piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział trzynasty

 Ugięły się pode mną nogi, gdy go zobaczyłam. Ukochanego trenera, z którym nawet siniaki były przyjemnością i oznaką postępów w treningach. Stwierdziłam, że to za dużo emocji jak na jeden dzień, najpierw wiadomość o tym, że Xavier żyje, potem moja młodsza siostra a teraz Eric. Łza szczęścia spłynęła mi po prawym policzku, miałam ochotę do niego podbiec i mimo wszystko go uściskać. Czułam jednak, że niekoniecznie wypada tak przed Radą. Otarłam szybko policzek rękawem. Kiedy ja ostatnio go widziałam? Dawno temu, teraz dopiero poczułam ogromny wstyd. Czułam, że naprawdę go lubię, a kiedy uratował mnie i potem przenieśliśmy się do tego domu za pomocą jakiegoś szkarłatnego kamienia, zostawiłam go. Tak po prostu opatrzyłam rany i kiedy jakimś cudem udało mi się powrócić do domu nie pomyślałam o nim ani razu. Nie zmartwiłam się czy wyzdrowiał, jak się czuje, czy cokolwiek. Zapomniałam w natłoku zdarzeń, które miały miejsce.
- Chaire*, mała przeciętna bokserko! – powiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- Eric? – powtórzyłam jeszcze raz, nie wiedząc w sumie, co mu na to odpowiedzieć. Prawdę powiedziawszy nie oczekiwałam tak ciepłego powitania po takim czasie.
Zlustrował mnie od stóp do głów a następnie odwrócił w kierunku Rady, skłonił się delikatnie przed nimi. Nie do końca mi się to spodobało, czułam, że bawienie się w średniowiecze to nie będzie do końca moja rzecz.
- Pozwolicie, że ją zabiorę – powiedział do nich – Wystarczy jej informacji na dzisiaj. To co stało się z Evie musiałoby być wystarczającym szokiem. Clarice, Andreusie – kiwnął jeszcze głowami w ich stronę, ale zrobił to w taki dworski sposób, potem wskazał mi dłonią wyjście.
- Czy ja też muszę się kłaniać? – zapytałam go szybko szeptem.
- Niekoniecznie – odpowiedziała i popchnął mnie lekko.
Chciałam zadać o wiele więcej pytań, ale Eric miał rację. Musiałam przetrawić informację o mojej małej siostrzyczce. Rozglądając się po tym pałacu czułam, że pewnie ona musiała czuć się tu dobrze, skoro wszyscy ją tak uwielbiali, pewnie była traktowana jak księżniczka. Wizja podobnej do mnie biegającej po tych korytarzach trzynastolatki w rozkloszowanej sukience z brokatem podpalającą dla frajdy różne rzeczy, dał mi jakieś poczucie ciepła w sercu. Może mimo wszystko przez te lata, które spędziła tutaj wraz z uwielbiającymi ją Naznaczonymi dał jej poczucie szczęścia i zaznania, chociaż odrobiny radości w życiu. Jednak po chwili wyobraziłam sobie jej drobne ciało w tej samej sukience z trzydziestoma dziewięcioma ranami kłutymi. Próbowałam się z tego otrząsnąć, ale widok ten wciąż powracał.
- Jak ja nie cierpię tej całej dworskiej etykiety – mruknął Eric i spojrzał na mnie – Pewnie nikt ci tego nie mówił, ale przykro mi z powodu Eveleen. Naprawdę była taka jak ją opisują, szkoda, że i ty nie miałaś tyle szczęścia, żeby ją poznać.
Odprowadzał ją do jej pokoju, ale inną drogą tym razem. Rozglądałam się wokoło podziwiając obrazy, posągi i inne cuda sztuki oraz architektury, którymi pewnie bym się zachwycała, gdyby nie fakt, że nie jestem ani ich zbytnią fanką, ani w nastroju na duchowe oczyszczenie za pomocą dział sztuki.
- Ją też trenowałeś? – zapytałam, patrząc w swoje nogi – Moją siostrę?
- Przez jakiś czas tak, gdy Clarise nie mogła tego robić, bo mieliśmy chwilowo poważniejsze problemy z działaniami twojego brata – odpowiedział Eric smutnym tonem.
- Nie chcę mieć takiego brata. Nienawidzę go – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Rodziny nie wybierasz Rose, a póki co to jedyna jaka ci została a możliwe, że ty jesteś ostatnią szansą dla niego.
Wędrowaliśmy przez chwilę w ciszy, zanim znowu podjęłam rozmowę, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia.
- Jak tam twoje plecy? – zapytałam – No wiesz, po ataku tamtym, kiedy to postanowiłeś zabawić się w mojego bohatera.
- To było tak dawno temu, że aż o tym zapomniałem – zaśmiał się krótko, – Ale lepiej boksujesz niż opiekujesz się rannymi, więc lepiej to sobie odpuść na przyszłość.
Musiałam przyznać mu rację, dotarliśmy w końcu do mojego pokoju. Zasmuciłam się odrobinę z tego powodu, w sumie był jedyną osobą tutaj, poza Xavierem oczywiście, które byłam pewna, że są przyjaźnie do mnie nastawione.
- Od jutra zaczynamy – powiedział Eric, kładąc mi dłoń na ramieniu – Jeszcze zrobimy z ciebie Naznaczoną, której nikt nie podskoczy – mrugnął do mnie i zniknął w oddali korytarza.
Sama weszłam do pokoju, usiadłam na łóżku i zastanawiałam się, co mam ze sobą zrobić. Chciałam też chwilowo oderwać myśli od tego wszystkiego, postanowiłam odwiedzić ponownie Xaviera, ale stwierdziłam, że przyda mi się prysznic dla oczyszczenia umysłu. Wzięłam kosmetyczkę i rzeczy, które ktoś położył na komodzie w czasie mojej nieobecności. Tak uzbrojona skierowałam się w stronę drzwi na końcu korytarza. Na szczęście w łazience nikogo nie było. Czułam jak gorąca woda powoli wypłukuje zmęczenie z moich mięśni. Oparłam się jedną ręką o ścianę i zaczęłam głęboko, kontrolowanie oddychać, tak jak często robiłam w czasie treningów bokserskich. Umysł zamieniał się w pustkę, liczyła się tylko koncentracja i gotowość do walki. Spojrzałam na swoją bliznę. Czy byłam gotowa poznać moje umiejętności, czy byłam gotowa na to, żeby pogodzić się z prawdą, z tym, ze jestem Naznaczoną? W tamtym momencie tak. Jednak to uczucie minęło wraz z tym jak zakręciłam kurek i nastała nagle cisza, którą nieśmiało przerywało kapanie pojedynczych kropel wody z moich włosów. Ubrałam się szybko i udałam się w drogę powrotną do mojego pokoju. Korytarz tym razem wydawał się strasznie długi, miałam złe przeczucia. Brakowało mi w sumie kilku metrów, kiedy ktoś chwycił mnie za ramię od tyłu rzucając mną o ścianę. Wszystkie rzeczy, które trzymałam rozsypały się a ja poczułam przy gardle chłód metalu. Spojrzałam na osobę, która trzymała sztylet z wyraźną chęcią zabicia mnie. Kojarzyłam skądś tą dziewczynę, ale nie mogłam się skupić na przeszukiwaniu w pamięci obrazów wszystkich, których dzisiaj spotkałam, bo uwagę przyciągały tylko jej szare oczy tak przepełnione nienawiścią i szaleństwem. Nagle doznałam olśnienia, to była dziewczyna, którą pocieszała Avalon.
- Przykro mi z powodu J… - zaczęłam mówić, ale chyba nie powinnam.
- Nie wymawiaj jego imienia! – krzyknęła mi prosto w twarz, przystawiając sztylet mocniej, czułam jak pojedyncza kropla krwi spływa mi po szyi znika pod koszulką – W końcu przez ciebie zginął.
- Naprawdę, bardzo mi przykro – spróbowałam znowu, nadal bez skutku.
- Byliśmy zaręczeni, za miesiąc mieliśmy brać ślub! Powinnam cię zabić tu i teraz – wyszeptała głosem pełnym złości – Cała wasz trójka powinna już nie żyć, sprawiacie tylko problemy. Dobrze, że chociaż już jedno z was wącha kwiatki od spodu. To całe „cudowne dziecko Promyczek” było takie wnerwiające, że aż mi się niedobrze robiło na jej widok.
Ta uwaga o mojej siostrze obudziła we mnie pokłady agresji, co ja co mogła obrażać mnie, ale nie moją rodzinę. Nie odpowiedziałam nic, zacisnęłam tylko usta i na tyle silnie na ile mogłam wymierzyłam cios w żebra. Element zaskoczenia dał mi szansę na odepchnięcie jej. Wywiązała się krótka walka, wymieniałyśmy szybkie ciosy, ale musiałam bardziej skupiać się na unikach, w końcu ona nadal dzierżyła sztylet. Nie wpadałam na to, żeby jakoś jej go pozbawić. Powaliła mnie w końcu, przycisnęła kolanem do ziemi, odbierając dech. Chwyciła mnie za włosy i uniosła lekko głowę, żeby móc powiedzieć mi do ucha.
- Albo nie, nie zabije cię teraz – miałam wrażenie, że jej głos przypomina syk węża – Wymyślę sposób, żeby twoje odejście z tego świata było bolesne i powolne.
Odeszła, a ja resztkami sił podniosła się z podłogi, ruszyłam do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami i położyłam się na łóżku skulona zaczęłam się trząść. Powinnam płakać? Nie wiem. Ale nie mogłam, wydaje mi się, że wyczerpałam już na długo limit mojego organizmu odnośnie produkcji łez. Czułam się zdruzgotana i poniżona, bolało mnie wszystko. Byłam pewna, że dzisiaj już nie odwiedzę Xaviera, nie przejęłam się nawet tym, że brudzę pościel krwią z drobnych obrażeń na ramionach i twarzy. Wolałam, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Postanowiłam tylko, że przyłożę się do treningów z Ericiem. Skoro cześć z Naznaczonych mnie tutaj nie chciała, musiałam stać się jeszcze silniejsza i jak najszybciej odkryć i nauczyć się kontrolować moją moc. Przez jakiś czas wpatrywałam się tępo w ścianę, dopóki umysł nie odmówił mi posłuszeństwa i po prostu zasnęłam. Był to bardzo zły pomysł.

Mój sen był istną kakofonię dźwięków i niewyraźnych przebłysków obrazów. Czerwień. Czerń. Góry. I non stop powtarzane przez kogoś trzy imiona. Moje i mojego rodzeństwa. Krzyki. Krew. Odgłos sztyletu zatapianego w czyjeś ciało. Eveleen. Raz. Dwa. Trzy. Ziemia nasiąknięta posoką. Dziewięć. Dziesięć. Jedenaście. Biała dziewczęca sukienka z dziurami. Dwadzieścia jeden. Dwadzieścia dwa. Dwadzieścia trzy. Płomienie, wśród których sylwetki ludzi niczym cienie z twarzami wykrzywionymi w niemy okrzyk rozpaczy. Fabian. Trzydzieści pięć. Trzydzieści sześć. Odliczam z głosem w mojej głowie. Trzydzieści siedem. Trzydzieści osiem. Trzydzieści dziewięć. Krzyk bólu. Rose.

Otwieram gwałtownie oczy, próbując złapać oddech. Rozglądam się, nie wiem gdzie jestem. Nie mogę być nawet pewne czy to jawa czy sen.


* w języku greckim oznacza to „Cześć!”
_____________________________________________________________________________________________________

Ann

19 lat

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz