poniedziałek, 2 lutego 2015

Rozdział pierwszy

    Obudziłam się otoczona bielą i zimnem pokoju szpitalnego. To pierwsze co pamiętam. Nie ma nic przed tym, tak jakby moje życie wcześniej nie istniało.
     Byłam sama. Jak się później dowiedziałam, leżałam w śpiączce przez cztery miesiące. Nie wiedzieli o mnie nic, tak samo jak nic nie wiedziałam ja. Amnezja całościowa. Oszacowali mój wiek na 13 lat, a po kolejnych dwóch miesiącach bezskutecznych poszukiwań kogokolwiek, kto pomógłby ustalić moją tożsamość, pozwolili mi wybrać sobie imię. Rose. Nie jakaś Rosalie, czy Rosemary, po prostu Rose.
    Moja doktorka, Kate, powiedziała, że ktoś zostawił mnie zakrwawioną pod drzwiami szpitala Virginia Mason. Miałam pięć ran ciętych i jedną kłutą, która uszkodziła mi prawe płuco. Podczas operacji doszło do komplikacji, ledwo zdołali mnie uratować. Gdy opieka społeczna zdecydowała umieścić mnie w domu dziecka, Kate postanowiła mnie adoptować.

     Sześć lat później stoję przed lustrem w łazience naszego mieszkania i dotykam blizny nad prawą piersią zastanawiając się po raz kolejny. Kim jestem? Kto mi to zrobił? Dlaczego mi to zrobił? Tak wiele pytań krąży po mojej głowie, a ja nie znam nikogo kto mógłby udzielić mi na nie odpowiedzi.
     Ciemne włosy ściągnięte w kucyk z tyłu głowy, ciemno-brązowe oczy, smukła twarz. Po kim odziedziczyłam ten wygląd?
     Wzdycham zakładając za ucho zbłąkany kosmyk włosów, który wydostał się z uścisku gumki, ostatni raz spoglądam w lustro i wychodzę z łazienki. Zmierzam w stronę drzwi i czuję zapach chińszczyzny dobiegający z kuchni. Kate siedzi przy stole z pałeczkami w dłoni czytając dokumenty. Stale zapracowana, zatroskana Kate. Chociaż pracę ma dosłownie po drugiej stronie ulicy i jest na każde wezwanie pagera, to mimo wszystko spędza większość wolnego czasu analizując wyniki kolejnych badań, czy przebiegi stanu zdrowia swoich pacjentów.
     - Znowu jakiś skomplikowany przypadek? – pytam zakładając adidasy.
     - Taaa – odpowiada nie podnosząc głowy. – Wybierasz się gdzieś? – Spogląda na mnie przekręcając stronę.
     - Mam dzisiaj wieczorny trening, ale wychodzę wcześniej, żeby spotkać się jeszcze z Joshem.
     - O której mogę się ciebie spodziewać? – pyta z uśmiechem. Lubi zachowywać się jak typowa mama. I tak mnie kocha. Jak mama kocha swoją córkę.
     - Po pierwsze, - odpowiadam - mam już dziewiętnaście lat, jestem dorosła, a po drugie – podchodzę do niej -  będę o dziesiątej. – Śmieje się, a ja całuję ją w policzek zanim wyjdę. – Kocham cię, Kate – dodaję.
     - Ja ciebie też.
     Zakładam czarną bluzę, chwytam torbę treningową i wychodzę z mieszkania. Zbiegam po schodach sprawdzając, która jest godzina. Ekran telefonu rozświetla się informując mnie, że jest 18:07. Trening zaczynam o dziewiętnastej, więc mam jeszcze chwilę dla Josha.

     Silny powiew wiatru uderza we mnie, gdy wychodzę na zewnątrz. Upewniam się, że mam szczelnie zapiętą bluzę. Mimo tego wiatru, dzisiaj jest jeden z cieplejszych dni w Seattle od początku miesiąca. Miasto samo w sobie też nie jest w końcu uznawane za najcieplejsze. 
     Rozglądam się poszukując wzrokiem Josha, gdy moją uwagę przyciąga ubrana na czarno postać stojąca po przeciwnej stronie ulicy. Mężczyzna opiera się o ścianę szpitala z założonymi rękami, mam wrażenie, że patrzy prosto na mnie. Stoję przez chwilę patrząc na niego z zaciekawieniem, gdy nagle ulicą przejeżdża ciężarówka UPS i już go nie ma. Zmieszana poszukuję go wzrokiem, ale nigdzie nie dostrzegam tej postaci.
     - Rose! – słyszę nagle. Odwracam się, a na moją twarz wkrada się uśmiech, gdy widzę idącego w moją stronę blondyna.
     Podchodzę i składam na jego ustach czuły pocałunek. Josh zabiera od mnie torbę i chwyta moją dłoń. Jego blond włosy są jak zawsze idealnie potargane przez wiatr, a usta układają się w delikatny uśmiech.
     - Cześć – mówi patrząc mi w oczy.
     - Hej - odpowiadam i ponownie się rozglądam.
     - Coś się stało? - pyta.
     - Nie, nic - uśmiecham się. - Po prostu wydawało mi się, że coś widziałam.
     - Och, okej. - Zakłada mi za ucho nieposłuszny kosmyk włosów, który lata po całej mojej twarzy. - To co? Park? - pyta, na co kiwam głową i ruszamy Dziewiątą Aleją.
     Mimo że nie jest jeszcze bardzo ciemno, latarnie w parku już oświetlają ścieżki.
     - To jak? Myślałaś o tej imprezie u Liz? - pyta Josh, gdy siadamy na ławce. 
     - Sama nie wiem, wiesz, że nie lubię brać udziału w tego typu rzeczach - mówię. Nie jestem zbyt towarzyską osobą i często w sobotni wieczór wolę obejrzeć jakiś dobry film, niż upijać się z rówieśnikami na kolejnej bezsensownej imprezie.
     Josh kładzie dłoń na moim kolanie.
     - Proszę, pójdź ze mną.
     - Dam ci znać jutro, okej? 
     - Okej - zgadza się z uśmiechem na ustach i szybko całuje mnie w policzek. 
     Przez kolejne pół godziny rozmawiamy o planach na weekend, zbliżającym się wyjeździe Josha do collage'u, moich treningach, ostatnim meczu footballu i o tym, który ma się odbyć. 
     Lubię słuchać jego głosu, więc nie bardzo przeszkadza mi to, że głównie on mówi. Josh jest jedną z niewielu osób, przy których czuję się tak swobodnie i bezpiecznie. Gdy muszę iść na trening, chłopak odprowadza mnie pod sam klub i całuje ostatni raz.
     - To na razie - mówię.
     - Do zobaczenia jutro - uśmiecha się, po czym odchodzi, a ja przekraczając próg budynku wyłączam wszystkie niepotrzebne myśli, aby nie rozpraszać się podczas treningu.

     Zanim jeszcze całkiem wróciłam do zdrowia po wyjściu ze szpitala, powiedziałam Kate, że chcę trenować sporty walki. Uznałam, że cokolwiek mi się przydarzyło, nie chcę powtórki. Nie musiałam jej długo przekonywać, jedynym warunkiem jaki postawiła było to, że zacznę dopiero wtedy, gdy całkowicie wydobrzeję.
     Próbowałam karate tradycyjnego, taekwondo, zapasów, a nawet kung fu, lecz to boks pokochałam. Długo się wahałam z decyzją o podjęciu się tego sportu, lecz już po pierwszych uderzeniach w worek zrozumiałam, że to jest to co chcę robić, a pierwsza walka na ringu umocniła mnie jeszcze bardziej w tym przekonaniu. Nic nie może się dla mnie równać z atmosferą panującą na ringu, gdy czujesz tę adrenalinę i masz wrażenie, że nic nie może cię pokonać, jedynie ty. Widzisz swojego przeciwnika, analizujesz jego ruchy, szukasz słabych punktów. Nie myślisz wtedy o niczym innym. Odcinasz się od świata zewnętrznego.
     Wychodzę z szatni w czarnym staniku sportowym i czerwonych spodenkach bokserskich. Kiwam głową trenerowi, który rozmawia z jakimś nowicjuszem po drugiej stronie sali i rozpoczynam trening od tradycyjnej piętnasto-minutowej rozgrzewki. Bieg w miejscu zmiennym tempem, krążenia i wymachy ramion w biegu od jednej ściany do drugiej, różnego rodzaju podskoki i wyskoki łączone z przysiadami i pompkami, wyrzuty nóg, brzuszki. Później dziesięć minut skakanki, pięć minut gruszka, piętnaście minut worek, dziesięć minut walki z cieniem, dziesić minut dodatkowych ćwiczeń na brzuch.
     Nim się obejrzę mija połowa treningu. Biorę kolejny łyk wody i ścieram owiniętym materiałem wierzchem dłoni pot z czoła starając się wyrównać oddech.
     - Rose! – trener przywołuje mnie machnięciem ręki.
     Zakręcam butelkę, chwytam z ławki moje rękawice i idę w jego stronę. Czas na lepszą część dzisiejszego wysiłku. Trenowanie z drugą osobą zawsze będzie lepsze i bardziej efektywne niż trenowanie ze sprzętem.
     - Coś nie bardzo się spociłaś – mówi, gdy ja zakładam rękawice na owijki. Tyson trenuje mnie od dwóch lat, ma doświadczenie i zna się na rzeczy, myślę że widząc go, łatwo jest zgadnąć, że zajmuje się boksem, muskularny, czarnoskóry mężczyzna ogolony na zero, mocno zarysowane rysy twarzy, na której stale widać determinację. Tak naprawdę, to wiele osób widząc go w środku nocy idąc jakąś niezbyt zaludnioną ulicą mogłoby się przestraszyć.
     Wyciągam ręce w jego stronę, aby zawiązał mi rękawice.
    - Za trzy tygodnie eliminacje do stanowych – mówi zaciskając sznurowadła. – Myślę, że masz niezłe szanse. Zdecydujesz się?
     - Muszę pomyśleć – odpowiadam, choć już teraz wiem, że zapewne wezmę udział. Możliwość wyjścia na ring, wzięcia udziału w prawdziwej walce, gdy z każdej strony otaczają cię kibice? Nie potrafiłabym przegapić takiej okazji.
     Tyson bierze do ręki mniejszą tarczę i zaczynamy ćwiczyć. Przez kolejne czterdzieści minut na zmianę wykonuję kolejne uderzenia i uniki. Szybkość, precyzja, nieprzewidywalność, refleks – to najważniejsze cechy, jakie powinien posiadać dobry bokser. Tyson cały czas mówi mi co muszę jeszcze poprawić, a ja staram się słuchać jego wskazówek. Chcę być jak najlepsza w tym co robię.
     - Dobra, na dzisiaj koniec – mówi. Opieram rękawice na ugiętych kolanach i głęboko oddycham przez moment, po czym się prostuję. Przedramieniem ścieram pot z czoła, po czym wyciągam ręce w stronę trenera, aby pomógł mi ściągnąć rękawice. – Pamiętaj o zawodach, zapisy są do końca tygodnia, czyli masz jeszcze cztery dni na podjęcie decyzji – przypomina spoglądając na mnie, na co kiwam głową wciąż głęboko oddychając.
     - Pojutrze o siedemnastej dodatkowy trening? – pytam, aby się upewnić.
     - O szesnastej – poprawia mnie. – Skupimy się głównie na dopracowaniu twoich ruchów.
     - Jasne, będę, do zobaczenia. – Ściągam rękawice i ruszam w stronę szatni.
     - Rose – odzywa się jeszcze, gdy biorę z ławki moją butelkę z wodą, na co się odwracam. – Pomyśl o tych zawodach, jesteś jedną z najlepszych bokserek jakie trenowałem – mówi, na co kiwam głową i znikam w szatni.
     Otwieram szafkę, wyciągam swoje rzeczy, biorę ręcznik i żel do kąpieli, po czym idę wziąć szybki prysznic. Dwadzieścia minut później wychodzę z klubu. Kieruję się w stronę parku, którędy na skróty dojdę do mieszkania.

     Ze względu na dość późną porę idąc nie mijam praktycznie nikogo. Nagle słyszę za sobą kroki, odwracam się i widzę wysoką, szczupłą postać podążającą za mną. Kroki definitywnie zbliżają się coraz bardziej. Odwracam się ponownie i zauważam, że osoba idąca za mną jest kobietą, co gasi rodzący się we mnie niepokój. Nie słyszałam jeszcze nigdy o przypadku ataku tajemniczej kobiety w środku nocy. Nawet jeśli, to przecież mam duże szanse wyjścia z tego cała, w końcu od lat trenuję sporty walki i dodatkowo przeszłam też kurs samoobrony, ostrożności nigdy za wiele.
     Kobieta jest coraz bliżej, a gdy myślę, że za moment mnie wyprzedzi czuję jak chwyta mnie za nadgarstek i czuję to wyraźnie nie tylko ze względu na moc jej uścisku ale przede wszystkim przez to, że jej dotyk dosłownie pali moją skórę. Krzywię się z bólu, gdy nieznajoma odwraca mnie twarzą do niej. Na jej twarzy gości szeroki uśmiech zadowolenia. Gdy mam zamiar zadać pierwszy cios czuję jak drugą dłonią chwyta moje gardło. Krzyczę z potwornego bólu.
     Nagle zauważam jej oczy, całe wypełnione czernią, w których pobłyskuje coś na kształt płomyków. Próbuję dłońmi odczepić jej palce od mojego gardła, ale szybko orientuję się, że nic z tego, ponieważ każdy najmniejszy kontakt z jej ciałem wydaje się dotykaniem ognia. Zbieram w sobie wszystkie siły i wykonuję jak najmocniejsze kopnięcie. Trafiam w jej brzuch, lecz skutkuje to jedynie większym rozzłoszczeniem napastniczki, przez co szybkim ruchem powala mnie na ziemię, blokując wszelkie ruchy nogami.

     Kręcę głową mając nadzieję, że rozluźni to nieco jej uchwyt. Niespodziewanie zauważam jak na drodze znikąd pojawia się chmura szarego dymu, z której wybiega mężczyzna. Zmierza prosto na kobietę i dosłownie zwala ją ze mnie. Odruchowo łapię się za gardło i łapczywie wciągam powietrze. Patrzę jak mężczyzna pada na napastniczkę, a w jego prawej dłoni zauważam błysk. Ciemnowłosy robi zamach sztyletem i w momencie, gdy ma zamiar wbić go w jej ciało, ono nagle staje w płomieniach. Nieco zaskoczony mężczyzna odskakuje od niej jak najszybciej.
     Kilka sekund później po kobiecie zostaje jedynie lekko dymiąca kupka popiołu.
     - Cholerna osza - zaklina pod nosem mężczyzna. - Zawsze uciekają. Już prawie z nią skończyłem.
     Wciąż w stanie szoku siedząc na ziemi przyglądam się jego osobie. Czarne, wysokie buty, czarne dżinsy, czarna koszulka, czarna skórzana kurtka, wszystko czarne włącznie ze związanymi mocno z tyłu głowy włosami. Ma mocno zarysowaną twarz, wygląda na starszego ode mnie o jakieś dwa, może trzy lata. Nagle sobie coś uświadamiam.
     - To ty - mówię.
     - Ja, czyli kto? - pyta chowając sztylet do wewnętrznej kieszeni kurtki.
     - Ty stałeś dzisiaj pod szpitalem - mówię oskarżycielskim tonem. Wstaję powoli podpierając się ręką.
     - Taa, ja - mówi swobodnie. - Ta suka przypaliła mi kurtkę - strzepuje brud ze swojego ubrania, jakby ono w tym momencie było najważniejsze.
     - Czego ode mnie chcesz? - pytam patrząc na niego.
     - Słuchaj - mówi podnosząc z ziemi moją torbę treningową i podając mi ją. - Nie mówię, że ta robota mi się podoba. Mógłbym w tym momencie siedzieć w karczmie z laskami klejącymi się do mnie z obu stron i popijać whisky, ale nie. - Rozkłada ramiona w geście desperacji. Przyglądam się uważnie jego ruchom, gdy słucham jego słów. Muszę przyznać, jest przystojny. - Jak Fabian mówi "Od dziś twoim zadaniem, Xavier, jest ją chronić" - komicznie udaje poważny ton. - To muszę to robić. Jeszcze te jego słowa "Wiesz, że na najważniejsze misje wysyłam moich najlepszych ludzi. TY, Xavier, jesteś najlepszy" - irytacja w jego głosie jest tak oczywista, jak to że w nocy jest ciemno. - Skoro to dla niego takie ważne, to dlaczego sam nie wybrał się na tę, jak do tej pory, super-nudną misję? - gestykuluje chodząc dookoła i rozglądając się, jakby czegoś szukał.
     - Czekaj czekaj czekaj - mówię łapiąc się za głowę i próbując w jakiś sposób zrozumieć wszystko, co przed chwilą usłyszałam. - Xavier, tak? - pytam, na co przytakuje. - Mam kilka pytań, bo za cholerę nie rozumiem, co się przed chwilą wydarzyło. Po pierwsze: co to było? - wskazuję na leżącą w pobliżu kupkę popiołu. - Dlaczego mnie zaatakowało i dlaczego nie paliło cię, gdy jej dotykałeś? Po drugie: dlaczego niby masz mnie chronić?
     - To? To była osza - wzrusza ramionami. - Zaatakowała cię, bo ktoś wynajął ją, po to, aby albo cię zabiła, albo cię sprowadziła. Z natury nie działają w swoich sprawach i niewiele żądają za swoją robotę, więc często są wynajmowane, jeśli trzeba coś załatwić. I niech to spalenie cię nie zmyli, one w taki sposób po prostu przemieszczają się w różne miejsca. Jej dotyk na mnie nie działał, ponieważ miałem przy sobie to - ponownie na chwilę wyciąga z kieszeni sztylet i macha nim. Jego chodzenie w tą i z powrotem zaczyna działać mi na nerwy. Zachowuje się tak, jakby wszystko to było dla niego rutyną. Kim on do cholery jest? - Och i muszę cię chronić, ponieważ, jak już wcześniej mówiłem, Fabian mi kazał.
     - Kto to Fabian? - pytam bliska wybuchu. Naprawdę mam dość jego podejścia "nie ma się czym przejmować, przecież to chyba normalka, że ledwo unikasz śmierci, na mnie takie akcje nie robią wrażenia".
     Odwraca głowę w moją stronę i wzrusza ramionami.
     - Twój brat - mówi tak swobodnie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, a ja nagle mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję.


_______________________________________________________________________________________

Autor:
Agnieszka U.
17 lat

6 komentarzy:

  1. Agmieszka zjedz orzeszka, 2/10, college'u, jak moszna :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie osobiście to ten rozdzial przypadl do gustu, napisane estetycznie, zrozumiale i co najwazniejsze opisano wszystko ze szczegolami. Dobra robota :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Udany rozdział:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział, bardzo mi się podoba. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Super napisane <3 Tekst zachęcił mnei do dalszego czytania :D
    Wiadomo, jest trochę błędów jednak nie są one jakoś bardzo denerwujące.

    OdpowiedzUsuń