niedziela, 1 marca 2015

Rozdział trzeci

Budzę się o świcie i jestem jeszcze bardziej niewyspana niż kiedy kładłam się spać. Kiedy schodzę do kuchni na śniadanie Kate patrzy na mnie zatroskanym wzrokiem.
-Wszystko w porządku?
-Jasne, czemu miałoby nie być? -nie lubię okazywać słabości, nawet przed Kate.
-Krzyczałaś przez sen, masz podkrążone oczy. Co się stało? Chodzi o Josha?
-Nie…to przez ten horror, który ostatnio oglądałam.- Nienawidzę kłamać. Kate wie, że skłamałam. Widzę to po jej minie. Na całe szczęście nie drąży tematu.
Dzień mija jak każdy poprzedni: śniadanie, ćwiczenia, wieczorem trening. Josh czekał na mnie pod domem, żeby mnie odprowadzić.
W drzwiach do sali treningowej wpadam na Tysona. Wygląda na bardzo zmartwionego i zestresowanego.
-Rose, przepraszam, ale nie mogę poprowadzić Twojego treningu przez najbliższe 2 tygodnie. Moja siostra miała poważny wypadek. Muszę do niej jechać. Ale nie martw się, mamy szczęście. Mój stary przyjaciel Eric był akurat w mieście i zgodził się Cie potrenować. Bardziej specjalizuje się w rzucaniu nożami, ale kiedyś trenował boks, więc chyba nie wszystko wyleciało mu z głowy, a lepszy taki trener niż żaden. Nie uszkodź go za bardzo. Powodzenia! - wyrzuca z siebie Tyson jednym tchem i wybiega z sali. Stoję w szoku przez parę minut, po czym ruszam na drugi koniec mieszczenia poznać nowego trenera. Cieszę się że Tyson znalazł kogoś na zastępstwo, ale z drugiej strony wcale nie mam ochoty ćwiczyć z kimś innym, szczególnie jeśli nie do końca zna się na boksie. Przed sobą widzę mężczyznę wyglądającego przez okno. Jest niewiele ode mnie wyższy. Ciemne włosy zakrywają uszy. Przez kiepskie oświetlenie nie mogę stwierdzić czy są czarne czy tak bardzo ciemno brązowe. W niektórych miejscach można było zobaczyć cienkie pasemka siwych włosów. Odwraca się w moją stronę powoli. Ma duże szare oczy. To dziwne, ale zmarszczki przy oczach dodają mu uroku. Wygląda na około 32 lata.
-Eric - kiwną mi głową - Zaczynamy trening. Zobaczymy czy rzeczywiście jesteś taka dobra.
Co za bezczelny facet! Zero wyjaśnień, rozmowy, nie dał mi się nawet przedstawić! Idę w stronę skakanki i zaczynam ćwiczyć. Nie mija 20 minut a Eric woła mnie do siebie na ring.
-Teraz będziemy walczyć.
-Ale…
-Nie ma żadnego ale - przerywa mi - wskakuj na ring albo wracaj do domu.
Zaciskam zęby i wchodzę na ring. Ja mu zaraz pokaże. Jeszcze będzie mnie prosił, żebym wróciła do tej cholernej skakanki jak mu skopie tyłek. Eric bierze małą tarczę i wykonuję serię szybkich uderzeń. Później kolejną. I jeszcze jedną. Przy ostatniej Eric cofa się do tyłu pod siłą mojego uderzenia.
-Dobra, teraz spróbuj mnie pokonać - mówi odrzucając tarczę. Parskam śmiechem.
-Bez obrazy, ale nie chcę panu zrobić krzywdy.
-Jak mnie chociaż raz trafisz to będzie sukces.
Prowokacja, czysta prowokacja. Biorę kilka głębokich oddechów i wymierzam pierwszy cios w brzuch. Mimo tego, że zachowuje się jak dupek to nie chcę mu nic połamać. Tyson mógłby być na mnie później zły. Mój cios jest szybki, ale o dziwo nie trafiam. Zdezorientowana patrzę na Erica, który stał dwa kroki dalej z obojętną miną. Wykonuję całą serię szybkich ciosów i każdy z nich jest całkowitą porażką. Ani razu nie trafiam. Patrzę z niedowierzaniem na rękawice i staram się uspokoić. Wykonuję jeden z tajnych ciosów, których nauczył mnie Tyson. Eric blokuje uderzenie, ale przynajmniej wreszcie go trafiam. Chyba się męczy. Seria kolejnych ciosów jest blokowana aż w końcu udaje mi się go trafić w brzuch. Skrzywił się lekko i niespodziewanie uderzył. Cios w przeponę zwala mnie z nóg i pozbawia oddechu.
-Wstawaj. - To rozkaz a ja nie lubię jak mi ktoś rozkazuje. Mimo tego podnoszę się zdeterminowana by drugi raz nie upaść. Eric wyprowadza kolejny, który blokuję, ale kolejny jest tak szybki, że nawet go nie zauważam. Uderzam twarzą o ring.
-Wstawaj. - Krótka, beznamiętna komenda.
-Nie.
-Boisz się, że znowu nie zdążysz się obronić?
Zrywam się z podłogi i wyprowadzam najszybsza i najsilniejszą serię ciosów na jaką mnie stać. Eric unika moich ciosów z nadludzką szybkością. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś ruszał się tak szybko. Dwa razy go trafiam, z czego jeden atak blokuje. Jego uderzenia są zdecydowanie bardziej skuteczne. Dwa pierwsze blokuję, ale trzeci sprawia ze odrywam się na chwilę od ziemi i z hukiem upadam na podłogę.
-Wystarczy - wyduszam z siebie.
-Nie. Wstawaj. Tyson mówił, że jesteś świetna, a ja tu widzę co najwyżej mocno przeciętną bokserkę.
-Nie jestem odpowiednio rozgrzana, a pan…
-A myślisz, że osza da ci czas, żeby się rozgrzać? Że będzie patrzyła jak się rozciągasz i skaczesz na skakance przez godzinę? Musisz nauczyć się przewidywać ruchy przeciwnika i je ubiegać. Musisz być przygotowana na walkę w każdym momencie, a nie tylko po rozgrzewce. - Mówi cicho, ale w jego głosie daje się wyczuć napięcie. Jestem w szoku. Nie wiem co powiedzieć. Skąd on to wszystko wie? Kim on do cholery jest? Czuję się jakbym trafiła do jakiegoś wariatkowa. Całe moje życie wywraca się od paru dni do góry nogami. - A może liczysz, że Xavier będzie cie zawsze bronił? Tak się składa, że miałem dokładnie 13 okazji żeby cie zabić i wiesz co? Wcale się nie zjawił, żeby cie uratować. Więc teraz wstawaj z ziemi i pokaż jakbyś walczyła gdyby od tego zależało twoje życie. - Wyciąga do mnie rękę i pomaga mi wstać. Nie potrafię powiedzieć czemu, ale w jakiś dziwny sposób po tej przemowie przestał mi się wydawać taki obcy i bez serca. Miałam wrażenie, że chce mnie bronić, ale nie wiem dlaczego.
Przyjmuję pozycję obronną i po chwili atakuję. Pudło. Kolejny cios. To samo.
-Obserwuj moje ruchy. Patrz na całą moją sylwetkę, nie tylko na ręce. - Zrobiłam jak kazał. Pierwszy cios udało mi się obronić, drugi też, przy trzecim zrobiłam unik. Zobaczyłam, że delikatnie się uśmiecha. Jest ze mnie zadowolony. Kolejne 10 minut wymienialiśmy szybkie uderzenia i coraz lepiej mi szło. Oczywiście nie mogło być zbyt idealnie. Chciałam za szybko odskoczyć w bok i potknęłam się o własną nogę. Upadłam na plecy. Eric wykonuje mocny cios w stronę mojego gardła. Zatrzymał się dosłownie centymetr od mojej szyi. Nie wiem jakim cudem zdążył zatrzymać tak szybkie i silne uderzenie. Klęczał nade mną a jego ciemne włosy zsunęły mu się na twarz. Jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie w górę i w dół. Nagle wydaje mi się, że gdzieś go już widziałam. Znam tą twarz. Tylko skąd?
-14 - wyszeptuję.
-Słucham? - Pierwszy raz widzę go zdziwionego.
-14 razy miałeś okazję mnie zabić.
-15. W czasie walki odsłoniłaś żebra tak bardzo, że gdybym odpowiednio mocno uderzył mógłbym je połamać, przebiłyby ci płuca i udusiłabyś się własną krwią. - Dodaje z uśmiechem i pomaga mi się podnieść.


Następne 2 tygodnie minęły bardzo szybko. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do Erica. Wiedziałam, że skądś go znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Może z życia zanim straciłam pamięć? To co wzięłam na początku za chłód, brak poczucia humoru i arogancję okazało się dobrodusznością, cierpliwością, opiekuńczością, ale jednocześnie siłą i stanowczością. Nasze treningi były czystą przyjemnością i dobrą zabawą. Nie raz wracałam do domu z siniakami, ale każdy z nich motywował mnie do dalszych ćwiczeń. Za każdym razem, kiedy próbowałam wypytać go o Xaviera, Fabiana, osze i wszystko z tym związane odpowiadał pokrętnie i zmieniał temat, tak że nie dowiedziałam się nic nowego. Odkąd pierwszy raz przyszłam na trening 15 minut wcześniej i zobaczyłam jak ćwiczy rzucanie nożami stało się to moim nawykiem. Zdarzało się nawet, że przychodziłam całą godzinę wcześniej. Widział moje zainteresowanie i uczył mnie podstaw. Wychodziło mi zadziwiająco dobrze jak na kogoś kto nigdy tego nie robił. A może robiłam? Może właśnie dlatego tak się uśmiechał kiedy podawał mi nóż? W ostatni dzień naszego treningu zadzwonił Tyson i powiedział, że jego siostra przeszła operację i pojawiły się jakieś komplikacje i wróci dopiero za tydzień. Ta wiadomość wcale mnie nie zasmuciła. Właściwie to nawet ucieszyła mnie myśl o spędzeniu kolejnego tygodnia z Erickiem . Lubiłam nasze treningi. Lubiłam jego śmiech, który zdarzało mi się słyszeć coraz częściej. Lubiłam jego silne ręce, które pomagały mi się podnieść z maty. Tak, zdecydowanie go lubiłam.
Z Joshem było z dnia na dzień coraz gorzej. Nie podobało mu się, że zamiast spędzać więcej czasu z nim chodzę na treningi wcześniej. To nie tak, że nie chcę być z nim, ale… jakaś dziwna, niewytłumaczalna siła ciągnęła mnie do sali treningowej, ringu, a może… Erica? Tak, był sporo starszy, ale tak niesamowicie mnie fascynował i miałam wrażenie, że jest brakującym puzzlem w układance „Życie sprzed utraty pamięci”.

Przedostatni dzień treningów z Erickiem. Jutro wraca Tyson. Jutro ostatni raz zobaczę się z Joshem przed jego wyjazdem. Umawiam się z Erickiem, żeby zrobić jutro trening rano, bo wieczorem Josh zabiera mnie na kolację do jakiejś restauracji. Wolałabym żebyśmy zjedli w domy wspólnie przygotowaną zapiekankę, no ale trudno. Dzisiejszy trening jest dziwny. Eric jest bardzo spięty i nerwowy. Nie wiem o co chodzi. Przed wyjściem łapie mnie za ramie i odwraca w swoją stronę.
-Odwiozę cię do domu.
-Nie musisz, to niedaleko, przejdę się. - Uśmiecham się, żeby ukryć zawstydzenie, kiedy uświadamiam sobie że stoję zaskakująco blisko niego.
-Odwiozę cię. - Mija mnie i idzie do samochodu. Nie mam pojęcia co do dzisiaj ugryzło. Mam nadzieję, że jutro będzie w lepszym humorze. Wsiadam do auta i jedziemy w milczeniu. Kiedy podjeżdżamy pod dom rozgląda się nerwowo po okolicy.
-Nie wychodź już dzisiaj z domu. - Odwraca się w moją stronę a w jego oczach widać błaganie. Uśmiecham się, kiwam głową i wychodzę z auta. Kiedy znika za rogiem dopiero do mnie dociera, że nigdy nie rozmawiałam z nim o moich prywatnych sprawach. Skąd do cholery wiedział gdzie mieszkam?


Łup! Łup! Przekręcam się na drugi bok. Łup! Łup! Powoli się przebudzam. Zastanawiam się skąd dochodzi ten hałas. Łup! Łup! Chyba ktoś wali w drzwi wejściowe. Przecieram zaspane oczy. Nagle słyszę głośny trzask jakby ktoś… roztrzaskał drzwi? Zaraz. Chwila. Co się do cholery dzieje?! Głośne i szybkie kroki dudnią na schodach. Wyskakuję z łóżka i staję w pozycji obronnej. Przez ułamki sekundy, które upływają zanim drzwi mojego pokoju otwierają się z hukiem opracowuję w głowie taktykę obrony, jednak kiedy widzę kto tam stoi nieruchomieję. Eric. Szybko wyciąga zza paska jeden ze swoich noży i rzuca we mnie. Nie jestem w stanie się ruszyć. Czemu chce mnie zabić? Widzę jak jego palce puszczają rękojeść i nóż leci w moją stronę. Mam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nadal stoję nieruchomo. Zamykam oczy i szykuję się na falę bólu. Czuję pęd powietrza przy moim uchu. Nóż prawie je musnął. No właśnie. Prawie. Eric nie chybiłby w nieruchomy cel. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask za moimi plecami. Odskakuję przerażona i widzę dziwne stworzenie wyższe ode mnie o głowę ze skórą koloru fioletowego, dużymi żółtymi oczami, dwoma ogonami, sześcioma rękami zakończonymi ostrymi szponami i nożem wzbitym w szyję. Czarna krew tryska na dywan i łóżko. Robi mi się niedobrze, chyba zaraz zwymiotuję. Czuję, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa i zaraz się przewrócę. Eric chwyta mnie za rękę i wyciąga z pokoju. Potykam się zbiegając ze schodów. Wypadamy przez roztrzaskane drzwi wejściowe na ulicę i biegniemy w stronę parku. Dopiero przy rogu ulicy rozjaśnia mi się w głowie. Eric narobił strasznego hałasu, to dziwne stworzenie też, a nikt w domu nie zareagował.
-Kate - mamroczę. - Gdzie jest Kate? Musimy po nią wrócić!
-Nic jej nie jest. Pojechała do pacjenta na drugi koniec miasta.
-Co?
-To był dobrze zaplanowany atak. Wywabili ją z domu, żeby nie powiększać liczby ofiar. Łatwiej upozorować jedno samobójstwo niż dwa. Kiedy do mnie zadzwoniła i powiedziała, że stary pan Smith, do którego jeździ czasami na wizyty kontrolne nie żyje od paru godzin i ktoś się pod niego podszył i wykonał telefon do szpitala to od razy wybiegłem z hotelu i przyjechałem jak najszybciej. Jak widać zdążyłem w ostatnim momencie.
-Znasz Kate?
-Tak, należymy do tego samego Zakonu. Została przydzielona do ukrycia i chronienia cie. Dobrze jej szło, ale od jakiegoś czasu dostawaliśmy informacje, że Samael mobilizuje ludzi i wznowił poszukiwania Naznaczonych.
-Samael? Zakon? Naznaczeni? - czuję się jak podczas rozmowy z Xavierem.
-Tak, wiem, nazywanie siebie imieniem, które nosił anioł śmierci jest dziwnym pomysłem, ale wiesz, on chyba tak o sobie myśli. - Zatrzymuję się i patrzę z przerażeniem na Erica. - Rose, wiem, że to wszystko wydaje się dziwne. Wytłumaczę ci. Obiecuje. Teraz musimy iść. Jeśli wezwali jednego demona, żeby cie zabił to na pewno mają w okolicy posiłki, gdyby plan A nie wypalił.
Ledwo kończy zdanie a z krzaków wyskakuje jakaś postać. Eric odpycha mnie na bok i przejmuje na siebie uderzenie. Upadam. Wszystko co dzieje się przez następne sekundy jest ciężkie do opisania. To tak jakby oglądać 4 filmy na raz i starać się zauważyć każdą scenę z 4 różnych ekranów jednocześnie. Eric bije się z napastnikiem, którym okazał się niewielkiego wzrostu mężczyzna z czarną chustą zakrywającą twarz. Z krzaków wybiegają kolejne postacie. Nie wiem kim, a może raczej czym są. Dwoje z nich to chyba demony bo trochę przypominają tego z mojej sypialni: szpony, kolce, ogony, rogi.  Następna trójka to ludzie (przynajmniej tak wyglądają) z chustami zakrywającymi im twarze zupełnie jak u tego faceta, który walczy z Erickiem. Siedzę na asfalcie sparaliżowana strachem. Czuję jak serce obija mi się o żebra. Boli. Znowu zaczyna mnie mdlić. Patrzę jak idą w moją stronę. Eric wyjmuje zza paska długi nóż, ale nie mam złudzeń, że da radę pokonać ich wszystkich.
-Rose! - czyjś głos wyrywa mnie z paraliżu. Rozglądam się i widzę, że w moją stronę biegnie Xavier. W ręku trzyma… Czy ja dobrze widzę? Miecz? Tak, to na pewno miecz. Staje między mną a napastnikami w pozycji obronnej. - Wstajesz czy masz zamiar dać się posiekać na kawałki?
Wstaję i również przyjmuję pozycję obronną. Cała banda atakuje. Xavier z zabójczą precyzją tnie mieczem napastników. Noże Erica świszczą w powietrzu. Jeden z zamaskowanych mężczyzn przebija linię obrony i biegnie na mnie. Nie ma noża, miecza, ani żadnej innej broni. Przez chwilę widzę iskierkę nadziei, że nie wszystko stracone i może ostatnie 3 tygodnie ciężkich treningów na coś się przydadzą. Atakuje, odskakuję, atakuje, blokuję i wyprowadzam szybki cios w żebra. Wydaje mi się, że słyszę trzask łamanych kości. Nie jestem pewna czy to jego żebra czy moja dłoń bo zaczyna boleć niemiłosiernie. Ta chwila nieuwagi drogo mnie kosztuje. Mężczyzna uderza w przeponę pozbawiając mnie powietrza, a później w twarz. Upadam na ziemie i czuję jak coś ciepłego spływa mi po twarzy. Przesuwam ręką pod nosem i czuję coś mokrego. Krew. Nagle mężczyzna krzyczy i pada na ziemię. Za nim stoi Eric z nożem umazanym krwią. Pomaga mi się podnieść. Patrzę na 3 trupy leżące na ulicy. Jeden człowiek i demon przeżyli. Z tym pierwszym walczy Xavier a drugi niebezpiecznie szybko porusza się w naszą stronę. Eric staje przede mną i rzuca nożem trafiając potwora w oko. Demon wydaje z siebie przerażający wrzask i uderza długim ogonem Erica zwalając go z nóg. Ta dziwna istota patrzy na mnie zielonymi oczami i wygląda na głodną. Odwracam się i zaczynam uciekać. Nie jestem głupia. Wiem, że go nie pokonam. Instynkt każe mi próbować przeżyć i znaleźć się jak najdalej od tego monstrum. Słyszę za sobą tupot ciężkich łap. Biegnę najszybciej jak umiem. Wbiegam do parku. Pędzę po ścieżce. Kiedy nie mogę już złapać tchu staję i odwracam się. Demon nadal mnie goni. Nie ucieknę. Nie dam rady. Chociaż próbowałam. Pędzi w moją stronę. Jeszcze pięć kroków i mnie dopadnie. Cztery. Trzy. Podnosi łapę z ostrymi szponami. Dwa. Zamykam oczy i zaciskam zęby. Szykuję się na falę bólu.  Jeden.
-Rose! - z bocznej uliczki wybiega Eric i skacze w moją stronę. Zero. Eric zamyka mnie w żelaznym uścisku i przejmuje na siebie cios ciężkiej łapy demona. Siła uderzenia odrzuca nas kilka metrów dalej. Przy upadku z jego kurtki wypadł szkarłatny kamień wielkości piłeczki do ping-ponga. Leżymy na ziemi. Demon powoli zbliża się w naszą stronę. Wygląda jakby się uśmiechał.
-Kamień - wydusza z siebie Eric. - Kamień. Bezpieczne miejsce. Skup się. Już to robiłaś.

Przewracam się na bok i na kolanach przesuwam w stronę kamienia. Chwytam go i wracam do Erica. Jego kurtkę na plecach rozcinają 3 głębokie rany. Demon jest coraz bliżej. Trzymam w ręku ten cholerny kamyk i nic się nie dzieje. Chwytam Erica za rękę i delikatnie nim potrząsam. Ma zamknięte oczy, nie odpowiada. Chyba stracił przytomność. Co powiedział? „Już to robiłaś.”. Biorę jeden głęboki wdech i powoli wydycham powietrze. Skupiam się na fakturze kamienia. Idealnie gładki. Zimny. Bezpieczne miejsce. Nie myślę o żadnym konkretnym. Bezpieczne miejsce. Czuję jak zaczyna drżeć w  mojej dłoni. Bezpieczne miejsce. Otwieram oczy i widzę białe światło wydobywające się z kamienia. Otacza mnie. Czuję jakbym rozpadała się na miliony małych elementów by po chwili połączyły się z powrotem w jedną całość. Światło znika. Rozglądam się. Siedzę na ganku drewnianego domku. Obok mnie leży nieprzytomny Eric. Jesteśmy w lesie. Czuję się tu dziwnie bezpieczna. Znam to miejsce. Wiem to. Ale skąd? Z trudem wciągam Erica do domu. Wiem gdzie jest sypialnia. Kładę go na łóżku i idę do kuchni. Wyciągam z jednej z szafek niewielki słoik z zieloną zawartością. Maść. Wracam do sypialni. Rozcinam koszulę Erica i smaruję rany maścią. Mamrocze z bólu wędrując między jawą a snem. Nic więcej nie mogę zrobić. Kiedy chcę wstać łapie mnie za rękę. Oczy ma zamknięte. Siadam na brzegu łóżka i delikatnie gładzę jego dłoń. Walczę ze łzami. Widziałam dzisiaj 4 trupy. Ktoś próbuje mnie zabić. Jestem cała poobijana i wykończona. Nie pójdę jutro na kolację z Joshem. Na łóżku obok mnie leży mężczyzna, którego poznałam 3 tygodnie temu. Nie, znam go znacznie dłużej tylko tego nie pamiętam. Ten dom też znam. Bo niby skąd miałabym wiedzieć gdzie była sypialnia, kuchnia, maść? Oddycham głęboko i staram się uspokoić. Czuję jak coraz bardziej przytłacza mnie ogrom tych wszystkich spraw. Pozwalam, żeby otuliła mnie ciemność. Tracę przytomność.

_______________________________________________________________________________________

KathLily
20 lat

8 komentarzy:

  1. Więc tak. Rozdział sam w sobie jest w porządku, ale jest w nim trochę błędów.
    Uważam, że czas leci zbyt szybko.
    Zupełnie pominęłaś Stanowe i tego mi brakowało, a naprawdę polubiłam ten wątek z boksem.
    Ten Eric może być spoczko, ale nie robiłabym z niego takiego supermena i trochę go za dużo.
    Za mało Xaviera ❤❤❤
    Do literówek już nie będę się przycepiać, bo wszyscy je robimy.
    I na koniec chciałabym powiedzieć, że biorąc te trzy rozdziały w całość wyszła z tego mieszanka Hopeless i Miasta Kości.
    Mam jeszcze prośbę, żeby skupiać się na poprzednich rozdziałach, bo wychodzi z tego kupa błędów.
    Jak coś, nie bierz tego za bardzo do siebie, chciałam tylko pokazać na co najlepiej uważać. ��
    /MR

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za literówki przepraszam, braki przecinków i inne ewentualne błędy też.
      Już tłumaczę czemu ominęłam postać Xaviera. Po prostu nie chciałam zepsuć tej postaci. Przyznam szczerze, że nie wiem jak to się stało, że ominęłam Stanowe. Coś pochrzaniłam z czasem, przyznaję. Chyba chciałam zbyt wiele rzeczy połączyć w jednym momencie i coś mi uciekło. My fault, forgive me :)
      KathLily

      Usuń
  2. Rozdział napisany nieco chaotycznie, widzę kilka niezgodności z tym, co było wcześniej oraz kilka błędów, akcja dzieje się zdecydowanie zbyt szybko, Eric moim zdaniem jest postacią niepotrzebną i jedynie mieszającą w fabule, myślę, że na jego miejsce spokojnie można by było wcisnąć Xaviera, z którego tutaj zrobiłaś zupełnie inną postać, która nie wykonuje należycie swojej roboty (choć w pierwszym rozdziale miałam wrażenie, że będzie wykonywał rozkaz Fabiana należycie, że nie jest to ktoś komu chce podpaść), z Erica również moim zdaniem zrobiłaś zbyt wielkiego bohatera (ponoć to Xavier był najlepszy w swoim fachu?), myślę, że również niepotrzebnie wplątałaś w to wszystko Kate. Niestety zauważalne jest też podobieństwo do innych książek młodzieżowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już pisałam na facebooku przy obecnej ilości książek młodzieżowych dostępnych na rynku nie ma opcji, żeby napisać coś co komuś nie skojarzyłoby się z czymś innym. To tak jakby stwierdzić, że "Harry Potter" to zżynanie z "Władcy Pierścieni". Co do Erica i Xaviera... Xaviera nie czułam zupełnie i ominęłam go, żeby kolejna osoba miała pole do popisu przy rozwijaniu postaci. Swoją drogą jeśli ktoś rozwinie postać Xaviera tak, że między nim i Rose narodzi się uczucie to spokojnie będzie można powiedzieć, że to zżynanie z "Niezgodnej" albo "Darów Anioła", czy "Diabelskich Maszyn" :)

      Usuń
  3. Ogólnie rozdział podoba mi się, bo jest dość obszerny, jest kilka literówek, które bolą mnie w oczy i trochę za szybko odkryte są wszystkie te tajemnice związanie z życiem przed życia, kiedy była tam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kolejny super rozdział nie mogłam sie go doczekać tak jak już nie moge następnego ;) szczerze zazdroszcze wszystkim tym osobą talentu ����������

    OdpowiedzUsuń
  5. Mi się podoba :) mistrzostwa mogą odbyć się w następnym poście, nic straconego :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jest okey ;) mnie się podoba. Mogło być gorzej.
    Odwołując się do przedmówczyń, Xaviera można jeszcze naprawić, mistrzostwa też, bo Tyson nie podał precyzyjnej daty. Co do pędzącej fabuły, trochę zwolnimy w następnych rozdziałach, będzie ok ;)
    Podsumowując, nie spieprzyłaś aż tak bardzo, jak sugerują komentarze powyżej :D

    OdpowiedzUsuń