wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział dziesiąty

Wpatrywałam się w lufę pistoletu, powtarzając w myślach ostatnią modlitwę. Ależ ze mnie idiotka, że tak po prostu chwyciłam zardzewiałą łopatkę i chciałam załatwić nią przebywających w tym domu, nie troszcząc się nawet o to, kogo sprowadzi wybiegająca kobieta. Widocznie podświadomie przyzwyczaiłam się do tego, że Xavier przybędzie w swojej lśniącej czarnej furze, z całą tą swoją wyniosłością i dystansem, i po prostu ocali mi dupę. Próżne nadzieje. Xaviera już nie ma. Leży na tamtej ulicy, Bóg wie, jak daleko stąd, o ile ci psychopaci nie splądrowali, a potem nie spalili jego zwłok. Leży zabity przez oszę, bo chciał mnie chronić. Najwidoczniej umarł na marne, bo ja też za moment zginę.
Co ci jest, Rose? Od kiedy z ciebie taka bohaterka? Może od czasu, kiedy musiałam zwiewać z własnego domu, spać w środku lasu i unikać śmierci z rąk jakichś dzikich demonów. Może. Teraz to już bez znaczenia.
- Zwariowałeś?!
Kurcze, czyżbym znów cudem uniknęła śmierci? Powinnam paść na kolana i dziękować Bogu za tak szlachetne rozwiązania. Do mojego niedoszłego oprawcy podbiegł rosły, barczysty mężczyzna, wydający się być jego wspólnikiem. Miał na sobie czarny t-shirt i spodnie. Włosy jego obcięte były na krótko. Przywodziły mi na myśl wojskową fryzurę rekrutów.
- Fabian chciał mieć ją żywą.
Znów słyszałam to imię. Fabian. Czego chciał ten Fabian? Nie mojej śmierci, tego mogłam się domyślać. Lub... Przełknęłam ślinę. Sam pragnął mnie zabić.
- Wracaj do pokoju - zwrócił się do mnie mężczyzna. Z pewnością był starszy od tego z pistoletem. - Nie próbuj żadnych sztuczek. Nie możemy cię zabić, czego żal mi okrutnie, bo jesteś cwaną smarkulą, ale okaleczyć cię nikt nam nie zabronił. - W jego dłoni coś błysnęło; zza paska wydobył myśliwski nóż. Zakręcił nim efektownie i ukrył z powrotem.
- Czego ode mnie chcecie? Co ze mną zrobicie? - Fakt, w mojej obecnej sytuacji powinnam być raczej ostrożna i uległa, lecz miałam dosyć niewiedzy, którą czułam przy Xavierze całymi tygodniami. Chciałam przynajmniej zrozumieć swoją sytuację i czułam, że paradoksalnie te oprychy mogą pomóc mi w tym bardziej, niż wspomniany Pan Naznaczony.
- Bądź cierpliwa. - Koleś z pistoletem uśmiechnął się jak psychol. Nie podobał mi się ten uśmiech. Było w nim coś intrygującego. Patrzył na mnie jak wygłodniały wilk na bezbronne jagnię. - Niebawem pojawi się transport i będziesz mogła wreszcie zobaczyć się ze swoim braciszkiem.
Zaśmiał się jadowicie. Coś mi mówiło, że wcale nie chcę się z nim widzieć.
- Wyśpij się. Chciałby zobaczyć cię w dobrej formie.
Ta, jasne, przemknęło mi przez myśl. Spojrzałam jeszcze raz na twarze mężczyzn. Westchnęłam w duchu. Nic nie wskóram. Nie w tym momencie. Nie bez planu i nie w starciu z nimi. Opór jak najbardziej niewskazany.
Powoli wycofałam się do pokoju, z którego wyszłam, zostawiając na podłodze prowizoryczną broń. Położyłam się na łóżku, jednak nie mogłam zasnąć. Materac był twardy, pościel cuchnęła czymś okrutnie. No i świadomość, że nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, kim jestem... Nie wiem właściwie nic. To też mógł być jakiś czynnik. Znów czułam się jak przed laty, gdy obudziłam się po wypadku z amnezją. Wypadku... Jakim wypadku? Prawdopodobnie ataku demona. Tak mówił Xavier.
Stąd mam bliznę.
Stąd jestem Naznaczona.
Stąd mam moce.
Właśnie, moce. Może gdyby chłopak nie był tak powściągliwy w dzieleniu się ze mną czymkolwiek, mogłabym teraz sama się stąd uwolnić. Zaraz zganiłam siebie za to myślenie. Chciałam wierzyć, że naprawdę wiedział o mnie niewiele więcej niż ja sama. Twierdził, że moje moce muszą zostać odkryte i przetrenowane. Szkoda, że pewnie nie będą miały okazji.

Samael...
Samael...
Samael...

Kiedy się obudziłam, imię nadal odbijało się echem w mojej głowie. Samael. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, gdzie i kiedy je słyszałam, lecz słyszałam na sto procent. Wiedziałam to.
Był środek nocy. Otulały mnie mrok i cisza tak intensywna, że wydawała się dzwonić mi w uszach. Leżałam w bezruchu z szeroko otwartymi oczami. Liczyłam oddechy, przypominając sobie zdarzenia minionych godzin. Jeden, dwa, dziesięć, pięćdziesiąt, sto, dwieście... Nagle usłyszałam przeraźliwy huk, który sprawił, że na moment stanęło mi serce. Gwałtownie wstałam, co zaowocowało zawrotem głowy. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Rwetes za drzwiami ciemnej sypialni nie ustawał, przeciwnie - nabierał na sile. Słyszałam jakieś krzyki, a za chwilę wyraźne odgłosy walki. Ktoś wrzasnął z bólu, ktoś strzelił, przewrócił się jakiś mebel...
Powinnam uciekać? Schować się? A może przyłączyć się do walki, traktując napastników w myśl porzekadła, jakoby wróg mego wroga był moim przyjacielem? Zaczęłam rozglądać się po małym pomieszczeniu, szukając jakiejkolwiek broni. Zdawało mi się, że gdy spałam, pokój opróżniono jeszcze bardziej. Nie zdążyłam dobrze zastanowić się nad swoim działaniem. Usłyszałam szybko zbliżające się kroki. Padłam na ziemię, gdy drzwi otworzyły się z hałasem. Wpadła przez nie jedna osoba. Byłam w stanie przyjrzeć się jedynie jej butom - było to czarne militarne obuwie na grubej podeszwie. Postać pokręciła się chwilę po pokoju, zajrzała do dużej szafy stojącej po lewej stronie drzwi, a następnie zwróciła się do mnie żeńskim, zimnym głosem.
- Wstawaj, mała, i chodź ze mną.
Podniosłam głowę. Mój wzrok napotkał duży sztylet dzierżony przez niesamowicie szczupłą dziewczynę o dwóch czarnych warkoczach sięgających piersi. Jej czujne, zielone oczy wpatrywały się we mnie bez emocji. Na jej bladej twarzy odcinała się czerwona blizna przechodząca przez cały lewy policzek. Z nosa i wargi kapała jej krew. Nie umknęło mojej uwadze, że nazwała mnie "małą", choć była ode mnie starsza o dwa, góra trzy lata.
- Nigdzie z tobą nie pójdę - odparłam, szybko podnosząc się z podłogi.
- Na twoim miejscu jednak bym to zrobiła.
- Dlaczego mam ci ufać?
- A dlaczego nie?
- Już nikomu nie ufam - powiedziałam cicho. Wbrew mojej woli po policzku potoczyła się łza. W ciszy, jaka nagle ogarnęła cały dom, było słychać, jak spada na drewnianą podłogę. Szybko odwróciłam głowę.
- Serio, nie czas na przedstawienia. Ruchy!
W tym momencie do pomieszczenia wszedł ktoś jeszcze. Podniosłam oczy na blondynkę z włosami ciasno związanymi w kucyk. Uzbrojona była w kastet. Przez ramię przewieszony miała niewielki czarny plecak. Zmierzyła wzrokiem obydwie obecne, po czym jęknęła:
- Avalon, daj se siana. Nie mamy czasu na to, byś straszyła to biedne, zagubione dziewczę. Chodź, Rose, misja skończona. Jedziesz z nami do Castle Mountain. No chyba, że wolisz łaskawie zaczekać, aż przybędą tu sługusy Fabiana i zabiorą cię na przejażdżkę.
Tej dziewczynie bardziej gotowa byłam zaufać. Nie wydawała się być tak bezwzględna, jak jej koleżanka. Miło patrzyło jej z oczu. W dodatku wymieniła nazwę Castle Mountain. Mimo tego nie ruszyłam się z miejsca.
- No widzisz?! Gadać do słupa, słup stoi jak dupa! Ja bym ją tu zostawiła.
- Sprawdź, czy nie ma cię w salonie, Av - mruknęła blondynka z nutką irytacji. - Pomóż chłopakom. Musimy to znaleźć. To co, dasz nam się zabrać? - zwróciła się do mnie, gdy brunetka zniknęła w korytarzu, łypiąc na mnie spode łba.
- Wam, czyli komu?
- Jest ze mną grupka Naznaczonych. Przyjechaliśmy cię odbić.
- Co? Dlaczego? Skąd wiedzieliście? - W mojej głowie kłębiły się pytania. Miałam ochotę tańczyć z radości, ale jednocześnie przywalić dziewczynie z nogi od krzesła i uciec z tego psychiatryka, zanim ktokolwiek się zorientuje.
- Obawiam się, że nie mam teraz czasu odpowiedzieć na każde twoje pytanie. Na razie musi wystarczyć ci to, że mam na imię Juliett. Rozumiem twoją konsternację, ale musimy jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Ufasz mi?
Nie wiem, co w tamtym momencie sobie myślałam, ale kiwnęłam głową i pozwoliłam dziewczynie wyprowadzić się z pokoju. Przeszłyśmy przez ciemny korytarz usiany odłamkami szkła. Otwarty na oścież salon, w którego oszklonych drzwiach wybito szybę, był zdemolowany. Po podłodze walały się książki, bibeloty, fragmenty mebli. Leżało kilka martwych ciał. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że tak teraz będzie wyglądało moje życie. Krew, trupy i walka będą nieodłącznymi jego elementami i powinnam powoli przyzwyczajać się do ich widoku. Mimo tego zrobiło mi się niedobrze. Przy samych frontowych drzwiach potknęłam się o coś dużego i upadłam. Z przerażeniem spojrzałam prosto w martwe oczy człowieka, który wcześniej chciał mnie postrzelić. Był blady i sztywny, jedna z jego rąk wygięta była pod nienaturalnym kątem. Wzdrygnęłam się. Juliett pomogła mi wstać. W jej dotyku wyczuwałam coś swojskiego. Poczułam, że wreszcie ktoś naprawdę chce dla mnie dobrze. Wydawało mi się, że ona nie będzie próbowała mnie okłamać ani nic przede mną ukryć. W końcu dowiem się prawdy. Wyszłyśmy na zewnątrz. Dopiero teraz mogłam obejrzeć na własne oczy miejsce, w którym mnie przetrzymywano. Był to piętrowy domek z gankiem i sporym podwórkiem, na którym stało kilka aut. Dwa z nich, zaparkowane niedbale na samym środku, otoczone były wianuszkiem młodych osób w czarnych ubraniach. Wśród nich była Avalon, żywo dyskutująca z dwoma mężczyznami. Trzeci, spostrzegłszy nas, powiedział coś do reszty towarzystwa i zajął miejsce za kierownicą jednego z nich. Niski blondyn, dotychczas wymieniający spostrzeżenia z dziewczyną, wsiadł jako kierowca do drugiego.
- To wy, dziewczynki, usiądźcie sobie razem, a ja pojadę z Casperem - uśmiechnął się do nas wysoki, ciemnoskóry chłopak, drugi towarzysz Avalon, i skierował się do pierwszego samochodu. - Aha, to chyba twoje.
Podał mi sztylet, z którego wcześniej mnie ograbiono. Podziękowałam cicho i wsiadłam na tylne siedzenie auta, gdzie czekała już Juliett. Avalon zajęła miejsce obok kierowcy.
- Jestem Javed - przedstawił się, gdy odpalił silnik i wyjechaliśmy z posesji. Pragnęłam jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Rose - odpowiedziałam, obserwując, jak upiorny dom ginie w mrokach nocy.
Przez większość część drogi nie odzywałam się, wpatrując się w błyszczące gwiazdy za oknem wozu i przysłuchując się rozmowie toczonej głównie na przodzie. Dowiedziałam się, że zginął jeden z nich. Jacob. W pojeździe za nami wieźli jego ciało. Cieszyli się, bo zabili wszystkich z "tych złych". Nie mogłam pojąć idei tak masowych mordów. To barbarzyństwo godne średniowiecza. Ja teraz też miałam stać się barbarzyńcą. Zdążyłam się jednak zorientować, że takie są zasady. Albo jesteś twardym, albo umierasz. Chyba, że jesteś mną, i każdy dba o to, by ocalić twój tyłek. Właściwie to cud, że jeszcze żyję.
- Myślałam, że będziesz chciała zadawać pytania - zwróciła się w końcu do mnie Juliett.
- Nie wiem, o co mam spytać - przyznałam się. Po chwili milczenia dodałam: - Na początek może: skąd wiedzieliście, że zostałam porwana?
- Stało się to tuż pod naszym nosem. - Dziewczyna uśmiechnęła się uroczo. - Znaleźliśmy Xaviera, zabraliśmy go do siebie i opatrzyliśmy. Wiedzieliśmy, że wiózł do nas ciebie. Zastaliśmy rozbity wóz, jego całego we krwi, ani śladu ciebie ani... pewnej przesyłki, którą miał nam dostarczyć.
Buteleczka, przemknęło mi przez myśl. Sekundę później dotarło do mnie coś jeszcze.
- Zaraz, zaraz... Xavier żyje?!
- Żyje - odezwała się Avalon. - Ledwo biedak dycha, jednak żyje. Z pomocą starszych Naznaczonych powinien dojść do siebie.
Odetchnęłam z ulgą. Poczułam wręcz, że jakieś nie do końca dające się wytłumaczyć łzy szczęścia napływają mi do oczu. Irytował mnie. Zdawał się być totalnie znudzony misją zleconą mu przez Fabiana, a potem kontynuowanej z woli Naznaczonych, jednak... chronił mnie. Nie chciał mojej krzywdy. Poświęcił się dla mnie. Mimo wszystko byłam mu ogromnie wdzięczna. I może... nie tylko wdzięczna?
- Długo tam siedziałam?
- Znaleźliśmy Xaviera wczoraj wieczorem - odparła Juliett. - Wychodzi więc na to, że przetrzymywali cię jakieś trzydzieści godzin.
Skupiłam się. To mogła być moja jedyna okazja, by dowiedzieć się czegokolwiek o sytuacji, w której się znalazłam. Nagle coś znowu zakołatało mi w głowie.
- Kto to jest Samael?
Juliett zacisnęła wargi. Zapanowała cisza. Javed przestał pogwizdywać za kierownicą i odchrząknął cicho.
- Kim jest Samael? - powtórzyłam z naciskiem.
- Bardzo, bardzo złym Naznaczonym - odezwała się po chwili Avalon lodowatym tonem. Wypuściła głośno powietrze. - Tak złym, że sprzymierzył się z demonami i zapragnął uczynić sobie podwładnymi także nas, a potem cały świat. Zwykłych śmiertelników.
- Czyli typowo... - westchnęłam.
- Problem w tym, że jakiś czas temu zgadał się z twoim braciszkiem - wtrącił się chłopak, jednak szybko umilkł. Domyśliłam się, że Avalon dała mu do zrozumienia, iż pragnie sama kontynuować historię. Rzeczywiście po chwili odezwała się ponownie.
- Jesteś siostrą Fabiana. Jesteś Naznaczona. Prawdopodobnie nawet podwójnie.
- Jak Xavier... - wyrwało mi się.
- Tak jest, jak Xavier. Blizna na twojej piersi może być śladem walki z demonem. Oprócz tego odziedziczyłaś z Fabianem jakąś wspólną moc po waszym przodku. Jesteś siostrzyczką Fabiana. Nic nie rozumiejącą i dlatego cholernie niebezpieczną w jego rękach. Jesteś jakby kartą przetargową. To dlatego te typki cię porwały, to dlatego nie zostawiliśmy cię tam na pastwę losu, to dlatego narażamy własnych ludzi, żeby ratować ci tę zieloną dupę. Właściwie najprościej byłoby cię zabić - zakończyła gorzko.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie starał się załagodzić jej słów, obrócić ich w żart, cokolwiek.
Kurwa.

Że też musiałam urodzić się w jakiejś porąbanej rodzince nadludzi. Że też nie mogę być córką cyrkowca.

_________________________________________________________________________________________________

Oliwia Piotrzkowska
17 lat

3 komentarze:

  1. Piękny rozdział <3
    Hej Liv :')

    OdpowiedzUsuń
  2. Joł Liv.
    Serio, myślałam, że to oryginalne imię. No a tu taki przechuj. Życie ssie niemiłosiernie.

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń