie
dowiedziałam się nic nowego. Odkąd pierwszy raz przyszłam na trening 15 minut
wcześniej i zobaczyłam jak ćwiczy rzucanie nożami stało się to moim nawykiem.
Zdarzało się nawet, że przychodziłam całą godzinę wcześniej. Widział moje
zainteresowanie i uczył mnie podstaw. Wychodziło mi zadziwiająco dobrze jak na
kogoś kto nigdy tego nie robił. A może robiłam? Może właśnie dlatego tak się
uśmiechał kiedy podawał mi nóż? W ostatni dzień naszego treningu zadzwonił
Tyson i powiedział, że jego siostra przeszła operację i pojawiły się jakieś
komplikacje i wróci dopiero za tydzień. Ta wiadomość wcale mnie nie zasmuciła.
Właściwie to nawet ucieszyła mnie myśl o spędzeniu kolejnego tygodnia z
Erickiem . Lubiłam nasze treningi. Lubiłam jego śmiech, który zdarzało mi się
słyszeć coraz częściej. Lubiłam jego silne ręce, które pomagały mi się podnieść
z maty. Tak, zdecydowanie go lubiłam.
Z Joshem było z dnia na dzień coraz gorzej. Nie podobało
mu się, że zamiast spędzać więcej czasu z nim chodzę na treningi wcześniej. To
nie tak, że nie chcę być z nim, ale… jakaś dziwna, niewytłumaczalna siła
ciągnęła mnie do sali treningowej, ringu, a może… Erica? Tak, był sporo
starszy, ale tak niesamowicie mnie fascynował i miałam wrażenie, że jest
brakującym puzzlem w układance „Życie sprzed utraty pamięci”.
Przedostatni dzień treningów z Erickiem. Jutro wraca
Tyson. Jutro ostatni raz zobaczę się z Joshem przed jego wyjazdem. Umawiam się
z Erickiem, żeby zrobić jutro trening rano, bo wieczorem Josh zabiera mnie na
kolację do jakiejś restauracji. Wolałabym żebyśmy zjedli w domy wspólnie
przygotowaną zapiekankę, no ale trudno. Dzisiejszy trening jest dziwny. Eric
jest bardzo spięty i nerwowy. Nie wiem o co chodzi. Przed wyjściem łapie mnie
za ramie i odwraca w swoją stronę.
-Odwiozę cię do domu.
-Nie musisz, to niedaleko, przejdę się. - Uśmiecham się,
żeby ukryć zawstydzenie, kiedy uświadamiam sobie że stoję zaskakująco blisko
niego.
-Odwiozę cię. - Mija mnie i idzie do samochodu. Nie mam
pojęcia co do dzisiaj ugryzło. Mam nadzieję, że jutro będzie w lepszym humorze.
Wsiadam do auta i jedziemy w milczeniu. Kiedy podjeżdżamy pod dom rozgląda się
nerwowo po okolicy.
-Nie wychodź już dzisiaj z domu. - Odwraca się w moją
stronę a w jego oczach widać błaganie. Uśmiecham się, kiwam głową i wychodzę z
auta. Kiedy znika za rogiem dopiero do mnie dociera, że nigdy nie rozmawiałam z
nim o moich prywatnych sprawach. Skąd do cholery wiedział gdzie mieszkam?
Łup! Łup! Przekręcam się na drugi bok. Łup! Łup! Powoli
się przebudzam. Zastanawiam się skąd dochodzi ten hałas. Łup! Łup! Chyba ktoś
wali w drzwi wejściowe. Przecieram zaspane oczy. Nagle słyszę głośny trzask
jakby ktoś… roztrzaskał drzwi? Zaraz. Chwila. Co się do cholery dzieje?! Głośne
i szybkie kroki dudnią na schodach. Wyskakuję z łóżka i staję w pozycji
obronnej. Przez ułamki sekundy, które upływają zanim drzwi mojego pokoju
otwierają się z hukiem opracowuję w głowie taktykę obrony, jednak kiedy widzę
kto tam stoi nieruchomieję. Eric. Szybko wyciąga zza paska jeden ze swoich noży
i rzuca we mnie. Nie jestem w stanie się ruszyć. Czemu chce mnie zabić? Widzę
jak jego palce puszczają rękojeść i nóż leci w moją stronę. Mam wrażenie, że
wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nadal stoję nieruchomo. Zamykam oczy i
szykuję się na falę bólu. Czuję pęd powietrza przy moim uchu. Nóż prawie je
musnął. No właśnie. Prawie. Eric nie chybiłby w nieruchomy cel. Nagle słyszę
przeraźliwy wrzask za moimi plecami. Odskakuję przerażona i widzę dziwne
stworzenie wyższe ode mnie o głowę ze skórą koloru fioletowego, dużymi żółtymi
oczami, dwoma ogonami, sześcioma rękami zakończonymi ostrymi szponami i nożem
wzbitym w szyję. Czarna krew tryska na dywan i łóżko. Robi mi się niedobrze, chyba
zaraz zwymiotuję. Czuję, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa i zaraz się
przewrócę. Eric chwyta mnie za rękę i wyciąga z pokoju. Potykam się zbiegając
ze schodów. Wypadamy przez roztrzaskane drzwi wejściowe na ulicę i biegniemy w
stronę parku. Dopiero przy rogu ulicy rozjaśnia mi się w głowie. Eric narobił
strasznego hałasu, to dziwne stworzenie też, a nikt w domu nie zareagował.
-Kate - mamroczę. - Gdzie jest Kate? Musimy po nią
wrócić!
-Nic jej nie jest. Pojechała do pacjenta na drugi koniec
miasta.
-Co?
-To był dobrze zaplanowany atak. Wywabili ją z domu, żeby
nie powiększać liczby ofiar. Łatwiej upozorować jedno samobójstwo niż dwa.
Kiedy do mnie zadzwoniła i powiedziała, że stary pan Smith, do którego jeździ
czasami na wizyty kontrolne nie żyje od paru godzin i ktoś się pod niego
podszył i wykonał telefon do szpitala to od razy wybiegłem z hotelu i
przyjechałem jak najszybciej. Jak widać zdążyłem w ostatnim momencie.
-Znasz Kate?
-Tak, należymy do tego samego Zakonu. Została
przydzielona do ukrycia i chronienia cie. Dobrze jej szło, ale od jakiegoś
czasu dostawaliśmy informacje, że Samael mobilizuje ludzi i wznowił
poszukiwania Naznaczonych.
-Samael? Zakon? Naznaczeni? - czuję się jak podczas
rozmowy z Xavierem.
-Tak, wiem, nazywanie siebie imieniem, które nosił anioł
śmierci jest dziwnym pomysłem, ale wiesz, on chyba tak o sobie myśli. -
Zatrzymuję się i patrzę z przerażeniem na Erica. - Rose, wiem, że to wszystko
wydaje się dziwne. Wytłumaczę ci. Obiecuje. Teraz musimy iść. Jeśli wezwali
jednego demona, żeby cie zabił to na pewno mają w okolicy posiłki, gdyby plan A
nie wypalił.
Ledwo kończy zdanie a z krzaków wyskakuje jakaś postać.
Eric odpycha mnie na bok i przejmuje na siebie uderzenie. Upadam. Wszystko co
dzieje się przez następne sekundy jest ciężkie do opisania. To tak jakby
oglądać 4 filmy na raz i starać się zauważyć każdą scenę z 4 różnych ekranów
jednocześnie. Eric bije się z napastnikiem, którym okazał się niewielkiego
wzrostu mężczyzna z czarną chustą zakrywającą twarz. Z krzaków wybiegają
kolejne postacie. Nie wiem kim, a może raczej czym są. Dwoje z nich to chyba
demony bo trochę przypominają tego z mojej sypialni: szpony, kolce, ogony,
rogi. Następna trójka to ludzie
(przynajmniej tak wyglądają) z chustami zakrywającymi im twarze zupełnie jak u
tego faceta, który walczy z Erickiem. Siedzę na asfalcie sparaliżowana
strachem. Czuję jak serce obija mi się o żebra. Boli. Znowu zaczyna mnie mdlić.
Patrzę jak idą w moją stronę. Eric wyjmuje zza paska długi nóż, ale nie mam
złudzeń, że da radę pokonać ich wszystkich.
-Rose! - czyjś głos wyrywa mnie z paraliżu. Rozglądam się
i widzę, że w moją stronę biegnie Xavier. W ręku trzyma… Czy ja dobrze widzę?
Miecz? Tak, to na pewno miecz. Staje między mną a napastnikami w pozycji
obronnej. - Wstajesz czy masz zamiar dać się posiekać na kawałki?
Wstaję i również przyjmuję pozycję obronną. Cała banda
atakuje. Xavier z zabójczą precyzją tnie mieczem napastników. Noże Erica
świszczą w powietrzu. Jeden z zamaskowanych mężczyzn przebija linię obrony i
biegnie na mnie. Nie ma noża, miecza, ani żadnej innej broni. Przez chwilę widzę
iskierkę nadziei, że nie wszystko stracone i może ostatnie 3 tygodnie ciężkich
treningów na coś się przydadzą. Atakuje, odskakuję, atakuje, blokuję i
wyprowadzam szybki cios w żebra. Wydaje mi się, że słyszę trzask łamanych
kości. Nie jestem pewna czy to jego żebra czy moja dłoń bo zaczyna boleć
niemiłosiernie. Ta chwila nieuwagi drogo mnie kosztuje. Mężczyzna uderza w
przeponę pozbawiając mnie powietrza, a później w twarz. Upadam na ziemie i
czuję jak coś ciepłego spływa mi po twarzy. Przesuwam ręką pod nosem i czuję
coś mokrego. Krew. Nagle mężczyzna krzyczy i pada na ziemię. Za nim stoi Eric z
nożem umazanym krwią. Pomaga mi się podnieść. Patrzę na 3 trupy leżące na
ulicy. Jeden człowiek i demon przeżyli. Z tym pierwszym walczy Xavier a drugi
niebezpiecznie szybko porusza się w naszą stronę. Eric staje przede mną i rzuca
nożem trafiając potwora w oko. Demon wydaje z siebie przerażający wrzask i
uderza długim ogonem Erica zwalając go z nóg. Ta dziwna istota patrzy na mnie
zielonymi oczami i wygląda na głodną. Odwracam się i zaczynam uciekać. Nie
jestem głupia. Wiem, że go nie pokonam. Instynkt każe mi próbować przeżyć i
znaleźć się jak najdalej od tego monstrum. Słyszę za sobą tupot ciężkich łap.
Biegnę najszybciej jak umiem. Wbiegam do parku. Pędzę po ścieżce. Kiedy nie
mogę już złapać tchu staję i odwracam się. Demon nadal mnie goni. Nie ucieknę.
Nie dam rady. Chociaż próbowałam. Pędzi w moją stronę. Jeszcze pięć kroków i
mnie dopadnie. Cztery. Trzy. Podnosi łapę z ostrymi szponami. Dwa. Zamykam oczy
i zaciskam zęby. Szykuję się na falę bólu.
Jeden.
-Rose! - z bocznej uliczki wybiega Eric i skacze w moją
stronę. Zero. Eric zamyka mnie w żelaznym uścisku i przejmuje na siebie cios
ciężkiej łapy demona. Siła uderzenia odrzuca nas kilka metrów dalej. Przy
upadku z jego kurtki wypadł szkarłatny kamień wielkości piłeczki do ping-ponga.
Leżymy na ziemi. Demon powoli zbliża się w naszą stronę. Wygląda jakby się
uśmiechał.
-Kamień - wydusza z siebie Eric. - Kamień. Bezpieczne
miejsce. Skup się. Już to robiłaś.
Przewracam się na bok i na kolanach przesuwam w stronę
kamienia. Chwytam go i wracam do Erica. Jego kurtkę na plecach rozcinają 3
głębokie rany. Demon jest coraz bliżej. Trzymam w ręku ten cholerny kamyk i nic
się nie dzieje. Chwytam Erica za rękę i delikatnie nim potrząsam. Ma zamknięte
oczy, nie odpowiada. Chyba stracił przytomność. Co powiedział? „Już to
robiłaś.”. Biorę jeden głęboki wdech i powoli wydycham powietrze. Skupiam się
na fakturze kamienia. Idealnie gładki. Zimny. Bezpieczne miejsce. Nie myślę o
żadnym konkretnym. Bezpieczne miejsce. Czuję jak zaczyna drżeć w mojej dłoni. Bezpieczne miejsce. Otwieram
oczy i widzę białe światło wydobywające się z kamienia. Otacza mnie. Czuję
jakbym rozpadała się na miliony małych elementów by po chwili połączyły się z
powrotem w jedną całość. Światło znika. Rozglądam się. Siedzę na ganku
drewnianego domku. Obok mnie leży nieprzytomny Eric. Jesteśmy w lesie. Czuję
się tu dziwnie bezpieczna. Znam to miejsce. Wiem to. Ale skąd? Z trudem wciągam
Erica do domu. Wiem gdzie jest sypialnia. Kładę go na łóżku i idę do kuchni.
Wyciągam z jednej z szafek niewielki słoik z zieloną zawartością. Maść. Wracam
do sypialni. Rozcinam koszulę Erica i smaruję rany maścią. Mamrocze z bólu
wędrując między jawą a snem. Nic więcej nie mogę zrobić. Kiedy chcę wstać łapie
mnie za rękę. Oczy ma zamknięte. Siadam na brzegu łóżka i delikatnie gładzę
jego dłoń. Walczę ze łzami. Widziałam dzisiaj 4 trupy. Ktoś próbuje mnie zabić.
Jestem cała poobijana i wykończona. Nie pójdę jutro na kolację z Joshem. Na
łóżku obok mnie leży mężczyzna, którego poznałam 3 tygodnie temu. Nie, znam go
znacznie dłużej tylko tego nie pamiętam. Ten dom też znam. Bo niby skąd
miałabym wiedzieć gdzie była sypialnia, kuchnia, maść? Oddycham głęboko i
staram się uspokoić. Czuję jak coraz bardziej przytłacza mnie ogrom tych
wszystkich spraw. Pozwalam, żeby otuliła mnie ciemność. Tracę przytomność.
_______________________________________________________________________________________
KathLily
20 lat
Więc tak. Rozdział sam w sobie jest w porządku, ale jest w nim trochę błędów.
OdpowiedzUsuńUważam, że czas leci zbyt szybko.
Zupełnie pominęłaś Stanowe i tego mi brakowało, a naprawdę polubiłam ten wątek z boksem.
Ten Eric może być spoczko, ale nie robiłabym z niego takiego supermena i trochę go za dużo.
Za mało Xaviera ❤❤❤
Do literówek już nie będę się przycepiać, bo wszyscy je robimy.
I na koniec chciałabym powiedzieć, że biorąc te trzy rozdziały w całość wyszła z tego mieszanka Hopeless i Miasta Kości.
Mam jeszcze prośbę, żeby skupiać się na poprzednich rozdziałach, bo wychodzi z tego kupa błędów.
Jak coś, nie bierz tego za bardzo do siebie, chciałam tylko pokazać na co najlepiej uważać. ��
/MR
Za literówki przepraszam, braki przecinków i inne ewentualne błędy też.
UsuńJuż tłumaczę czemu ominęłam postać Xaviera. Po prostu nie chciałam zepsuć tej postaci. Przyznam szczerze, że nie wiem jak to się stało, że ominęłam Stanowe. Coś pochrzaniłam z czasem, przyznaję. Chyba chciałam zbyt wiele rzeczy połączyć w jednym momencie i coś mi uciekło. My fault, forgive me :)
KathLily
Rozdział napisany nieco chaotycznie, widzę kilka niezgodności z tym, co było wcześniej oraz kilka błędów, akcja dzieje się zdecydowanie zbyt szybko, Eric moim zdaniem jest postacią niepotrzebną i jedynie mieszającą w fabule, myślę, że na jego miejsce spokojnie można by było wcisnąć Xaviera, z którego tutaj zrobiłaś zupełnie inną postać, która nie wykonuje należycie swojej roboty (choć w pierwszym rozdziale miałam wrażenie, że będzie wykonywał rozkaz Fabiana należycie, że nie jest to ktoś komu chce podpaść), z Erica również moim zdaniem zrobiłaś zbyt wielkiego bohatera (ponoć to Xavier był najlepszy w swoim fachu?), myślę, że również niepotrzebnie wplątałaś w to wszystko Kate. Niestety zauważalne jest też podobieństwo do innych książek młodzieżowych.
OdpowiedzUsuńJak już pisałam na facebooku przy obecnej ilości książek młodzieżowych dostępnych na rynku nie ma opcji, żeby napisać coś co komuś nie skojarzyłoby się z czymś innym. To tak jakby stwierdzić, że "Harry Potter" to zżynanie z "Władcy Pierścieni". Co do Erica i Xaviera... Xaviera nie czułam zupełnie i ominęłam go, żeby kolejna osoba miała pole do popisu przy rozwijaniu postaci. Swoją drogą jeśli ktoś rozwinie postać Xaviera tak, że między nim i Rose narodzi się uczucie to spokojnie będzie można powiedzieć, że to zżynanie z "Niezgodnej" albo "Darów Anioła", czy "Diabelskich Maszyn" :)
UsuńOgólnie rozdział podoba mi się, bo jest dość obszerny, jest kilka literówek, które bolą mnie w oczy i trochę za szybko odkryte są wszystkie te tajemnice związanie z życiem przed życia, kiedy była tam.
OdpowiedzUsuńKolejny super rozdział nie mogłam sie go doczekać tak jak już nie moge następnego ;) szczerze zazdroszcze wszystkim tym osobą talentu ����������
OdpowiedzUsuńMi się podoba :) mistrzostwa mogą odbyć się w następnym poście, nic straconego :)
OdpowiedzUsuńJest okey ;) mnie się podoba. Mogło być gorzej.
OdpowiedzUsuńOdwołując się do przedmówczyń, Xaviera można jeszcze naprawić, mistrzostwa też, bo Tyson nie podał precyzyjnej daty. Co do pędzącej fabuły, trochę zwolnimy w następnych rozdziałach, będzie ok ;)
Podsumowując, nie spieprzyłaś aż tak bardzo, jak sugerują komentarze powyżej :D