Przebudziło mnie
gwałtowne szarpnięcie samochodem. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Moje serce na
moment ewidentnie zapomniało jak się pompuje krew. Rozejrzałam się z
przerażeniem po wnętrzu samochodu i po raz kolejny musiałam przypomnieć sobie,
gdzie tak właściwie jestem.
- Wszystko dobrze? –
spytała Juliette. – Koszmar?
Spojrzałam na lekko
zatroskaną twarz blondynki i zrobiło mi się głupio.
- Nie… to, to
szarpnięcie tylko – spuściłam wzrok, żeby ukryć zakłopotanie. Byłam cała
czerwona na twarzy, a przez myśli przepływały mi obrazy z mojego snu. Akrobata
przechodzący po linie, kobieta guma, wyginająca swoje ciało w sposób co
najmniej niemożliwy. Oboje w kółko powtarzali „no już córeczko, twoja kolej”.
Chyba jednak cieszę się, że moi rodzice nie byli cyrkowcami.
Otrząsnęłam się z
zamyślenia, nie do końca wiedząc jak w ogóle takie rzeczy pojawiają się w mojej
głowie. Spojrzałam przez okno. Padało. Obraz był prawie całkowicie zamazany.
Wycieraczki rytmicznie wycierały szybę, co kiepsko wpływało na moją czujność,
ale już nie czułam zmęczenia. Patrzyłam przez okno, starając się zauważyć jak najwięcej
szczegółów, ale nie wychodziło mi to najlepiej.
~***~
Kiedy samochód zwolnił
i zaczął skręcać gdzieś między drzewa rozglądałam się dookoła jak małe dziecko.
Wiedziałam, że się zbliżamy. Oczywiście „zbliżamy” było jak najbardziej trafnym
określeniem, ale nie znaczyło to, że jesteśmy blisko. Minęły godziny zanim auto
się w końcu zatrzymało. Dopiero teraz sobie zdałam sprawę jak daleko musiały
mnie wywieźć sługusy Fabiana, bo jestem pewna, że walka z oszami miała miejsce
niedaleko kryjówki Naznaczonych.
Wysiadłam powoli z
samochodu. Już nie padało. A przynajmniej nie tutaj, bo znajdowaliśmy się w
jakiejś jaskini. Chyba. Nie wiem, szczerze mówiąc. Wyglądało jak garaż jakiegoś
superbohatera. Byliśmy na tyle głęboko, że nie widziałam wjazdu. Sklepienie znajdowało
się kilka metrów nade mną, a na ścianach znajdowały się lampy połączone ze sobą
długimi, czarnymi kablami wiodącymi gdzieś w głąb.
Omiotłam spojrzeniem
rzędy aut, które były równo poustawiane, jak na podziemnym parkingu. W sumie to
dosłownie to było. Moją uwagę przykuła czarna Telsa zaparkowana po mojej prawej
stronie. Poczułam silne łaskotanie w brzuchu, a łzy zamgliły mi wzrok. Szybko
się jednak opanowałam i spojrzałam na Juliette.
-Chcę się zobaczyć z
Xavierem – powiedziałam stanowczo.
Kątem oka zobaczyłam
jak Avalon przewraca oczyma i odchodzi. Chyba mnie nie lubi.
-Powinnyśmy się
natychmiast udać do Rady. Zapewne masz wiele pytań, oni ci wszystko powiedzą –
kącik jej ust się uniósł. Wiedziała jak mnie podejść.
-Chcę się zobaczyć z
Xavierem – powtórzyłam po chwilowej walce z samą sobą. Rada może poczekać.
-Mamy rozkaz
zaprowadzić cię prosto do Rady – Juliette wydawała się lekko zniecierpliwiona.
-Chcę się zobaczyć z
Xavierem! – nie obchodziły mnie ich rozkazy. Chciałam zobaczyć go na własne oczy.
Nadal czułam pewien niepokój. – Tylko na chwilę – dodałam błagalnym wzrokiem.
-Tylko na chwilę –
westchnęła zrezygnowana i ruszyła w głąb jaskini.
~***~
Za zakrętem jaskinia
się zwężała, a sufit opadał, ale po przejściu przez ten korytarzyk stawało się
przed wielkimi drewnianymi drzwiami. Otwierało się tylko ich część, która była
wielkości normalnych drzwi. Były zrobione z ciemnego drewna i miało więcej
metalowych okuć niż kiedykolwiek widziałam.
Przy drzwiach… ba!
Wrotach! Stało dwóch rosłych mężczyzn ubranych w skórzane kurtki i skórzane
spodnie. Mieli poważne miny, a dłonie spoczywały na długich mieczach. Po
przeciwnej stronie mieli przytroczone pistolety. Uśmiechnęli się na widok
Juliette, a kiedy ich wzrok spoczął na mnie, jeden miał wielkie trudności z
ukryciem zniesmaczenia. Nie odezwali się, tylko nas przepuścili, kiwając do
Juliette.
No szczerze powiem, nie
tego się spodziewałam. Za drzwiami nie było litej skały. Nie. To było
niesamowite! Nagle znalazłam się w pałacu! Oczywiście nie takim wytwornym z
masą rzeźb i obrazów. Ściany były proste, pokryte cienkimi ornamentami. Sala
była prawie pusta. Znajdowało się tam tylko podwyższenie, naprzeciwko drzwi
wejściowych, a ściany były zajęte przez drzwi ciągnące się w około. Wszystkie
były niewiele większe od normalnych, jednakowe, okute grubym metalem. Było ich
może z 30! Jeżeli mam tu zostać, to z pewnością się zgubię.
W Sali znajdowało się
kilka osób. Dostrzegłam Avalon, która rozmawiała z jakąś kobietą o długich,
jasnych włosach. Jej oczy poszerzały się z każdym kolejnym wypowiadanym przez
Avalon słowem. Kiedy przestała mówić, blondynka zasłoniła sobie usta dłońmi i
wybuchła niekontrolowanym płaczem. Całe pomieszczenie wypełniło echo jej
pełnego bólu krzyku. Upadła na ziemię, a Avalon kucnęła obok niej, delikatnie
gładząc jej plecy. Usta miała ściśnięte, a brwi ściągnięte ku sobie. Napotkałam
jej lodowate spojrzenie. Całą sobą mówiła mi, że to moja wina. Przypomniałam
sobie rozmowę z samochodu „straciliśmy dzisiaj Jacoba”.
Nie miałam na szczęćie
czasu się rozglądać. Juliette wydawała się nie mieć ochoty na tłumaczenie mi
wszystkiego. Podążałam za nią. Jedne drzwi. Kolejne. Kolejne. I jeszcze jedne.
Już nie wiedziałam gdzie jestem. Przechodziłyśmy korytarzami, mijałyśmy jedne
drzwi i przechodziłyśmy przez inne. Ja naprawdę nie wiem jak oni są w stanie
się tu orientować! Ciekawe ile kilometrów trzeba przejść, żeby się dostać do
toalety…
W końcu stanęłyśmy
przed dużymi drzwiami z napisem „Medyk”. Juliette stanęła przed drzwiami i
rzuciła tylko krótkie „masz 10 minut, trzecie łóżko po prawej” i odeszła.
Przełknęłam ślinę i
weszłam do środka. Czułam niemiły ucisk w żołądku. Raz. Dwa. Trzy. Spojrzałam w
prawo. Moje oczy się rozszerzyły i wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
-To jest aż tak
zabawne? Serio – irytacja w głosie Xaviera była tak wyraźna, że trudno jej było
nie zauważyć.
-Wybacz – powiedziałam
przez łzy śmiechu. – Cieszę się, że cię widzę – uśmiechnęłam się.
-Dziwnie reagujesz jak
się cieszysz… - powiedział cierpko, ale kącik ust powędrował mu do góry.
-Widziałeś się może? –
spytałam chichotając jak mała dziewczynka.
-Czy mogłabyś być mniej
czuła? – popatrzył na mnie z wyrzutem.
-Oj biedactwo.
Biedactwo. Przecież widzę, że cię połatali – uśmiech mi się poszerzył. – Czyli
się widziałeś.
Byłam w szoku. Wyglądał
strasznie. Był pokryty bandażami, oczy miał podkrążone, był bledszy niż
zazwyczaj. Jednak kiedy do niego podeszłam i zobaczyłam najpierw zdziwienie, a
potem uśmiech na jego twarzy, nie mogłam powstrzymać tej ogromnej fali ulgi i szczęścia.
Nie chciałam się przed nim rozkleić, więc zaczęłam się po prostu śmiać.
Przyjrzałam się mu
jeszcze raz. Głowa była owinięta bandażem, ale było widoczne, że jej lewa
strona jest wygolona do skóry, a resztę włosów ścięte miał na krótko.
-Cholerne osze.
Rozdrapały pół łba… - westchnął. – Ale… co ty tu robisz? Powinnaś iść do Rady.
Oni są od odpowiadania na twoje pytania, a zapewne stworzyłaś już ich tysiąc.
Jak nie więcej.
-Chciałam się upewnić,
że żyjesz – powiedziałam sucho.
-To już widzisz – zaczerwienił
się i odwrócił głowę. – Przyjdź jak już będziesz miała odpowiedzi.
-Ha?! Ciebie też dobrze
widzieć… - rzuciłam i wyszłam z pomieszczenia.
Co za gbur! Człowiek
się o niego troszczy a ten co?! Cham! Chamstwo!
Oparłam się o ścianę i
zaczęłam płakać. Jak dobrze, że jednak żyje!
________________________________________________________________________________________________________________