niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział jedenasty

Przebudziło mnie gwałtowne szarpnięcie samochodem. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Moje serce na moment ewidentnie zapomniało jak się pompuje krew. Rozejrzałam się z przerażeniem po wnętrzu samochodu i po raz kolejny musiałam przypomnieć sobie, gdzie tak właściwie jestem.
- Wszystko dobrze? – spytała Juliette. – Koszmar?
Spojrzałam na lekko zatroskaną twarz blondynki i zrobiło mi się głupio.
- Nie… to, to szarpnięcie tylko – spuściłam wzrok, żeby ukryć zakłopotanie. Byłam cała czerwona na twarzy, a przez myśli przepływały mi obrazy z mojego snu. Akrobata przechodzący po linie, kobieta guma, wyginająca swoje ciało w sposób co najmniej niemożliwy. Oboje w kółko powtarzali „no już córeczko, twoja kolej”. Chyba jednak cieszę się, że moi rodzice nie byli cyrkowcami.
Otrząsnęłam się z zamyślenia, nie do końca wiedząc jak w ogóle takie rzeczy pojawiają się w mojej głowie. Spojrzałam przez okno. Padało. Obraz był prawie całkowicie zamazany. Wycieraczki rytmicznie wycierały szybę, co kiepsko wpływało na moją czujność, ale już nie czułam zmęczenia. Patrzyłam przez okno, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, ale nie wychodziło mi to najlepiej.

~***~

Kiedy samochód zwolnił i zaczął skręcać gdzieś między drzewa rozglądałam się dookoła jak małe dziecko. Wiedziałam, że się zbliżamy. Oczywiście „zbliżamy” było jak najbardziej trafnym określeniem, ale nie znaczyło to, że jesteśmy blisko. Minęły godziny zanim auto się w końcu zatrzymało. Dopiero teraz sobie zdałam sprawę jak daleko musiały mnie wywieźć sługusy Fabiana, bo jestem pewna, że walka z oszami miała miejsce niedaleko kryjówki Naznaczonych.
Wysiadłam powoli z samochodu. Już nie padało. A przynajmniej nie tutaj, bo znajdowaliśmy się w jakiejś jaskini. Chyba. Nie wiem, szczerze mówiąc. Wyglądało jak garaż jakiegoś superbohatera. Byliśmy na tyle głęboko, że nie widziałam wjazdu. Sklepienie znajdowało się kilka metrów nade mną, a na ścianach znajdowały się lampy połączone ze sobą długimi, czarnymi kablami wiodącymi gdzieś w głąb.
Omiotłam spojrzeniem rzędy aut, które były równo poustawiane, jak na podziemnym parkingu. W sumie to dosłownie to było. Moją uwagę przykuła czarna Telsa zaparkowana po mojej prawej stronie. Poczułam silne łaskotanie w brzuchu, a łzy zamgliły mi wzrok. Szybko się jednak opanowałam i spojrzałam na Juliette.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem – powiedziałam stanowczo.
Kątem oka zobaczyłam jak Avalon przewraca oczyma i odchodzi. Chyba mnie nie lubi.
-Powinnyśmy się natychmiast udać do Rady. Zapewne masz wiele pytań, oni ci wszystko powiedzą – kącik jej ust się uniósł. Wiedziała jak mnie podejść.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem – powtórzyłam po chwilowej walce z samą sobą. Rada może poczekać.
-Mamy rozkaz zaprowadzić cię prosto do Rady – Juliette wydawała się lekko zniecierpliwiona.
-Chcę się zobaczyć z Xavierem! – nie obchodziły mnie ich rozkazy. Chciałam zobaczyć go na własne oczy. Nadal czułam pewien niepokój. – Tylko na chwilę – dodałam błagalnym wzrokiem.
-Tylko na chwilę – westchnęła zrezygnowana i ruszyła w głąb jaskini.

~***~

Za zakrętem jaskinia się zwężała, a sufit opadał, ale po przejściu przez ten korytarzyk stawało się przed wielkimi drewnianymi drzwiami. Otwierało się tylko ich część, która była wielkości normalnych drzwi. Były zrobione z ciemnego drewna i miało więcej metalowych okuć niż kiedykolwiek widziałam.
Przy drzwiach… ba! Wrotach! Stało dwóch rosłych mężczyzn ubranych w skórzane kurtki i skórzane spodnie. Mieli poważne miny, a dłonie spoczywały na długich mieczach. Po przeciwnej stronie mieli przytroczone pistolety. Uśmiechnęli się na widok Juliette, a kiedy ich wzrok spoczął na mnie, jeden miał wielkie trudności z ukryciem zniesmaczenia. Nie odezwali się, tylko nas przepuścili, kiwając do Juliette.
No szczerze powiem, nie tego się spodziewałam. Za drzwiami nie było litej skały. Nie. To było niesamowite! Nagle znalazłam się w pałacu! Oczywiście nie takim wytwornym z masą rzeźb i obrazów. Ściany były proste, pokryte cienkimi ornamentami. Sala była prawie pusta. Znajdowało się tam tylko podwyższenie, naprzeciwko drzwi wejściowych, a ściany były zajęte przez drzwi ciągnące się w około. Wszystkie były niewiele większe od normalnych, jednakowe, okute grubym metalem. Było ich może z 30! Jeżeli mam tu zostać, to z pewnością się zgubię.
W Sali znajdowało się kilka osób. Dostrzegłam Avalon, która rozmawiała z jakąś kobietą o długich, jasnych włosach. Jej oczy poszerzały się z każdym kolejnym wypowiadanym przez Avalon słowem. Kiedy przestała mówić, blondynka zasłoniła sobie usta dłońmi i wybuchła niekontrolowanym płaczem. Całe pomieszczenie wypełniło echo jej pełnego bólu krzyku. Upadła na ziemię, a Avalon kucnęła obok niej, delikatnie gładząc jej plecy. Usta miała ściśnięte, a brwi ściągnięte ku sobie. Napotkałam jej lodowate spojrzenie. Całą sobą mówiła mi, że to moja wina. Przypomniałam sobie rozmowę z samochodu „straciliśmy dzisiaj Jacoba”.
Nie miałam na szczęćie czasu się rozglądać. Juliette wydawała się nie mieć ochoty na tłumaczenie mi wszystkiego. Podążałam za nią. Jedne drzwi. Kolejne. Kolejne. I jeszcze jedne. Już nie wiedziałam gdzie jestem. Przechodziłyśmy korytarzami, mijałyśmy jedne drzwi i przechodziłyśmy przez inne. Ja naprawdę nie wiem jak oni są w stanie się tu orientować! Ciekawe ile kilometrów trzeba przejść, żeby się dostać do toalety…
W końcu stanęłyśmy przed dużymi drzwiami z napisem „Medyk”. Juliette stanęła przed drzwiami i rzuciła tylko krótkie „masz 10 minut, trzecie łóżko po prawej” i odeszła.
Przełknęłam ślinę i weszłam do środka. Czułam niemiły ucisk w żołądku. Raz. Dwa. Trzy. Spojrzałam w prawo. Moje oczy się rozszerzyły i wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
-To jest aż tak zabawne? Serio – irytacja w głosie Xaviera była tak wyraźna, że trudno jej było nie zauważyć.
-Wybacz – powiedziałam przez łzy śmiechu. – Cieszę się, że cię widzę – uśmiechnęłam się.
-Dziwnie reagujesz jak się cieszysz… - powiedział cierpko, ale kącik ust powędrował mu do góry.
-Widziałeś się może? – spytałam chichotając jak mała dziewczynka.
-Czy mogłabyś być mniej czuła? – popatrzył na mnie z wyrzutem.
-Oj biedactwo. Biedactwo. Przecież widzę, że cię połatali – uśmiech mi się poszerzył. – Czyli się widziałeś.
Byłam w szoku. Wyglądał strasznie. Był pokryty bandażami, oczy miał podkrążone, był bledszy niż zazwyczaj. Jednak kiedy do niego podeszłam i zobaczyłam najpierw zdziwienie, a potem uśmiech na jego twarzy, nie mogłam powstrzymać tej ogromnej fali ulgi i szczęścia. Nie chciałam się przed nim rozkleić, więc zaczęłam się po prostu śmiać.
Przyjrzałam się mu jeszcze raz. Głowa była owinięta bandażem, ale było widoczne, że jej lewa strona jest wygolona do skóry, a resztę włosów ścięte miał na krótko.
-Cholerne osze. Rozdrapały pół łba… - westchnął. – Ale… co ty tu robisz? Powinnaś iść do Rady. Oni są od odpowiadania na twoje pytania, a zapewne stworzyłaś już ich tysiąc. Jak nie więcej.
-Chciałam się upewnić, że żyjesz – powiedziałam sucho.
-To już widzisz – zaczerwienił się i odwrócił głowę. – Przyjdź jak już będziesz miała odpowiedzi.
-Ha?! Ciebie też dobrze widzieć… - rzuciłam i wyszłam z pomieszczenia.
Co za gbur! Człowiek się o niego troszczy a ten co?! Cham! Chamstwo!

Oparłam się o ścianę i zaczęłam płakać. Jak dobrze, że jednak żyje!
                                                                                                                                                      ________________________________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat

2 komentarze:

  1. Krótkieeeee. Krótkie, krótkie, krótkie. A szkoda, bo bardzo udane :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Wieeem :( miałam więcej pomysłów, ale bałam się, że będzie zbyt długie :( Następnym razem się rozpiszę :)
    Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń