niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział jedenasty

Przebudziło mnie gwałtowne szarpnięcie samochodem. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Moje serce na moment ewidentnie zapomniało jak się pompuje krew. Rozejrzałam się z przerażeniem po wnętrzu samochodu i po raz kolejny musiałam przypomnieć sobie, gdzie tak właściwie jestem.
- Wszystko dobrze? – spytała Juliette. – Koszmar?
Spojrzałam na lekko zatroskaną twarz blondynki i zrobiło mi się głupio.
- Nie… to, to szarpnięcie tylko – spuściłam wzrok, żeby ukryć zakłopotanie. Byłam cała czerwona na twarzy, a przez myśli przepływały mi obrazy z mojego snu. Akrobata przechodzący po linie, kobieta guma, wyginająca swoje ciało w sposób co najmniej niemożliwy. Oboje w kółko powtarzali „no już córeczko, twoja kolej”. Chyba jednak cieszę się, że moi rodzice nie byli cyrkowcami.
Otrząsnęłam się z zamyślenia, nie do końca wiedząc jak w ogóle takie rzeczy pojawiają się w mojej głowie. Spojrzałam przez okno. Padało. Obraz był prawie całkowicie zamazany. Wycieraczki rytmicznie wycierały szybę, co kiepsko wpływało na moją czujność, ale już nie czułam zmęczenia. Patrzyłam przez okno, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, ale nie wychodziło mi to najlepiej.

~***~

Kiedy samochód zwolnił i zaczął skręcać gdzieś między drzewa rozglądałam się dookoła jak małe dziecko. Wiedziałam, że się zbliżamy. Oczywiście „zbliżamy” było jak najbardziej trafnym określeniem, ale nie znaczyło to, że jesteśmy blisko. Minęły godziny zanim auto się w końcu zatrzymało. Dopiero teraz sobie zdałam sprawę jak daleko musiały mnie wywieźć sługusy Fabiana, bo jestem pewna, że walka z oszami miała miejsce niedaleko kryjówki Naznaczonych.
Wysiadłam powoli z samochodu. Już nie padało. A przynajmniej nie tutaj, bo znajdowaliśmy się w jakiejś jaskini. Chyba. Nie wiem, szczerze mówiąc. Wyglądało jak garaż jakiegoś superbohatera. Byliśmy na tyle głęboko, że nie widziałam wjazdu. Sklepienie znajdowało się kilka metrów nade mną, a na ścianach znajdowały się lampy połączone ze sobą długimi, czarnymi kablami wiodącymi gdzieś w głąb.
Omiotłam spojrzeniem rzędy aut, które były równo poustawiane, jak na podziemnym parkingu. W sumie to dosłownie to było. Moją uwagę przykuła czarna Telsa zaparkowana po mojej prawej stronie. Poczułam silne łaskotanie w brzuchu, a łzy zamgliły mi wzrok. Szybko się jednak opanowałam i spojrzałam na Juliette.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem – powiedziałam stanowczo.
Kątem oka zobaczyłam jak Avalon przewraca oczyma i odchodzi. Chyba mnie nie lubi.
-Powinnyśmy się natychmiast udać do Rady. Zapewne masz wiele pytań, oni ci wszystko powiedzą – kącik jej ust się uniósł. Wiedziała jak mnie podejść.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem – powtórzyłam po chwilowej walce z samą sobą. Rada może poczekać.
-Mamy rozkaz zaprowadzić cię prosto do Rady – Juliette wydawała się lekko zniecierpliwiona.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem! – nie obchodziły mnie ich rozkazy. Chciałam zobaczyć go na własne oczy. Nadal czułam pewien niepokój. – Tylko na chwilę – dodałam błagalnym wzrokiem.
-Tylko na chwilę – westchnęła zrezygnowana i ruszyła w głąb jaskini.

~***~

Za zakrętem jaskinia się zwężała, a sufit opadał, ale po przejściu przez ten korytarzyk stawało się przed wielkimi drewnianymi drzwiami. Otwierało się tylko ich część, która była wielkości normalnych drzwi. Były zrobione z ciemnego drewna i miało więcej metalowych okuć niż kiedykolwiek widziałam.
Przy drzwiach… ba! Wrotach! Stało dwóch rosłych mężczyzn ubranych w skórzane kurtki i skórzane spodnie. Mieli poważne miny, a dłonie spoczywały na długich mieczach. Po przeciwnej stronie mieli przytroczone pistolety. Uśmiechnęli się na widok Juliette, a kiedy ich wzrok spoczął na mnie, jeden miał wielkie trudności z ukryciem zniesmaczenia. Nie odezwali się, tylko nas przepuścili, kiwając do Juliette.
No szczerze powiem, nie tego się spodziewałam. Za drzwiami nie było litej skały. Nie. To było niesamowite! Nagle znalazłam się w pałacu! Oczywiście nie takim wytwornym z masą rzeźb i obrazów. Ściany były proste, pokryte cienkimi ornamentami. Sala była prawie pusta. Znajdowało się tam tylko podwyższenie, naprzeciwko drzwi wejściowych, a ściany były zajęte przez drzwi ciągnące się w około. Wszystkie były niewiele większe od normalnych, jednakowe, okute grubym metalem. Było ich może z 30! Jeżeli mam tu zostać, to z pewnością się zgubię.
W Sali znajdowało się kilka osób. Dostrzegłam Avalon, która rozmawiała z jakąś kobietą o długich, jasnych włosach. Jej oczy poszerzały się z każdym kolejnym wypowiadanym przez Avalon słowem. Kiedy przestała mówić, blondynka zasłoniła sobie usta dłońmi i wybuchła niekontrolowanym płaczem. Całe pomieszczenie wypełniło echo jej pełnego bólu krzyku. Upadła na ziemię, a Avalon kucnęła obok niej, delikatnie gładząc jej plecy. Usta miała ściśnięte, a brwi ściągnięte ku sobie. Napotkałam jej lodowate spojrzenie. Całą sobą mówiła mi, że to moja wina. Przypomniałam sobie rozmowę z samochodu „straciliśmy dzisiaj Jacoba”.
Nie miałam na szczęćie czasu się rozglądać. Juliette wydawała się nie mieć ochoty na tłumaczenie mi wszystkiego. Podążałam za nią. Jedne drzwi. Kolejne. Kolejne. I jeszcze jedne. Już nie wiedziałam gdzie jestem. Przechodziłyśmy korytarzami, mijałyśmy jedne drzwi i przechodziłyśmy przez inne. Ja naprawdę nie wiem jak oni są w stanie się tu orientować! Ciekawe ile kilometrów trzeba przejść, żeby się dostać do toalety…
W końcu stanęłyśmy przed dużymi drzwiami z napisem „Medyk”. Juliette stanęła przed drzwiami i rzuciła tylko krótkie „masz 10 minut, trzecie łóżko po prawej” i odeszła.
Przełknęłam ślinę i weszłam do środka. Czułam niemiły ucisk w żołądku. Raz. Dwa. Trzy. Spojrzałam w prawo. Moje oczy się rozszerzyły i wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
-To jest aż tak zabawne? Serio – irytacja w głosie Xaviera była tak wyraźna, że trudno jej było nie zauważyć.
-Wybacz – powiedziałam przez łzy śmiechu. – Cieszę się, że cię widzę – uśmiechnęłam się.
-Dziwnie reagujesz jak się cieszysz… - powiedział cierpko, ale kącik ust powędrował mu do góry.
-Widziałeś się może? – spytałam chichotając jak mała dziewczynka.
-Czy mogłabyś być mniej czuła? – popatrzył na mnie z wyrzutem.
-Oj biedactwo. Biedactwo. Przecież widzę, że cię połatali – uśmiech mi się poszerzył. – Czyli się widziałeś.
Byłam w szoku. Wyglądał strasznie. Był pokryty bandażami, oczy miał podkrążone, był bledszy niż zazwyczaj. Jednak kiedy do niego podeszłam i zobaczyłam najpierw zdziwienie, a potem uśmiech na jego twarzy, nie mogłam powstrzymać tej ogromnej fali ulgi i szczęścia. Nie chciałam się przed nim rozkleić, więc zaczęłam się po prostu śmiać.
Przyjrzałam się mu jeszcze raz. Głowa była owinięta bandażem, ale było widoczne, że jej lewa strona jest wygolona do skóry, a resztę włosów ścięte miał na krótko.
-Cholerne osze. Rozdrapały pół łba… - westchnął. – Ale… co ty tu robisz? Powinnaś iść do Rady. Oni są od odpowiadania na twoje pytania, a zapewne stworzyłaś już ich tysiąc. Jak nie więcej.
-Chciałam się upewnić, że żyjesz – powiedziałam sucho.
-To już widzisz – zaczerwienił się i odwrócił głowę. – Przyjdź jak już będziesz miała odpowiedzi.
-Ha?! Ciebie też dobrze widzieć… - rzuciłam i wyszłam z pomieszczenia.
Co za gbur! Człowiek się o niego troszczy a ten co?! Cham! Chamstwo!

Oparłam się o ścianę i zaczęłam płakać. Jak dobrze, że jednak żyje!
                                                                                                                                                      ________________________________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat

wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział dziesiąty

Wpatrywałam się w lufę pistoletu, powtarzając w myślach ostatnią modlitwę. Ależ ze mnie idiotka, że tak po prostu chwyciłam zardzewiałą łopatkę i chciałam załatwić nią przebywających w tym domu, nie troszcząc się nawet o to, kogo sprowadzi wybiegająca kobieta. Widocznie podświadomie przyzwyczaiłam się do tego, że Xavier przybędzie w swojej lśniącej czarnej furze, z całą tą swoją wyniosłością i dystansem, i po prostu ocali mi dupę. Próżne nadzieje. Xaviera już nie ma. Leży na tamtej ulicy, Bóg wie, jak daleko stąd, o ile ci psychopaci nie splądrowali, a potem nie spalili jego zwłok. Leży zabity przez oszę, bo chciał mnie chronić. Najwidoczniej umarł na marne, bo ja też za moment zginę.
Co ci jest, Rose? Od kiedy z ciebie taka bohaterka? Może od czasu, kiedy musiałam zwiewać z własnego domu, spać w środku lasu i unikać śmierci z rąk jakichś dzikich demonów. Może. Teraz to już bez znaczenia.
- Zwariowałeś?!
Kurcze, czyżbym znów cudem uniknęła śmierci? Powinnam paść na kolana i dziękować Bogu za tak szlachetne rozwiązania. Do mojego niedoszłego oprawcy podbiegł rosły, barczysty mężczyzna, wydający się być jego wspólnikiem. Miał na sobie czarny t-shirt i spodnie. Włosy jego obcięte były na krótko. Przywodziły mi na myśl wojskową fryzurę rekrutów.
- Fabian chciał mieć ją żywą.
Znów słyszałam to imię. Fabian. Czego chciał ten Fabian? Nie mojej śmierci, tego mogłam się domyślać. Lub... Przełknęłam ślinę. Sam pragnął mnie zabić.
- Wracaj do pokoju - zwrócił się do mnie mężczyzna. Z pewnością był starszy od tego z pistoletem. - Nie próbuj żadnych sztuczek. Nie możemy cię zabić, czego żal mi okrutnie, bo jesteś cwaną smarkulą, ale okaleczyć cię nikt nam nie zabronił. - W jego dłoni coś błysnęło; zza paska wydobył myśliwski nóż. Zakręcił nim efektownie i ukrył z powrotem.
- Czego ode mnie chcecie? Co ze mną zrobicie? - Fakt, w mojej obecnej sytuacji powinnam być raczej ostrożna i uległa, lecz miałam dosyć niewiedzy, którą czułam przy Xavierze całymi tygodniami. Chciałam przynajmniej zrozumieć swoją sytuację i czułam, że paradoksalnie te oprychy mogą pomóc mi w tym bardziej, niż wspomniany Pan Naznaczony.
- Bądź cierpliwa. - Koleś z pistoletem uśmiechnął się jak psychol. Nie podobał mi się ten uśmiech. Było w nim coś intrygującego. Patrzył na mnie jak wygłodniały wilk na bezbronne jagnię. - Niebawem pojawi się transport i będziesz mogła wreszcie zobaczyć się ze swoim braciszkiem.
Zaśmiał się jadowicie. Coś mi mówiło, że wcale nie chcę się z nim widzieć.
- Wyśpij się. Chciałby zobaczyć cię w dobrej formie.
Ta, jasne, przemknęło mi przez myśl. Spojrzałam jeszcze raz na twarze mężczyzn. Westchnęłam w duchu. Nic nie wskóram. Nie w tym momencie. Nie bez planu i nie w starciu z nimi. Opór jak najbardziej niewskazany.
Powoli wycofałam się do pokoju, z którego wyszłam, zostawiając na podłodze prowizoryczną broń. Położyłam się na łóżku, jednak nie mogłam zasnąć. Materac był twardy, pościel cuchnęła czymś okrutnie. No i świadomość, że nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, kim jestem... Nie wiem właściwie nic. To też mógł być jakiś czynnik. Znów czułam się jak przed laty, gdy obudziłam się po wypadku z amnezją. Wypadku... Jakim wypadku? Prawdopodobnie ataku demona. Tak mówił Xavier.
Stąd mam bliznę.
Stąd jestem Naznaczona.
Stąd mam moce.
Właśnie, moce. Może gdyby chłopak nie był tak powściągliwy w dzieleniu się ze mną czymkolwiek, mogłabym teraz sama się stąd uwolnić. Zaraz zganiłam siebie za to myślenie. Chciałam wierzyć, że naprawdę wiedział o mnie niewiele więcej niż ja sama. Twierdził, że moje moce muszą zostać odkryte i przetrenowane. Szkoda, że pewnie nie będą miały okazji.

Samael...
Samael...
Samael...

Kiedy się obudziłam, imię nadal odbijało się echem w mojej głowie. Samael. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, gdzie i kiedy je słyszałam, lecz słyszałam na sto procent. Wiedziałam to.
Był środek nocy. Otulały mnie mrok i cisza tak intensywna, że wydawała się dzwonić mi w uszach. Leżałam w bezruchu z szeroko otwartymi oczami. Liczyłam oddechy, przypominając sobie zdarzenia minionych godzin. Jeden, dwa, dziesięć, pięćdziesiąt, sto, dwieście... Nagle usłyszałam przeraźliwy huk, który sprawił, że na moment stanęło mi serce. Gwałtownie wstałam, co zaowocowało zawrotem głowy. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Rwetes za drzwiami ciemnej sypialni nie ustawał, przeciwnie - nabierał na sile. Słyszałam jakieś krzyki, a za chwilę wyraźne odgłosy walki. Ktoś wrzasnął z bólu, ktoś strzelił, przewrócił się jakiś mebel...
Powinnam uciekać? Schować się? A może przyłączyć się do walki, traktując napastników w myśl porzekadła, jakoby wróg mego wroga był moim przyjacielem? Zaczęłam rozglądać się po małym pomieszczeniu, szukając jakiejkolwiek broni. Zdawało mi się, że gdy spałam, pokój opróżniono jeszcze bardziej. Nie zdążyłam dobrze zastanowić się nad swoim działaniem. Usłyszałam szybko zbliżające się kroki. Padłam na ziemię, gdy drzwi otworzyły się z hałasem. Wpadła przez nie jedna osoba. Byłam w stanie przyjrzeć się jedynie jej butom - było to czarne militarne obuwie na grubej podeszwie. Postać pokręciła się chwilę po pokoju, zajrzała do dużej szafy stojącej po lewej stronie drzwi, a następnie zwróciła się do mnie żeńskim, zimnym głosem.
- Wstawaj, mała, i chodź ze mną.
Podniosłam głowę. Mój wzrok napotkał duży sztylet dzierżony przez niesamowicie szczupłą dziewczynę o dwóch czarnych warkoczach sięgających piersi. Jej czujne, zielone oczy wpatrywały się we mnie bez emocji. Na jej bladej twarzy odcinała się czerwona blizna przechodząca przez cały lewy policzek. Z nosa i wargi kapała jej krew. Nie umknęło mojej uwadze, że nazwała mnie "małą", choć była ode mnie starsza o dwa, góra trzy lata.
- Nigdzie z tobą nie pójdę - odparłam, szybko podnosząc się z podłogi.
- Na twoim miejscu jednak bym to zrobiła.
- Dlaczego mam ci ufać?
- A dlaczego nie?
- Już nikomu nie ufam - powiedziałam cicho. Wbrew mojej woli po policzku potoczyła się łza. W ciszy, jaka nagle ogarnęła cały dom, było słychać, jak spada na drewnianą podłogę. Szybko odwróciłam głowę.
- Serio, nie czas na przedstawienia. Ruchy!
W tym momencie do pomieszczenia wszedł ktoś jeszcze. Podniosłam oczy na blondynkę z włosami ciasno związanymi w kucyk. Uzbrojona była w kastet. Przez ramię przewieszony miała niewielki czarny plecak. Zmierzyła wzrokiem obydwie obecne, po czym jęknęła:
- Avalon, daj se siana. Nie mamy czasu na to, byś straszyła to biedne, zagubione dziewczę. Chodź, Rose, misja skończona. Jedziesz z nami do Castle Mountain. No chyba, że wolisz łaskawie zaczekać, aż przybędą tu sługusy Fabiana i zabiorą cię na przejażdżkę.
Tej dziewczynie bardziej gotowa byłam zaufać. Nie wydawała się być tak bezwzględna, jak jej koleżanka. Miło patrzyło jej z oczu. W dodatku wymieniła nazwę Castle Mountain. Mimo tego nie ruszyłam się z miejsca.
- No widzisz?! Gadać do słupa, słup stoi jak dupa! Ja bym ją tu zostawiła.
- Sprawdź, czy nie ma cię w salonie, Av - mruknęła blondynka z nutką irytacji. - Pomóż chłopakom. Musimy to znaleźć. To co, dasz nam się zabrać? - zwróciła się do mnie, gdy brunetka zniknęła w korytarzu, łypiąc na mnie spode łba.
- Wam, czyli komu?
- Jest ze mną grupka Naznaczonych. Przyjechaliśmy cię odbić.
- Co? Dlaczego? Skąd wiedzieliście? - W mojej głowie kłębiły się pytania. Miałam ochotę tańczyć z radości, ale jednocześnie przywalić dziewczynie z nogi od krzesła i uciec z tego psychiatryka, zanim ktokolwiek się zorientuje.
- Obawiam się, że nie mam teraz czasu odpowiedzieć na każde twoje pytanie. Na razie musi wystarczyć ci to, że mam na imię Juliett. Rozumiem twoją konsternację, ale musimy jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Ufasz mi?
Nie wiem, co w tamtym momencie sobie myślałam, ale kiwnęłam głową i pozwoliłam dziewczynie wyprowadzić się z pokoju. Przeszłyśmy przez ciemny korytarz usiany odłamkami szkła. Otwarty na oścież salon, w którego oszklonych drzwiach wybito szybę, był zdemolowany. Po podłodze walały się książki, bibeloty, fragmenty mebli. Leżało kilka martwych ciał. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że tak teraz będzie wyglądało moje życie. Krew, trupy i walka będą nieodłącznymi jego elementami i powinnam powoli przyzwyczajać się do ich widoku. Mimo tego zrobiło mi się niedobrze. Przy samych frontowych drzwiach potknęłam się o coś dużego i upadłam. Z przerażeniem spojrzałam prosto w martwe oczy człowieka, który wcześniej chciał mnie postrzelić. Był blady i sztywny, jedna z jego rąk wygięta była pod nienaturalnym kątem. Wzdrygnęłam się. Juliett pomogła mi wstać. W jej dotyku wyczuwałam coś swojskiego. Poczułam, że wreszcie ktoś naprawdę chce dla mnie dobrze. Wydawało mi się, że ona nie będzie próbowała mnie okłamać ani nic przede mną ukryć. W końcu dowiem się prawdy. Wyszłyśmy na zewnątrz. Dopiero teraz mogłam obejrzeć na własne oczy miejsce, w którym mnie przetrzymywano. Był to piętrowy domek z gankiem i sporym podwórkiem, na którym stało kilka aut. Dwa z nich, zaparkowane niedbale na samym środku, otoczone były wianuszkiem młodych osób w czarnych ubraniach. Wśród nich była Avalon, żywo dyskutująca z dwoma mężczyznami. Trzeci, spostrzegłszy nas, powiedział coś do reszty towarzystwa i zajął miejsce za kierownicą jednego z nich. Niski blondyn, dotychczas wymieniający spostrzeżenia z dziewczyną, wsiadł jako kierowca do drugiego.
- To wy, dziewczynki, usiądźcie sobie razem, a ja pojadę z Casperem - uśmiechnął się do nas wysoki, ciemnoskóry chłopak, drugi towarzysz Avalon, i skierował się do pierwszego samochodu. - Aha, to chyba twoje.
Podał mi sztylet, z którego wcześniej mnie ograbiono. Podziękowałam cicho i wsiadłam na tylne siedzenie auta, gdzie czekała już Juliett. Avalon zajęła miejsce obok kierowcy.
- Jestem Javed - przedstawił się, gdy odpalił silnik i wyjechaliśmy z posesji. Pragnęłam jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Rose - odpowiedziałam, obserwując, jak upiorny dom ginie w mrokach nocy.
Przez większość część drogi nie odzywałam się, wpatrując się w błyszczące gwiazdy za oknem wozu i przysłuchując się rozmowie toczonej głównie na przodzie. Dowiedziałam się, że zginął jeden z nich. Jacob. W pojeździe za nami wieźli jego ciało. Cieszyli się, bo zabili wszystkich z "tych złych". Nie mogłam pojąć idei tak masowych mordów. To barbarzyństwo godne średniowiecza. Ja teraz też miałam stać się barbarzyńcą. Zdążyłam się jednak zorientować, że takie są zasady. Albo jesteś twardym, albo umierasz. Chyba, że jesteś mną, i każdy dba o to, by ocalić twój tyłek. Właściwie to cud, że jeszcze żyję.
- Myślałam, że będziesz chciała zadawać pytania - zwróciła się w końcu do mnie Juliett.
- Nie wiem, o co mam spytać - przyznałam się. Po chwili milczenia dodałam: - Na początek może: skąd wiedzieliście, że zostałam porwana?
- Stało się to tuż pod naszym nosem. - Dziewczyna uśmiechnęła się uroczo. - Znaleźliśmy Xaviera, zabraliśmy go do siebie i opatrzyliśmy. Wiedzieliśmy, że wiózł do nas ciebie. Zastaliśmy rozbity wóz, jego całego we krwi, ani śladu ciebie ani... pewnej przesyłki, którą miał nam dostarczyć.
Buteleczka, przemknęło mi przez myśl. Sekundę później dotarło do mnie coś jeszcze.
- Zaraz, zaraz... Xavier żyje?!
- Żyje - odezwała się Avalon. - Ledwo biedak dycha, jednak żyje. Z pomocą starszych Naznaczonych powinien dojść do siebie.
Odetchnęłam z ulgą. Poczułam wręcz, że jakieś nie do końca dające się wytłumaczyć łzy szczęścia napływają mi do oczu. Irytował mnie. Zdawał się być totalnie znudzony misją zleconą mu przez Fabiana, a potem kontynuowanej z woli Naznaczonych, jednak... chronił mnie. Nie chciał mojej krzywdy. Poświęcił się dla mnie. Mimo wszystko byłam mu ogromnie wdzięczna. I może... nie tylko wdzięczna?
- Długo tam siedziałam?
- Znaleźliśmy Xaviera wczoraj wieczorem - odparła Juliett. - Wychodzi więc na to, że przetrzymywali cię jakieś trzydzieści godzin.
Skupiłam się. To mogła być moja jedyna okazja, by dowiedzieć się czegokolwiek o sytuacji, w której się znalazłam. Nagle coś znowu zakołatało mi w głowie.
- Kto to jest Samael?
Juliett zacisnęła wargi. Zapanowała cisza. Javed przestał pogwizdywać za kierownicą i odchrząknął cicho.
- Kim jest Samael? - powtórzyłam z naciskiem.
- Bardzo, bardzo złym Naznaczonym - odezwała się po chwili Avalon lodowatym tonem. Wypuściła głośno powietrze. - Tak złym, że sprzymierzył się z demonami i zapragnął uczynić sobie podwładnymi także nas, a potem cały świat. Zwykłych śmiertelników.
- Czyli typowo... - westchnęłam.
- Problem w tym, że jakiś czas temu zgadał się z twoim braciszkiem - wtrącił się chłopak, jednak szybko umilkł. Domyśliłam się, że Avalon dała mu do zrozumienia, iż pragnie sama kontynuować historię. Rzeczywiście po chwili odezwała się ponownie.
- Jesteś siostrą Fabiana. Jesteś Naznaczona. Prawdopodobnie nawet podwójnie.
- Jak Xavier... - wyrwało mi się.
- Tak jest, jak Xavier. Blizna na twojej piersi może być śladem walki z demonem. Oprócz tego odziedziczyłaś z Fabianem jakąś wspólną moc po waszym przodku. Jesteś siostrzyczką Fabiana. Nic nie rozumiejącą i dlatego cholernie niebezpieczną w jego rękach. Jesteś jakby kartą przetargową. To dlatego te typki cię porwały, to dlatego nie zostawiliśmy cię tam na pastwę losu, to dlatego narażamy własnych ludzi, żeby ratować ci tę zieloną dupę. Właściwie najprościej byłoby cię zabić - zakończyła gorzko.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie starał się załagodzić jej słów, obrócić ich w żart, cokolwiek.
Kurwa.

Że też musiałam urodzić się w jakiejś porąbanej rodzince nadludzi. Że też nie mogę być córką cyrkowca.

_________________________________________________________________________________________________

Oliwia Piotrzkowska
17 lat

sobota, 30 maja 2015

Rozdział dziewiąty

Serce człowieka zatrzymuje się z różnych powodów. Moje zostało wstrzymane, kiedy osza starała się dostać do głębi mojej duszy poprzez zimne spojrzenie. Czułam ciarki na plecach, kiedy robiła kroki w moją stronę. Nagle przypomniałam sobie, że muszę oddychać. Nogi stały się słabe – jakbym jeszcze nigdy na nich nie stała. Xavier patrzy na mnie z ziemi, jakby już nie miał siły. Osza jest coraz bliżej, dla zdobycia czasu cofam się powoli i spokojnie.
Myśl trzeźwo, nie pozwólmy się zwariować.
Kiedy zbliżam się do znaku nad moją głową gromadzi się coraz więcej chmur. Wszystkie są w różnych odcieniach szarości. Stwór zaczyna piszczeć i jest już parę kroków ode mnie, mimo że starałam się przybrać jej tempo. Zwinność z jaką się porusza jest dla mnie nie do pokonania.
Natrafiam na kamień, upadam. Czołgam się, jak najszybciej umiem, do znaku. Dopiero teraz widzę jaka jestem słaba. Zaczyna padać. Włosy po chwili robią się mokre, a ja jestem już tylko parę centymetrów od mojego koszmaru. Podciągam się ostatni raz, mijam znak, blizna zaczyna mnie boleć, co nie jest dobrym znakiem. Dlaczego akurat teraz? Podpieram się na łokciach, kiedy zaczyna grzmieć. Osza już ma zadać cios, ale się płoszy. Piszczy tak, że nie jestem pewna jakie są moje myśli. Jej odgłosy przypominają płacz dziecka i ryk wilka w jednym dźwięku. Barwa jest strasznie wysoka, muszę zasłonić uszy. Kulę się w sobie i kładę na ziemi. Po policzku płynie cienka kreska przezroczystego, słonego płynu.
Na chwilę wstrzymuję wszystkie myśli, które teraz były w mojej głowie. Monstrum, które przed chwilą było przede mną się boi. Nie zbliża się do mnie. Mam czas na atak.
W pewnym momencie wyciągam z kieszeni sztylet, odsuwam się bardziej za znak, żeby mieć miejsce na rozbieg, wstaję. Wszystko dzieje się tak szybko, a osza unosi się delikatnie do góry i wydaje z siebie kolejne szatańskie dźwięki. Kiedy biegnę do niej i mijam znak, deszcz przestaje padać, a blizna boleć. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale korzystam z okazji i wbijam ostrze w jej klatkę piersiową. Wyjmuję je szybko, kiedy słyszę odgłos silnika, w zasadzie nie tylko jednego. Nie znam się na tym, więc odwracam się. Parę czarnych punktów zbliża się w moją stronę. Odwracam się do zjaw. Nie ma po nich ani jednego śladu. Gdzie się podziały?
Ocieram łzę, która już wyschła, ale czuję jej obecność na policzku. Podbiegam do Xaviera.
- Xavier, słyszysz mnie? – krzyczę, kiedy jestem dość blisko. Siadam przy nim i staram się ocucić. Jednakże oczy chłopaka wydają się martwe. Tak jak martwa wydaje się być jego dusza. Jego sylwetka wydaje się być taka słaba, bezbronna. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie pożegnanie z nim.
Chłopak mnie chronił, a ja pozwoliłam mu odejść. Tak po prostu.
Kładę się koło niego, nie był mi bliski, ale jego obecność sprawiała, że czułam się bezpiecznie. Nie pozwalałam sobie nawet pomyśleć o tym, co by było gdyby nie ochronił mnie. A teraz? Teraz jestem sama. Zupełnie.
Czarne punkty, które okazały się motorami są już niedaleko. Przytulam się do Xaviera ostatni raz. Dopiero teraz czuję jego krew na swoich palcach. Łzy ciekną mi po policzkach, bezradność jaka mi towarzyszy nie pomaga.
Z kieszeni chłopaka wystaje mała buteleczka, nie przyglądam jej się, ponieważ obcy są już blisko. Zwinnie chowam do kieszeni to, co znalazłam. Wstaję i oglądam się ostatni raz za ciałem. Ktoś do mnie krzyczy, ale obraz mi się rozmazuje i idąc w kierunku nieznanych mi ludzi ponownie upadam. Staram się coś krzyknąć, ale płacz tamuje mój głos. Zbliża się do mnie dźwięk kroków, nie widzę już nic.

~***~

Byłam w długiej, białej sukni. We włosy miałam wplątaną lilię*. Podniosłam się z posadzki, kiedy usłyszałam krzyki.
- To nie jej uczucia się do cholery teraz liczą, wszystko, tylko nie to – krzyczał donośny głos zza ściany. Chciałam się za nią dostać, jednak nie widzę wejścia, biegłam wzdłuż istniejącego muru. Nagle do wielkiej sali balowej, w jakiej się znajdowałam, wchodzili kolejno pięknie ubrani ludzie. Nie miałam pojęcia kim byli. Wiem jedynie tyle, że kiedy się zebrali, nie dali mi dojść do wejścia, jakiego szukałam.
Nagle za rękę złapał mnie brunet i pociągnął do tyłu tak, żebym na niego spojrzała.
Wtedy się obudziłam.

~***~

- Wszystko w porządku? – słyszę, jeszcze zaspana. Widzę przed sobą kobietę, która dotyka moje ramiona. W zasadzie to je mocno ściska, jakbym była jej własnością. Wyrywam się. Czuję, jak moje policzki płoną, a blizna pulsuje.
- Nie bój się – słyszę jej łagodny głos.
- Nie mam powodu.
Kiedy odsuwam się od dziewczyny zauważam, że jestem półnaga. Sama bielizna sprawia, że jest mi niekomfortowo i przykrywam się dziurawym kocem. Czuję się naga, a ta myśl sprawia, że przypominam sobie o buteleczce. Rozglądam się i zauważam moje ubrania. Mimo nieznanej brunetki szybko przemieszczam się na drugi koniec materaca, gdzie znajdują się moje rzeczy.
Sprawdzam kieszenie, na darmo.
- Gdzie to jest?! – wściekam się. Nie chodzi nawet o to, że to była rzecz Xaviera, że nic mi po nim nie zostało. Po nikim mi nic nie zostało. Sprawa toczy się o to, że ten chłopak upadając chronił bardziej to, co miał, niż mnie. Niż cel, który mi przedstawił. Nie ważne ile miał tajemnic, chciałam poznać chociaż tą jedną.
- O co Ci chodzi? - kobieta się peszy, nie wie co powiedzieć. Nie czekam długo na jej namyślenie się, czy mi powie, czy nie. Chcę sięgnąć po scyzoryk, ale przypominam sobie, że przecież go nie mam. Nawet nie zdaję sobie sprawy, ile mi zabrali.
Nie mam Xaviera. Nie mam własnych rzeczy. Nie mam niczego, co by mi było potrzebne. Co następne? Zabiorą mi własną duszę? Muszę się stąd wydostać, zanim będzie za późno.
Nawet nie mam pojęcia, kim są Ci ludzie.
Ubieram się, a kobieta wybiega z pokoju. Szukam czegoś ostrego. Zardzewiała szpachelka do popiołu, idealnie. Biorę ją w garść, wychodzę. Ewentualnie zostają mi własne ręce. Staram się nie panikować, jednak wszystko ma swoje granice.
Biorę głęboki oddech, rozglądam się ostatni raz po pokoju. Widzę ciemne ściany, przy suficie są ciemniejsze. W powietrzu czuć wilgoć.
- Nic nie tracę – stwierdzam cicho.
- Byś się zdziwiła – słyszę za moimi plecami.
W szybę stukają krople deszczu, ich dźwięk lekko mnie uspakaja. Odwracam się i widzę mężczyznę, dałabym mu jakieś dwadzieścia dwa, może trzy lata. Na twarzy widnieje dwudniowy zarost, a mięśnie ma większe niż Xaviera.
Oceniając sytuację, z szufelką od kominka przegrałabym z nim w ciągu maksymalnie góra dwóch minut. Zostaje mi tylko dyplomacja. Skupiam się na jego regularnych rysach twarzy. Jest dość blady, na jego szyi widać bliznę.
Wracam do normalnego stanu, kiedy wyjmuje z kieszeni buteleczkę.
- Tego szukasz? – uśmiecha się delikatnie, a w jego policzkach pojawiają się dołeczki. Nie panuję nad sobą i podchodzę, w zasadzie podbiegam do niego. Cofam się jednak, unosząc ręce i upuszczając akcesoria do kominka. Uśmiecham się lekko, kiedy widzę, jak we mnie celuje.
- Nie zrobisz mi tego – stwierdzam i wyglądam za okno. Widać zza niego stary, zniszczony budynek, a przez jego wnętrza przebija się światło, które wygląda zza chmur.
Istnieje nadzieja. Nie jestem pewna, czy w mojej głowie to zdanie brzmi bardziej jak stwierdzenie, czy raczej pytanie.
- Możemy się przekonać – ładuje magazynek, palec trzyma przy spuście.


*LILIA – W STARYM TESTAMENCIE SYMBOL NIEWINNOŚCI, BOSKIEJ OPIEKI NAD WYBRANYMI 

_____________________________________________________________________________________________________

Róża
17 lat


środa, 6 maja 2015

Rozdział ósmy

Poczułam jak łzy napływają mi do oczu i coraz ciężej jest mi złapać oddech. Nie mogłam uwierzyć w to co dopiero usłyszałam. Pomimo tego, iż nie liczyłam na to, że gdy spotkam mojego brata padniemy sobie w ramiona i przy kominku będziemy wspominać stare dobre czasy, to poczułam się zdradzona. Namiastka nadziei na to, że gdzieś tam jest ktoś komu na mnie zależy właśnie została doszczętnie zniszczona. Nie mogłam już liczyć na nikogo. Żałowałam, że nie ma przy mnie teraz Kate, której mogłabym się wyżalić. Ale nie. Wszyscy mnie opuścili. Najpierw Kate i Josh, potem Tyson a teraz Fabian. Jednak zamiast mojej opiekunki miałam przed sobą Xaviera, przed którym za wszelką cenę nie chciałam się rozkleić. Zacisnęłam więc mocno zęby i kilka razy zamrugałam, po czym spojrzałam na mojego towarzysza. Ten z kolei  wyglądał jakby nie wiedział co ma powiedzieć kilkukrotnie otwierając i zamykając usta.
– Okey? – zapytał marszcząc brwi. W odpowiedzi kiwnęłam głową i zdobyłam się na uśmiech, który bardziej przypominał grymas. Bez słowa podeszłam do czarnej Telsy  i zajęłam miejsce pasażera. Xavier również do mnie dołączył i po chwili w absolutnej ciszy pędziliśmy na północ w kierunku Kanady.  Aura w samochodzie była tak gęsta, że po dwudziestu minutach postanowiłam się zdrzemnąć. Przez wcześniejszą pobudkę czułam się jeszcze bardziej zmęczona niż przed drzemką, więc przymknęłam zmęczone powieki i oparłam się o skórzany zagłówek.


Dom wydawał mi się tak niezwykle znajomy, chociaż za nic nie przypomniałabym sobie po co i kiedy tu byłam. Był to mały jednorodzinny domek z białą werandą w kolonialnym stylu. Na przeciwnej ulicy przed domem w stercie liści bawiło się dwóch małych chłopców, zdających się mnie nie zauważać. Musiała być jesień, i to późna, bo obaj ubrani byli w kurtki, szaliki i ciepłe czapki. Zaczynało zmierzchać, więc wspięłam się po schodkach i delikatnie pchnęłam uchylone drzwi wejściowe. Przeszłam przez ciemny hol i udałam się w stronę drewnianych schodów. Początkowo zmartwił mnie ich stan, ponieważ za wszelką cenę pragnęłam być niezauważona, a konstrukcja nie wyglądała na najnowszą. Nie wiedziałam po co tam idę, ale postanowiłam zaufać mojej intuicji, więc zaczęłam się wspinać. Gdy byłam prawie na szczycie z tylnej kieszeni spodni wyciągnęłam smukły sztylet. Na palcach podeszłam do drugiego pokoju naprzeciwko schodów i zajrzałam przez szparę w drzwiach. Od razu uderzył mnie ogrom kurzu i odór stęchlizny. Na środku pokoju, przed kominkiem, stał niewielki, okrągły, lakierowany stolik, wokół którego stały cztery krzesła. W pomieszczeniu znajdowało się czterech mężczyzn, z których trzech siedziało przy stole a jeden, ubrany w garnitur, stał przed oknem kończąc cygaro. Wszyscy wyglądali na nie więcej niż trzydzieści pięć lat, chociaż ciężko było mi to ocenić ze względu na to, że widziałam tylko tyły ich głów. Na stoliku porozrzucane były teczki, z których wysypywały się dokumenty.
–I co teraz? – zapytał jeden, opierając łokcie na stoliku.                                              
–Musimy się ukryć – odparł, z nutą strachu w głosie, mężczyzna w garniturze.
Trzeci z mężczyzn prychnął, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
–Żartujesz czy naprawdę jesteś aż taki głupi, Albercie? – zmarszczyłam brwi słysząc znajomy głos, choć nie mogłam sobie przypomnieć do kogo należy. Słuchałam więc dalej.
– Myślisz, że jakaś żałosna kryjówka ją powstrzyma? Musimy coś wymyślić, bo nas znajdzie. Każdego. I jeśli myślisz, że tylko nas zabije to nie licz na pobłażanie. Jak z tobą skończy będziesz błagał o śmierć.
–A co zrobimy z tą małą? – jak gdyby w odpowiedzi usłyszałam kobiecy jęk dochodzący z dołu. Mężczyzna stojący naprzeciw okna położył niedokończone cygaro na marmurowym gzymsie kominka i odwrócił się twarzą do zgromadzonych. Szybko odchyliłam się do tyłu dostrzegając niezwykle silną, jasną odmianę jego piwnych oczu, po czym przyległam do ściany zaciskając palce na sztylecie. Usłyszałam westchnięcie.
–Moglibyśmy ją przehandlować. Kostucha na pewno chciałaby mieć ją u siebie.
–Chcesz ją oddać na pastwę tego… czegoś? Nie. Ona nie musi być w to zamieszana. –znów znajomy, tym razem oburzony, głos. Zaryzykowałam znów zaglądając do wnętrza pomieszczenia. Tym razem drugi mężczyzna stał opierając dłonie o blat stolika, a reszta przyglądała mu się z widocznym zaciekawieniem. Jasnooki zaśmiał się i kierując swoje sowa do towarzysza odparł:
–Nie mów, że ci na niej zależy, Xavierze.
I nagle rozpoznałam czarną czuprynę, smukłą sylwetkę i ten charakterystyczny lekko zachrypnięty głos. Poczułam jak ciepło rozlewa mi się w okolicach pępka.
–Nie bądź śmieszny. Po prostu chcę jak najbardziej zmniejszyć liczbę ofiar, a ona nie musi być w to zamieszana.
–Wiesz, że to nie możliwe. –odparł Albert – wiesz, że ona musi umrzeć.
Nie chciałam tego dłużej słuchać. Na palcach podeszłam do schodów i już miałam schodzić, gdy usłyszałam coś co mną wstrząsnęło jeszcze bardziej.
–Ja się nią zajmę.


Gdy się obudziłam staliśmy na pustym parkingu w lesie, a Xavier ocierał moje spocone czoło. Szybko strąciłam jego dłoń i odsunęłam się najdalej jak mogłam. Chłopak wyglądał na co najmniej zdziwionego moim zachowaniem.
–Czego chcesz?
–O co ci chodzi? – odparł marszcząc brwi.
–Czego ode mnie, do cholery, chcesz?! Kim jest Albert? Co znaczy, że się mną zajmiesz? Kim ty jesteś?
Chłopak odsunął się ode mnie z osłupieniem wymalowanym na twarzy. Milczał przez dłuższą chwilę po czym odparł:
–Rose… wiem jak to brzmi ale to naprawdę nie tak jak myślisz. Nie wiem skąd wiesz o mojej przeszłości, ale to już dawno za mną. Chcę cię tylko chronić. Wiem, że ty nie… – nie dokończył bo nagle coś zaskrzypiało i poczułam jak tył samochodu unosi się w powietrzu po czym z impetem opada na ziemię. Oboje gwałtownie odwróciliśmy się i ujrzeliśmy wysoką, smukłą postać w ciemnym płaszczu z kapturem. Osza. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić pazury innej oszy wbiły się w dach samochodu, wyrywając jej znaczną część.
–Na tylnym siedzeniu! – krzyknął Xavier. Szybko odwróciłam się i ujrzałam dużą torbę. Wyjęłam z niej kuszę już naładowaną strzałami z metalowymi końcami. W tym czasie mój towarzysz gwałtownie ruszył, a ja strzeliłam z kuszy trafiając oszę w prawe ramię. Wtedy ta stanęła w płomieniach i spadła z dachu samochodu. Jednak po chwili jej miejsce zajęła kolejna. Wystrzeliłam po raz kolejny tym razem chybiając. Starałam się opanować drżenie rąk oddychając głęboko, co uniemożliwiało mi tępo jazdy Xaviera. Jechaliśmy teraz 185 km/h a prędkość stale rosła.

–Trzymaj się. – rzucił a ja złapałam się najmocniej jak mogłam siedzenia. Gdy zbliżaliśmy się do 230 km/h samochód nagle zahamował, co zrzuciło oszę z dachu. Oboje odwróciliśmy się aby zobaczyć leżące na ulicy stworzenie, jednak nie spodziewaliśmy się tego co ujrzeliśmy przed nami gdy odwróciliśmy się ponownie. Jakieś dziesięć metrów przed nami stała kolejna tym razem znacznie większa osza rozkładając swoje długie, białe ręce jakby chciała objąć nasz samochód. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić samochód z impetem uderzył w stworzenie, dachując. Gdy w końcu mogłam złapać oddech zobaczyłam, że miejsce kierowcy jest puste. Znalazłam w sobie resztki sił i wygramoliłam się z samochodu. Naprzeciwko, jakieś dziesięć metrów ode mnie, stały dwie osze trzymając za ramiona zakrwawionego Xaveira. Jego koszulka, rozdarta pazurami, przesiąknięta była krwią a głowa zwisała mu na piersi. Resztkami sił podniósł ją i spojrzał mi w oczy. Widziałam w nich przerażenie ale też jakiś dziwny spokój. Podniosłam się na kolana i czekałam na śmierć w postaci oszy. Ta jednak nie nadeszła. I wtedy zobaczyłam stojący kilka metrów ode mnie znak. Castle Mountain, Banff National Park, Kanada.

_________________________________________________________________________________________________

Agnieszka Margol
17 lat
http://dorcas-jej-swiat.blog.onet.pl/

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział siódmy

   Nie do końca byłam pewna czy mogę zaufać Xavierowi, w końcu nie znałam go za dobrze. Nie znałam go w ogóle, jeżeli mam być całkowicie szczera. Postanowiłam mu zaufać z dwóch powodów: po pierwsze: nie chciałam wracać do domu, po drugie: znał Fabiana a dzięki niemu dowiem się czegoś o moim poprzednim życiu.
   Fakt, że zabierał mnie do innego kraju napawał mnie niepokojem, ale nie na tyle dużym, żeby uciekać.
   Przeszliśmy kilkanaście metrów i moim oczom ukazał się parking. Jednak nie byliśmy pośrodku nigdzie, jak myślałam.
- Wsiadaj – usłyszałam głos chłopaka i moje oczy automatycznie powędrowały ku motocyklowi, który zauważyłam wcześniej. Musiałam go zawieść:
- Nie wsiądę na to – powiedziałam wskazując maszynę. - Wolę iść pieszo – oświadczyłam. Nie bałam się wsiąść na pojazd, ale motocykl nie wyglądał zachęcająco. Miałam wrażenie, że zaraz się rozleci.
- Do Kanady? - zapytał z uśmiechem na twarzy. - Dobrze, że jedziemy samochodem a nie tym gruchotem – kiwnął głową na drugi koniec parkingu. Rzeczywiście, przy drzewach stał czarny samochód. Ruszyłam w jego stronę, chcąc ukryć moje zażenowanie. Zawsze musiałam strzelić jakąś gafę.

   Jechaliśmy od godziny w ciszy. W końcu postanowiłam ją przerwać włączając radio. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Xaviera:
- Co robisz?
- Włączam radio. Magiczne urządzenie, z którego leci muzyka – próbowałam zażartować, ale chłopak zrobił zirytowana minę i mruknął:
- Wiem co to radio – nic nie mówił, gdy szukałam stacji. W końcu trafiłam na piosenkę , którą lubiłam. Pogłośniłam i auto wypełniło się dźwiękami piosenki „Uptown Funk”. Mimowolnie zaczęłam śpiewać, ale mój towarzysz postanowił uciszyć moje wycie i wyłączył radio.
- Nudziarz – powiedziałam, ale nie próbowałam ponownie puszczać muzyki. I tak by ją wyłączył.
   Po kilku minutach ciszy postanowiłam zapytać o coś co męczyło mnie od czasu, gdy mnie znalazł.
- Kiedy spotkam Fabiana? - chciałam w końcu poznać mojego brata. Nie docierało do mnie w pełni, że go mam. Liczyłam na to, że rozmowa z nim pozwoli mi lepiej zrozumieć sytuacje, w której się znalazłam.
- Trochę później niż początkowo zakładałem.
- Mówiłeś, że to będzie niedługo – powiedziałam, przypominając sobie naszą rozmowę sprzed kilku dni.
- Plany się zmieniły – denerwowało mnie to, że nie mówił mi niczego. Nie wymagałam, żeby powiedział mi wszystko, ale część informacji mi się należała.
- Dlaczego? - drążyłam dalej. Widziałam, że moje pytania go irytowały, ale musiałam pytać, żeby się czegoś dowiedzieć.
- Po prostu twój brat ma... inne sprawy na głowie - jakoś nie chciałam w to wierzyć. Podobno bardzo zależało mu na spotkaniu ze mną. Fakt, było to kilka miesięcy temu, ale i tak wystarczająco długo czekałam na to spotkanie. Coś tutaj nie pasowało. Może, gdy dotrzemy do kryjówki Naznaczonych dowiem się czegoś więcej. Właśnie, Naznaczeni. Wcześniej go o to nie zapytałam.
- Kim są Naznaczeni? - westchnął i skręcił w prawo.
- Osoby naznaczone jakąś zdolnością – czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi, ale się nie doczekałam.
- Może coś więcej? Jak to się dzieje, że ktoś staje się Naznaczony? Dlaczego do nich jedziemy? - podpowiedziałam mu o czym chciałabym się dowiedzieć. Westchnął i milczał przez chwilę, ale w końcu odpowiedział. Nie zaprzeczę, że ucieszyło mnie to, że w końcu będę miała jakieś rozeznanie w sytuacji.
- Naznaczonym można zostać na różne sposoby. Często stajesz się nim z powodu zatrucia przez demona, Naznaczony o wysokiej mocy może ci ją przekazać, nie wiem dokładnie jak to się dzieje, tylko nieliczni wiedzą. Jest też kilka innych sposobów, ale te dwa są najczęstsze. Jedziemy tam, bo jesteś jedną z nich i mogą ci pomóc – ostatnie zdanie sprawiło, że moje oczy zrobiły się ogromne.
- O czym ty mówisz?
- Masz bliznę, prawda?
- No tak, ale to po... - sama nie wiedziałam po czym. Nie pamiętałam tego.
- No właśnie, nie wiesz skąd się wzięła. Nie pocieszę cię mówiąc, że ja też nie jestem pewny skąd ją masz. Ale po twojej dokumentacji medycznej wnioskuje, że zostałaś zaatakowana przez jakiegoś demona, ale nie mogę być tego całkowicie pewny...
- Zaraz, widziałeś moją dokumentację medyczną? - zaśmiał się, gdy usłyszał moje słowa. W sumie, to było zabawne, że akurat zapytałam właśnie o to.
- To nie było trudne. Zwłaszcza, gdy użyłem mojej zdolności. Ludzie są tak podatni. W bagażniku mam kopie dokumentów, później ci je pokaże, jeżeli będziesz chciała.
- Twojej zdolności? - miałam mętlik w głowie. Może lepiej by było gdybym siedziała cicho przez całą drogę i o nic nie pytała.
- Nie wspomniałem, że też jestem Naznaczonym? - powiedział to takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Może w jego świecie była, w moim nie za bardzo. Pokręciłam głową, bo byłam tak zszokowana, że nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. - No, to jestem Naznaczonym – powiedział to jeszcze raz. Wydawało mi się, że jest dumny, że nim jest. Ja też powinnam być dumna?
    Xavier uprzedził moje kolejne pytania:
- Potrafię manipulować ludźmi i doskonale tropić, dlatego tak szybko cię znalazłem. A uprzedzając twoje kolejne pytanie: pierwszą zdolność przekazał mi dziadek a drugą demon. Niezły miks, co? - skręcił w lewo. Zaczynało się ściemniać a moje myśli szalały. - I jestem jeszcze świetnym wojownikiem, ale to kwestia treningu – wyglądało na to, ze mój towarzysz bardzo lubił się chwalić tym co potrafił.
- Jakie ja mam zdolności? - zapytałam z niemałą obawą.
- Nie wiem – super, właśnie to chciałam usłyszeć – wiem tylko, że twoja moc chce się uaktywnić. Ostatnio twoja blizna zaczęła się zmieniać, prawda? - przytaknęłam, mimowolnie dotknęłam miejsca, w którym znajdowała się blizna. Przypomniałam sobie o tym jak pulsowała bólem i się powiększyła, to był znak. - Inni Naznaczeni pomogą ci uwolnić moc i się nią posługiwać. Prześpij się – powiedział i sięgnął do tyłu po koc. Przyjęłam go z przyjemnością. Z chęcią odpłynę w krainę snów, byłam zmęczona wędrówką, jazdą i nowymi informacjami. Może nie powinnam szybko zasnąć ze względu na ogrom wrażeń, ale sen zmorzył mnie szybko.

   Poczułam jak ktoś delikatnie szturcha mnie w ramię. Powoli otworzyłam oczy, białe światło sprawiło, ze ponownie je zamknęłam. Chwilę trwało zanim zorientowałam się co działo się przez ostatnie kilka godzin.
- Jesteśmy na miejscu? - zapytałam zachrypniętym głosem.
- Jeszcze nie. Jesteśmy na stacji benzynowej. Muszę wypić kawę, pomyślałem, że też coś chcesz a poza tym nie mogę zostawić cię samej w samochodzie – nie chciałam pytać dlaczego nie mógł pójść sam, pewnie uważał, że z jakiegoś powodu grozi mi niebezpieczeństwo. Powoli rozciągnęłam zaspane ciało. Nie polecam spania w samochodzie. Bolały mnie wszystkie mięśnie.
   Wyszłam z auta. Świeże i chłodne powietrze ostatecznie mnie rozbudziło. Skierowaliśmy się w stronę wejścia. Kasjer podniósł głowę i spojrzał w naszą stronę, ale po chwili stracił nami zainteresowanie i wrócił do korzystania z telefonu.
- Pójdę do łazienki – oznajmiłam i skierowałam się do drzwi z naklejką, oznaczającą damską toaletę. Xavier kiwnął głową, zapytał jeszcze co chciałabym zjeść. Odpowiedziałam, żeby kupił mi cappuccino i jakąś bułkę.
- I ciastka! - krzyknęłam, zanim zniknęłam za drzwiami. Z miłą chęcią zjadłabym coś słodkiego.
   Myjąc ręce spojrzałam na swoje odbicie lustrze. Nie wyglądałam zbyt korzystnie. Resztki makijażu rozmazały się a włosy były poplątane. Umyłam twarz, co pomogło nie tylko oczyścić skórę, ale też otrzeźwić umysł.
    „Jestem Naznaczoną, kto by pomyślał.”
   Uwolniłam włosy ze zniszczonego koka, przeczesałam je palcami i ponownie związałam. Wyglądałam trochę lepiej.
   Po raz ostatni spojrzałam na siebie. Teraz będę inną osobą, moje życie diametralnie się zmieni. Wyszłam z łazienki.
- Przynajmniej wyglądasz jak człowiek – usłyszałam głos Xaviera. Chłopak stał oparty o ścianę z reklamówką przewieszoną przez nadgarstek i dwoma kubkami z kawą.
- Zabawne – spojrzałam na niego „spod byka”. Uśmiechnął się i podał mi papierowy kubek.
   Skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Szłam za krok za Xavierem. Zatrzymał się nagle, omal na niego nie wpadłam.
- Co się stało?
- Wejdź z powrotem do łazienki i nie wychodź stamtąd dopóki po ciebie nie przyjdę – podał mi torbę z zakupami a swoją kawę wrzucił do śmietnika. Nie rozumiałam o co chodzi.
- Ale...
- Idź! - chłopak uciął moją próbę protestu, wyskoczył do przodu jak poparzony wyciągając coś zza pasa. Światło odbiło się od powierzchni sztyletu. Dopiero teraz zobaczyłam parking. Obok samochodu krążyła kobieta. Nie zwyczajna kobieta. Kobieta, która już raz próbowała mnie zabić. Mimo że minęło dużo czasu poznaje ją, nigdy nie zapomnę jej twarzy. Mimowolnie cofnęłam się w głąb sklepu.
   Co tutaj robi osza? Tylko o tym byłam w stanie myśleć. Demon uśmiechnął się na widok Xaviera. Pamięta go. Rozgląda się w poszukiwani mnie, gdy mnie znajduje jej uśmiech staje się jeszcze szerszy.
   Postanawia skupić się na Xaviere, który jest już prawie przy niej. Z niesamowitą szybkością podbiega do niego i popycha na ścianę. Chłopakowi od uderzenia zapiera dech w piersi. Demon jest silniejszy od poprzedniego razu. Usłyszałam jak mówi dziwnie zniekształconym głosem:
- Najpierw załatwię ciebie a później zabiorę ją – długie palce oszy zaciskają się na gardle Xaviera. Muszę coś zrobić. Nie mam żadnej broni, więc robię coś głupiego. Naprawdę bardzo głupiego. Wyciągam opakowanie ciastek z torby i wybiegam przed sklep. Wyjmuje jedno ciastko z  opakowania i rzucam w demona. Nie reaguje.
   Rzucam kolejnym. Osza odwraca się i w tym momencie następne ciastko uderza ją w twarz. Udało mi się ją zezłościć. Poszło łatwiej niż myślałam.
   Kobieta puściła Xaviera i zaczęła zmierzać w moją stronę. Widzę jak chłopak łapię się za gardło i w mojej głowie krąży jedna myśl: „Szybciej Xavier, szybciej!”. Na moje szczęście Naznaczony szybko odzyskuje kontrole nad swoimi ruchami i błyskawicznie doskakuje do osy wbijając sztylet w miejsce, w którym u człowieka znajduje się serce. Demon zaczyna się palić, Xavier odskakuje od niego i podbiega do mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał a ja kiwnęłam głową – Dzięki – dodaje. - Osza zatrzymana przez ciastka, kto by pomyślał – zaśmiał się a ja do niego dołączyłam.
- Chyba nie są zbyt inteligentne.
- Są nastawione na wykonanie zadania a jeżeli ktoś im przeszkadza chcą jak najszybciej tego kogoś zlikwidować.
- Kto ją wysłał? - zapytałam. Pamiętałam, że po poprzednim ataku na mnie Xavier mówił o tym, że są wynajmowane przez innych do zabicia lub sprowadzenia kogoś.
- Nie jestem pewny czy chciałabyś to wiedzieć.
- Mów, dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy – odpowiedziałam. Naznaczony chwilę zwlekał z odpowiedzią, ale w końcu z rezygnacją w głosie powiedział:
- Podejrzewam, że wysłał ją twój brat – myliłam się, zaskoczył mnie. - Mógł się dowiedzieć, że wiozę cię do Naznaczonych
- Co w tym złego? Fabian tego chce, prawda?

- Nie za bardzo – westchnął – Niedawno dowiedziałem się, że Fabian wykorzystuje Naznaczonych a później się ich pozbywa. Ze mną tez chciał to zrobić, ale w porę się zorientowałem. Niektórym udało się uciec i ukryć, wiozę cię tam, abyś była bezpieczna. Nie ukrywam, że sam potrzebuje ich pomocy – wszystko co wiedziałam o moim bracie uległo zniszczeniu. Myślałam, że mi pomoże a okazało się, że może chcieć mnie wykorzystać i później zabić.

__________________________________________________________________________________________

Karolina Ł.
17 lat

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział szósty

Obudziło mnie irytujące pikanie pod poduszką. Szybkim ruchem wyłączyłam budzik i spojrzałam z bólem na cyferki, na ekranie telefonu. Była 2:55. Nienawidziłam swojego telefonu w tym momencie. Miałam ochotę przekręcić się na drugi bok i zasnąć, ale wiedziałam, że ta opcja nie wchodzi w grę i chcąc nie chcąc zgramoliłam się z łóżka. Byłam zaspana, ale już nie zmęczona. Cieszę się, że postanowiłam poczekać kilka dni, zanim wcieliłam swój plan w życie.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarny top, czarną bluzę i ciemne jeansy. Starałam się poruszać jak najciszej potrafiłam, ale wiadomo, im ciszej starasz się poruszać tym więcej hałasu robisz. Co chwilę na mojej twarzy pojawiał się grymas, kiedy to kolejna deska skrzypiała pod ciężarem mojego ciała. Uroki drewnianych podłóg. Z każdym kolejnym skrzypnięciem modliłam się w duchu, aby okazało się, że Kate jednak ma teraz dyżur.
Kiedy już założyłam trampki, których używałam do tej pory jako kapci, powoli wpakowałam do plecaka trochę ubrań, przybory kosmetyczne, śpiwór, portfel, kilka długopisów, notes, dwie książki, moje zdjęcie z Tysonem z pierwszych wygranych zawodów regionalnych i nóż, który kilka dni wcześniej przemyciłam z kuchni, kiedy Kate nie było w domu. Z telefonu wyciągnęłam kartę i schowałam ją pod szafą. Omiotłam spojrzeniem pokój. Łzy napłynęły mi do oczu, ale wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na chwilę słabości.
Już miałam otworzyć okno prowadzące na schody przeciwpożarowe, kiedy w mojej głowie zakołatała się niedająca mi spokoju myśl. „Jak Kate zobaczy rano, że mnie nie ma, od razu zacznie mnie szukać”. Nie mogłam na to pozwolić, więc w towarzystwie poskrzypywania podłogi podeszłam do biurka, wyrwałam kartkę z zeszytu i napisałam, najspokojniej jak mogłam: 

„Poszłam pobiegać, a potem 
na trening nadrobić zaległości
xoxo Rose”


            Zawsze, kiedy rano wychodziłam zostawiałam jej taką karteczkę. Gdybym tego nie zrobiła z pewnością zaczęłaby coś podejrzewać, a tak to mam dodatkowe kilka godzin zanim się zorientuje, że coś się dzieje.
            Zaplanowałam wszystko idealnie, no może oprócz skrzypienia podłogi, na które nie zwracałam nigdy uwagi za dnia, ale kiedy otwierałam okno na schody, samozachwyt nieomal  rozsadził mnie od środka. Dokładne naoliwienie zawiasów zdziałało cuda.
            Nie bawiłam się w schodzenie po schodach. To również miałam przemyślane. Zeskoczyłam z nich zwinnie i niemalże bezszelestnie, ciesząc się, że mieszkamy na pierwszym półpiętrze.
            Spojrzałam jeszcze raz na okno swojego pokoju. Ile bym dała, żeby wrócić do tego jak było dawniej. Żeby móc znów się obudzić w swoim miękkim łóżku i cieszyć się na widok moich bliskich. Żeby nie ciążyła mi ich zdrada. No po prostu, żeby było jak kiedyś. Niestety wiedziałam, że tak już nie będzie. Odwróciłam się i ruszyłam boczną uliczką, coraz bardziej oddalając się od domu, od sali treningowej, od Josha, od Fabiana.
              Szłam pewnym krokiem, obserwując czy nie jestem śledzona. Miałam nadzieję, że Xavier pilnował frontu budynku i że moje zachowanie przez ostatnie kilka dni nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Grałam spokojną i udawałam, że akceptuję to co się dzieje, robiłam plany z Kate, umówiłam się na jutro z Joshem, na kolację w jednej z jego wymyślnych restauracji, Erica poprosiłam o dodatkowy trening za tydzień, bo tylko wtedy miał czas.
            Mimo faktu, że byłam pewna doskonałości mojego planu, to i tak większość brałam tylko na wiarę i nadzieję. Zauważyłam, że ostatnio niewiele rzeczy dzieje się zgodnie z planem, a nieprzewidywalność stała się moją nową codziennością. Wszyscy, których znam wiedzą o mnie więcej niż ja sama. Nikomu nie mogę ufać.
            Zanim się zorientowałam nastał poranek. Nawet nie wiem kiedy przegapiłam wschód słońca. Po drodze nie spotkałam nikogo, miałam nadzieję, że nie dlatego, że tak dobrze się ukrywali ze śledzeniem mnie. Wiele razy zmieniałam trasę, szłam przez rzekę jeśli miałam możliwość, przechodziłam przez budynki, kilka razy nawet użyłam kanalizacji przeciwpowodziowej, klucząc długo w gąszczu jej korytarzy, nie wiedząc gdzie tak właściwie idę.
            Tak właśnie jest. Mimo całego idealnego planu, nie wiem dokąd zmierzam. I to chyba jest jedyna rzecz, która mi zapewni bezpieczeństwo. Ignoruję przeczucia, kiedy jakaś ulica wygląda znajomo idę inną drogą. Nie znajdą mnie. Błagam. Niech mnie nie znajdą.
            Zatrzymałam się dopiero o zmroku. Przeszłam z 80 kilometrów. Przeszłabym więcej, gdyby nie postoje, żeby coś zjeść, kupić lub skorzystać z toalety. Nogi mnie nie bolały. Nie. One tak najzwyczajniej w świecie były w piekle smażąc się w najgorętszych płomieniach. Nie jestem w stanie opisać tego bólu, nie istnieje nawet przekleństwo, które by choćby w pięciu procentach oddało to co czułam.
            Znajdowałam w Okanogan-Wenatchee National Forest. Przynajmniej tak mnie poinformowała tabliczka, którą minęłam kilka kilometrów przed postojem. Znalazłam coś co kiedyś było… może i chatką, ale teraz przypominało rozrzucone w nieładzie deski, opierające się o siebie. Pomimo wyczerpania stworzyłam z nich prowizoryczne schronienie.
            Siedziałam opatulona śpiworem, w tym prowizorycznym domku i rozglądałam się po lesie. Przeklinałam się za to, że nie wzięłam ze sobą jakiejś książki o roślinach, bo nawet nie wiem co w tym lesie po zjedzeniu mnie zabije, a co nie. Ale wiem, że nie mogłam tego zrobić, bo mogłoby ich to naprowadzić na mój cel, choć wychodząc z domu sama go nie znałam.
            Myśl o domu obudziła we mnie dziwną nostalgię. Nie mogłam tego dłużej kontrolować. Wyczerpanie, piekielny ból stóp i nóg, odciski… dodając to do ostatnich wydarzeń można uzyskać tylko i wyłącznie łzy. Josh mnie zdradził. Kate mnie zdradziła. Wiem, że mam brata od zaledwie kilku miesięcy i już go nienawidzę! Nie mogłam ufać nikomu. Byłam sama. Mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości. Płakałam długo. Nie wiem jak długo, bo gdzieś w międzyczasie zmęczenie wepchnęło mnie w objęcia Morfeusza.
*
            -CO TO MA ZNACZYĆ!
            -Ja… ja nie wiem… nie wiem jak to się stało…
            -TO SIĘ DOWIEDZ!
            -To… to nie wszystko…
            -Chcesz mi powiedzieć, że zgubienie mojej siostry to tylko początek twoich porażek Tyson?
            -Wybacz mi panie…
            -Najpierw powiedz co się stało. Potem… się zastanowię.
            -Xavier…
            -Co z nim?
            -On też…
            -Kpisz? Błagam powiedz, że kpisz! Najpierw Felicie, teraz Xavier?! CO Z NIM?!
            -On… on też… zniknął…
            -Nie… on zapewne jest na jej tropie. Nie bądź głupcem Tyson! Xavier w przeciwieństwie do ciebie jest przydatny. Hahaha dać się zmylić głupiej dziewczynie? Nie sądzę, żebyś był mi jeszcze do czegoś potrzebny.
            -Błagam… nie… NIE!
*
            Obudziłam się ciężko oddychając. Nie pamiętam mojego snu. Może i lepiej? Powoli starałam się uspokoić oddech, ale w głowie dudniło mi echo przeraźliwego krzyku. Wszystko było czerwone i słychać było krzyk. Przeraźliwy krzyk, który się urywał tak nagle. Nie mogłam złapać oddechu. No nie… atak paniki. Okolice wypełnił mój wrzask, a na policzkach czułam gorące łzy. Złapałam się za głowę, próbując uspokoić. Poczułam na czole wilgotną szmatkę. Była ciepła. Ale to nie był problem. Problemem było to, skąd do cholery wzięła się na moim czole wilgotna szmatka?!
            -Co się stało?! – w zasięgu mojego przerażonego wzroku pojawił się Xavier. Był spocony i prawie tak samo przerażony jak ja. Atak paniki przybrał na sile. – Nie. Nie bój się – powiedział podchodząc do mnie powoli. Wyglądał jakby nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
            Nie wiem jak to się stało. Może to przerażenie na jego twarzy. Może to moja bezsilność. Może. Nie wiem. Ale jedyne na co miałam siłę w tym momencie, to śmiech. Atak paniki minął jakby go nigdy nie było. Śmiałam się tak głośno i tak bezsilnie, że łzy naleciały mi do oczu. Ale nie płakałam już tak jak wczoraj. Po prostu moje życie wydało mi się tak porąbane, że aż śmieszne.
            -Skończyłaś już? – zapytał Xavier z niecierpliwością w głosie. Pod warstwą nonszalancji, która wróciła na jego twarz, widziałam zirytowanie.
            -Jeszcze momencik – zaśmiałam się.
            -Taaaak. Śmiej się głośniej, niech wszyscy nas usłyszą…
            -No już, już. Jesteśmy pośrodku nigdzie. Nie denerwuj się – powiedziałam opanowując śmiech.
            -No tak, denerwowanie sie to nic innego jak mszczenie sie na własnym zdrowiu, za głupotę innych, jak słyszałem – odpowiedział z przekąsem.
            Spojrzałam z niego z wyrzutem, już nie chciało mi się śmiać.
            -To co tutaj robisz?
            - Dałbym ci szansę, żebyś sama zgadła, ale wątpię, żeby ci się to udało – widziałam wyraz satysfakcji na jago twarzy, kiedy obserwował moją zmieniającą się minę. – To długa historia. Ma w sobie twojego kochanego braciszka – akcent, który położył na te dwa słowa mnie zdziwił, - wszystkich, których znasz, ciebie oczywiście, bo najwidoczniej wszystko się tyczy ciebie – przewrócił oczyma – no i mnie – uśmiechnął się szelmowsko, a ja poczułam jak moje policzki robią się czerwone. BA! Bordowe może nawet, bo ten uśmiech mnie powalił. Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że on to zauważył i sam też się zarumienił, na co uśmiechnęłam się tryumfalnie. – Ale… ale to musimy sobie zostawić na później, bo najpierw muszę cię zabrać w bezpieczne miejsce, bo to… - wskazał okolicę i moją konstrukcję, którą w tym momencie broniłabym jak lwica przed jego szyderstwem, - jest… no właśnie.
            -Jak zwykle na później… - popatrzyłam na niego z wyrzutem. Pominęłam jego ostatnie słowa. – Dobra, mój wątpliwy bohaterze – uśmiechnął się krzywo, - dokąd zmierzamy? I czemu powinnam ci ufać?
            -W sumie to mi to tito czy mi ufasz czy nie. Ale jeżeli chcesz żyć i dowiedzieć się wszystkiego to chodź ze mną. Jeżeli nie… prędzej czy później cię znajdą i w zależności od twojej postawy wykorzystają cię lub zrobią z ciebie kebaba. Proste.
            Kebaba? Irracjonalnie zakołatało się w mojej głowie. Chyba nie miałam wyboru.
            -Okay… niech ci będzie, o Xavierze – cieszyło mnie kpienie z niego, a jego w równym stopniu to irytowało, choć ukrywał to dość sprawnie. – Ale chcę, żebyś wiedział, że jeżeli mnie oszukujesz to cię zabiję. Bez wahania.
            -Chciałbym zobaczyć jak próbujesz.
            -To gdzie teraz?
            -Castle Mountain w Banff National Park, w Kanadzie.
            -Czemu akurat tam?
            -Bo tam się znajduje kryjówka Naznaczonych, którym udało się uciec.


__________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat

sobota, 28 marca 2015

Rozdział piąty

Próbowałam otworzyć oczy. Nic. Byłam bezsilna. Zupełna ciemność. Jakby ktoś skleił moje powieki.
- Powinna się wkrótce obudzić.
Przecież nie śpię, do cholery!
- I co wtedy?
- Nic.  Zachowujemy się,  jakby do niczego nie doszło. Może nie będzie pamiętać.
Głosy, które słyszałam, wydawały mi się znajome.
- Szkoda mi jej trochę.
- Wiem, mi też. W końcu jest moją przyjaciółką.
Kate.
- Naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Miała się nigdy nie dowiedzieć… o nas.
I Josh.
Chciałam krzyknąć do tego zdrajcy, żeby wyszedł  z pokoju, ale nie mogłam. Nie wydobyłam z siebie ani słowa, słyszałam wszystko w głowie.
- Ile jej zaaplikowałeś?
Nie wiedziałam, co się dzieje, ale oczyma wyobraźni widziałam strzykawkę z jakimś tajemniczym, przeźroczystym płynem, który właśnie trafił do moich żył.
- Parę miligramów. Powinno wystarczyć.
Poczułam nagle, jak czucie w całym moim ciele wraca. Spróbowałam coś powiedzieć i zauważyłam postęp – jęknęłam niczym kot obdzierany ze skóry.
- Chyba już wraca – usłyszałam Kate. I zobaczyłam ją.
Ponownie miauknęłam, tym razem mniej żałośnie.
- Rose?  - poczułam ciepły oddech Josha pochylającego się nade mną. – Kochanie, jesteś tam?
- W-ww… - stęknęłam. Przychodziło mi to z trudem.
- Uspokój się. Nic ci nie jest. Musisz ochłonąć – to Kate. Stała po prawej stronie łóżka, uśmiechając się szeroko.
- Dz-dz-dziw… dziwka – szepnęłam ze łzami w oczach. Nie tylko byłam zła, ale wyczerpana i każde wypowiadane słowo bolało mnie.
Odsunęła się zaskoczona.
- O czym ty mówisz? – oburzyła się.
- Musisz odpocząć – wtrącił się Josh. -Masz jakieś halucynacje. Przyjdziemy do ciebie później, teraz śpij.
Zaprotestowałabym, gdyby mi się chciało. Westchnęłam i obróciłam się, wtulając twarz w poduszkę. Miałam dużo do przemyślenia.
Pierwsze: kim do cholery jestem?
Drugie: o co chodzi z tym całym klanem?
Trzecie: Josh i Kate, moja kochana mamusia zastępcza. Dlaczego?
I czwarte: Matko Boża Tępego Noża, ale mnie łeb napierdala…

Jestem naprawdę zagubiona. Całe moje piękne życie zaczęło się sypać jednego dnia. Och, od razu się posypało! Teraz jest jeszcze gorzej. Jeśli może być.
Zawsze byłam szczęśliwa, mimo że wychowałam się w niekoniecznie typowych dla ludzi warunkach. Potem dowiedziałam się, że nie jestem za kogo się uważam i przestałam ufać nawet sobie samej.
Natura ludzka jest dziwna. Jak wiele potrafimy przetrwać, a jeden drobny szczegół obraca nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. I to wielokrotnie. Aż zaczyna kręcić nam się w głowie od tej niezrozumiałej karuzeli i zbiera się na wymioty. Ale nie możemy się wyrzygać, bo stracimy wszystko co mamy w sobie i znów będziemy głodni normalności. Lecz nasz żołądek nie zniesie żadnego pokarmu, boi się, że znów będzie musiał się go pozbyć. Wtedy mamy dwie opcje: umierać z głodu czy zaryzykować, żeby przeżyć wszystko jak najlepiej.
W końcu kiedyś wszyscy umieramy.
Ale mogę przeżyć życie jak najlepiej. Dlaczego mam myśleć o najgorszym? Jestem tu, teraz, nieświadoma, ale żyję. Nie tylko istnieję, żyję, jestem, kocham, pragnę, nienawidzę. Nie chcę umierać z głodu.
Chcę ryzykować.

Obudziłam się w pełni świadoma po raz pierwszy od trzech dni, tak twierdził Josh. Nie miałam podstaw, żeby mu nie wierzyć, nawet jeśli był pierdolonym oszustem, kłamcą, zdrajcą i dziwkarzem.
Słońce świeciło wysoko na niebie, a zegar wskazywał jedenastą trzydzieści.
- Co mi się stało? – zapytałam, siadając na łóżku.
- Zemdlałaś. Miałaś cholernie wysokie ciśnienie, baliśmy się, że trafisz do szpitala. Ale podałem ci leki uspokajające.
- Co z turniejem?
- Och, nie pamiętasz? Zemdlałaś w trakcie niego. Nie mogłaś dalej walczyć.
- Nie kłam – powiedziałam sucho. - Nie zemdlałam w trakcie turnieju, tylko gdy zobaczyłam cię, jak całujesz się z Kate.
- O czym ty mówisz? – udawał zaskoczonego.
- Dobrze wiesz o czym. Musimy porozmawiać, ale nie teraz. Nie jestem na siłach.
- Nie dziwię ci się. Trzy dni nieprzerwanego snu mogą nadszarpnąć twoje zdrowie.
- Specjalista się znalazł – mruknęłam oburzona. Nie mogłam jednak powstrzymać się od uśmiechu. Okej, może zrobił najgorszą rzecz na świecie, ale nadal był moim słońcem. Znienawidzonym słońcem.
- Przyniosę ci śniadanie.
- Nie ma potrzeby, zrobię sobie sama.
- Nie powinnaś…
- Nie zaczynaj. Wyjdę z łóżka, czy ci się to podoba, czy nie. Dupa mnie boli od tego bezruchu.
Westchnął ciężko.
- Uparta jak zawsze…
- Idź, rób swoje. Potem odpowiesz mi na parę pytań – uśmiechnęłam się wrednie.
Poszłam do łazienki, przebrałam się w luźne ubrania i spojrzałam w lustro. Miałam okropne cienie pod oczami, moja twarz wydawała się jakaś zniekształcona. Wzdrygnęłam się, niczym przerażona swoim wyglądem.
Przy kuchennym stole czekał na mnie Josh ze śniadaniem. Nie byłam głodna, jednak dziubnęłam trochę (jajecznica z boczkiem, mój faworyt), żeby znowu nie słuchać, jak mój eks udaje, że przejmuje się moim stanem.
- Chciałaś o coś pytać?
- Och, tak – odłożyłam widelec. – Mam kilka pytań. Dlaczego zdradzasz mnie z Kate?
- Ja nie…
- Odpowiedz – poprosiłam beznamiętnie.
- Jakoś tak… Jakoś wyszło – zarumienił się ze wstydu. – Rose, naprawdę, kocham tylko ciebie,  już więcej nie zbliżę się do niej, wybacz mi, proszę.
- Czas pokaże. Drugie pytanie: co mi zaaplikowałeś rzekomo trzy dni temu?
- Środki uspokajające. Nic ci się nie stało. Coś jeszcze?
- Jeszcze jedno: co wiesz o moim poprzednim życiu?
- Jakim „poprzednim życiu”? – zaśmiał się.
- Josh, proszę. Wiesz, że byłam adoptowana i z pewnością wiesz, kim tak naprawdę jestem. Ta sytuacja coraz bardziej mi się nie podoba. Sprawiłeś mi przykrość już raz, nie rób tego po raz kolejny.
- Rose, uwierz, chciałbym ci powiedzieć, ale…
No tak, zawsze jest jakieś „ale”.
- Ale nie możesz.
- Ale nie wiem nic. Gdybym wiedział, naprawdę bym ci powiedział o wszystkim. Ale nie wiem nic. Przykro mi.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać – wstałam od stołu. - Wyjdź, proszę. Zadzwonię, kiedy będę gotowa.
- Rose, proszę… - podszedł do mnie.
- Nie. Wyjdź. Dam sobie radę.
Spojrzał mi w oczy. Zgaduję, że ujrzał w nich, że nie żartuję i odszedł. Posprzątałam po śniadaniu i też wyszłam z domu. Musiałam się odstresować.

Właśnie robiłam sobie przerwę w bieganiu, kiedy podeszła do mnie znajoma postać.
- Kogo to moje piękne oczy widzą – słysząc ten głos od razu wiedziałam o kogo chodzi.
- Xavier.
- We własnej osobie.
- Czego znowu chcesz?
- Porozmawiać. Mam wieści.
- Jakie? – zapytałam zdziwiona.
- Od Fabiana.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
- Twojego brata – dodał, widząc mój wyraz twarzy.
- Ach tak, tego sprzed śpiączki.
- Sprzed pierwszej śpiączki – uśmiechnął się, kładąc nacisk na drugi wyraz.
- Jak to pierwszej?
- Czy czasem dzisiaj nie obudziłaś się po paru tygodniach?
- Josh powiedział…
- Josh jest kłamcą – przerwał mi. – Wydaje mi się, że już o tym wiesz.
- Byłeś tam. Wtedy, gdy oni się całowali.
- Zawsze jestem przy tobie. Takie mam zadanie, pilnować ciebie i chronić przed oszami i innymi cholerstwami czekającymi na ciebie.
- Ile byłam w śpiączce?
- Jakieś… - zastanowił się. – Pięć tygodni.
- Chcesz mi powiedzieć, że przez pięć tygodni leżałam z dupskiem w łóżku i obudziłam się jak gdyby nigdy nic, w pełni sprawna fizycznie, jedynie trochę zmęczona?
- Jesteś naznaczona, ludzkie problemy cię nie dotyczą.
- Super. – Powiedziałam ironicznie. - To jakie masz wieści do przekazania?
- Wieści? Faktycznie, prawie zapomniałem.
- Nieśmieszne.
- Fabian kazał ci powiedzieć, żebyś przygotowała się na jego przybycie.
- Kiedy tu będzie?
- Nie wiem. Wszystko zależy, kiedy przejdziesz etap drugi.
- Etap drugi?
- Zadajesz zbyt dużo pytań. Są trzy etapy. Pierwszy zaczęłaś już dawno, kiedy jeszcze tego nie pamiętasz, a dopełnił się twoją drugą śpiączką. Drugi etap jest o wiele gorszy i przekonasz się o tym sama. Przeżyjesz go, ale gwarantuję ci, twoje życie diametralnie się zmieni. Trzeci etap to głównie trening i przygotowanie.
- Do czego?
- Do wejścia do naszego kręgu. Chociaż teoretycznie już w nim jesteś, jednak coś nie wyszło na początku. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Tymczasem uważaj na tego swojego chłoptasia.
- Dzięki za ostrzeżenie – byłam zirytowana.
- Nie, naprawdę. On może być dla ciebie niebezpieczny. Wydaje się, że współpracuje z… takimi jednymi. Z tymi złymi.
- Bo facet, który mnie śledzi i wmawia, że robi to na polecenie mojego brata, którego nie znam, jest dobry, tak?
- Robię to, bo cię chronię.
- No jasne. Masz do mnie jeszcze jakąś sprawę? Czy mogę już iść?
- Tylko tyle, żebyś uważała na tego Jake’a.
- Josha.
- Nieważne. I przygotuj się na przybycie Fabiana.
- Jasne. Do zobaczenia – pobiegłam dalej.
Gdy zobaczyłam, że Xavier zniknął, zwolniłam kroku. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, wziąć zimny prysznic i ponudzić się przed telewizorem. Najwyraźniej pięć tygodni śpiączki bardzo mnie rozleniwiło.

- Xavier!
- Co?
- Gdzie byłeś?
- Przekazywałem twoje wiadomości twojej siostrzyczce.
- Świetnie.
- I ostrzegłem ją przed Joshem. To znaczy, Aaronem.
- Znakomicie. Jest już prawie gotowa na konfrontację.
- A co z tobą? Jesteś gotowy?
- Jeszcze trochę czasu mi to zajmie. Muszę się upewnić, czy nie wpieprzę się w jej żałosne, ziemskie życie. Naprawdę, podoba jej się tam i nie chcę, żeby nienawidziła mnie za to.
- Jej chłopak zdradza ją z jej matką adopcyjną, co dla niej jest strasznym problemem. Czy jej życie może być gorsze?
- Nie, jeśli nad nią czuwam.
- To JA nad nią czuwam, Fabian. Nie zapominaj o tym.
- Ale robisz to na MOJE polecenie. Ja muszę zająć się sprawami tutejszymi, dlatego tobie powierzyłem tę rolę. Zresztą widzę, że ci się spodobała.
- Być może.
- Nie martw się, kiedy już ją sprowadzimy do naszego świata, będziesz miał okazję o nią zawalczyć. Nie mam nic przeciwko.
- Nie powiedziałem, że tak jest.
- Ale widzę to po tobie. Och, Xavier, nie próbuj mnie okłamać. W mojej rodzinie nie ma miejsca na bycie oszukanym. Rose też nie daje się zwieść Aaronowi.
- Ale jednak nie wie.
- Niewiedza jest czym innym, niż wiara w kłamstwo. A teraz wybacz, ale muszę odpocząć.
- Jasne, to może ja pójdę pilnować Rose.
- Świetny pomysł.

Obudziłam się na kanapie z krzykiem.
- Rose? – usłyszałam głos Kate z kuchni.
- Nic mi nie jest.
Weszła do salonu i usiadła na kanapie. Przytuliła mnie.
- Tak się cieszę, że nareszcię się obudziłaś – zobaczyłam pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
- Też czuję się lepiej.
- Tydzień leżałaś bezradna, och, jak się bałam…
- Josh mówił, że tylko trzy dni – postanowiłam udawać, że nie wiem, że tak naprawdę było to pięć tygodni. Z ich trójki, to znaczy Josh – Kate – Xavier, miałam najmniej powodów, żeby nie wierzyć temu ostatniemu.
Nie odpowiedziała.
- Och, z pewnością straciłaś rachubę czasu – powiedziałam. Odepchnęłam ją delikatnie. – Muszę iść się załatwić – poszłam do toalety, starając się nie biec.
Blizna nad piersią piekła jak cholera. Zauważyłam też, że jakby pulsuje. Przeraziłam się. Co jeśli ktoś rzucił na mnie jakieś zaklęcie albo klątwę? Co jeśli Kate też kłamie? Współpracuje z tymi coś tam coś tam, jak Josh? Jeśli zaaplikowała mi truciznę?
Zawirowało mi w głowie. Podniosłam deskę klozetową i każdy chyba wie, co się później stało.
Gdy myłam zęby, do drzwi zapukała Kate.
- Nic ci nie jest? – zapytała zmartwiona. Nie, ona na pewno nie jest zła. Potrafię rozpoznać, kiedy ktoś kłamie.
- Wszystko w porządku – powiedziałam niewyraźnie, ze szczoteczką w ustach. – Śniadanie.
- Och, jasne – wróciła do swoich obowiązków.
Ponownie spojrzałam na bliznę. Ciągle była gorąca i jakby trochę większa, ale już nie pulsowała bólem.

- I jak?
- Jest coraz bliżej. Jej blizna się powiększa.
- Nareszcie!
- Fabian?
- Tak?
- Nie uważasz, że ta Kate… że ona może być powiązana z nimi?
- Kate jest zwykłym, ziemskim ścierwem. Nie ma nawet pojęcia, w co zaplątany jest Aaron.
- Ale w jego towarzystwie może sprawiać problemy.
- Nie sądzę. Aaronowi będzie zależało na tym, żeby mieć Rose blisko siebie, więc zostawi jej „matkę”.
- Żeby Rose chciała się z nim widywać?
- I żeby ją pokonać. Ale nie muszę się martwić, przecież ją ochronisz, prawda?

- Idę spać – poinformowałam Kate.
- Nie zjesz kolacji?
- Nie jestem głodna. Po prostu potrzebuję snu. Widzisz, trzy dni – pięć tygodni, pomyślałam – w śpiączce strasznie mnie zmęczyły – zaśmiałam się.
- No jasne. Dobrej nocy.
- Tobie też.
Zasypiając, do głowy przyszła mi tylko jedna myśl.

Zaryzykowałam.

__________________________________________________________________________________________

Adrian O.
17 lat.