Poczułam jak łzy napływają mi do oczu i coraz ciężej
jest mi złapać oddech. Nie mogłam uwierzyć w to co dopiero usłyszałam. Pomimo
tego, iż nie liczyłam na to, że gdy spotkam mojego brata padniemy sobie w
ramiona i przy kominku będziemy wspominać stare dobre czasy, to poczułam się
zdradzona. Namiastka nadziei na to, że gdzieś tam jest ktoś komu na mnie zależy
właśnie została doszczętnie zniszczona. Nie mogłam już liczyć na nikogo.
Żałowałam, że nie ma przy mnie teraz Kate, której mogłabym się wyżalić. Ale nie.
Wszyscy mnie opuścili. Najpierw Kate i Josh, potem Tyson a teraz Fabian. Jednak
zamiast mojej opiekunki miałam przed sobą Xaviera, przed którym za wszelką cenę
nie chciałam się rozkleić. Zacisnęłam więc mocno zęby i kilka razy zamrugałam,
po czym spojrzałam na mojego towarzysza. Ten z kolei wyglądał jakby nie wiedział co ma powiedzieć
kilkukrotnie otwierając i zamykając usta.
– Okey? – zapytał marszcząc brwi. W odpowiedzi
kiwnęłam głową i zdobyłam się na uśmiech, który bardziej przypominał grymas.
Bez słowa podeszłam do czarnej Telsy i
zajęłam miejsce pasażera. Xavier również do mnie dołączył i po chwili w
absolutnej ciszy pędziliśmy na północ w kierunku Kanady. Aura w samochodzie była tak gęsta, że po
dwudziestu minutach postanowiłam się zdrzemnąć. Przez wcześniejszą pobudkę
czułam się jeszcze bardziej zmęczona niż przed drzemką, więc przymknęłam
zmęczone powieki i oparłam się o skórzany zagłówek.
Dom wydawał mi się tak niezwykle znajomy, chociaż za
nic nie przypomniałabym sobie po co i kiedy tu byłam. Był to mały jednorodzinny
domek z białą werandą w kolonialnym stylu. Na przeciwnej ulicy przed domem w
stercie liści bawiło się dwóch małych chłopców, zdających się mnie nie
zauważać. Musiała być jesień, i to późna, bo obaj ubrani byli w kurtki, szaliki
i ciepłe czapki. Zaczynało zmierzchać, więc wspięłam się po schodkach i
delikatnie pchnęłam uchylone drzwi wejściowe. Przeszłam przez ciemny hol i
udałam się w stronę drewnianych schodów. Początkowo zmartwił mnie ich stan,
ponieważ za wszelką cenę pragnęłam być niezauważona, a konstrukcja nie
wyglądała na najnowszą. Nie wiedziałam po co tam idę, ale postanowiłam zaufać
mojej intuicji, więc zaczęłam się wspinać. Gdy byłam prawie na szczycie z
tylnej kieszeni spodni wyciągnęłam smukły sztylet. Na palcach podeszłam do
drugiego pokoju naprzeciwko schodów i zajrzałam przez szparę w drzwiach. Od
razu uderzył mnie ogrom kurzu i odór stęchlizny. Na środku pokoju, przed
kominkiem, stał niewielki, okrągły, lakierowany stolik, wokół którego stały
cztery krzesła. W pomieszczeniu znajdowało się czterech mężczyzn, z których
trzech siedziało przy stole a jeden, ubrany w garnitur, stał przed oknem
kończąc cygaro. Wszyscy wyglądali na nie więcej niż trzydzieści pięć lat,
chociaż ciężko było mi to ocenić ze względu na to, że widziałam tylko tyły ich
głów. Na stoliku porozrzucane były teczki, z których wysypywały się dokumenty.
–I co teraz? – zapytał jeden,
opierając łokcie na stoliku.
–Musimy się ukryć – odparł,
z nutą strachu w głosie, mężczyzna w garniturze.
Trzeci z mężczyzn prychnął,
zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
–Żartujesz czy naprawdę
jesteś aż taki głupi, Albercie? – zmarszczyłam brwi słysząc znajomy głos, choć
nie mogłam sobie przypomnieć do kogo należy. Słuchałam więc dalej.
– Myślisz, że jakaś żałosna
kryjówka ją powstrzyma? Musimy coś wymyślić, bo nas znajdzie. Każdego. I jeśli
myślisz, że tylko nas zabije to nie licz na pobłażanie. Jak z tobą skończy
będziesz błagał o śmierć.
–A co zrobimy z tą małą? –
jak gdyby w odpowiedzi usłyszałam kobiecy jęk dochodzący z dołu. Mężczyzna
stojący naprzeciw okna położył niedokończone cygaro na marmurowym gzymsie
kominka i odwrócił się twarzą do zgromadzonych. Szybko odchyliłam się do tyłu
dostrzegając niezwykle silną, jasną odmianę jego piwnych oczu, po czym
przyległam do ściany zaciskając palce na sztylecie. Usłyszałam westchnięcie.
–Moglibyśmy ją
przehandlować. Kostucha na pewno chciałaby mieć ją u siebie.
–Chcesz ją oddać na pastwę
tego… czegoś? Nie. Ona nie musi być w to zamieszana. –znów znajomy, tym razem
oburzony, głos. Zaryzykowałam znów zaglądając do wnętrza pomieszczenia. Tym
razem drugi mężczyzna stał opierając dłonie o blat stolika, a reszta
przyglądała mu się z widocznym zaciekawieniem. Jasnooki zaśmiał się i kierując
swoje sowa do towarzysza odparł:
–Nie mów, że ci na niej
zależy, Xavierze.
I nagle rozpoznałam czarną
czuprynę, smukłą sylwetkę i ten charakterystyczny lekko zachrypnięty głos. Poczułam
jak ciepło rozlewa mi się w okolicach pępka.
–Nie bądź śmieszny. Po
prostu chcę jak najbardziej zmniejszyć liczbę ofiar, a ona nie musi być w to
zamieszana.
–Wiesz, że to nie możliwe.
–odparł Albert – wiesz, że ona musi umrzeć.
Nie chciałam tego dłużej
słuchać. Na palcach podeszłam do schodów i już miałam schodzić, gdy usłyszałam
coś co mną wstrząsnęło jeszcze bardziej.
–Ja się nią zajmę.
Gdy się obudziłam staliśmy
na pustym parkingu w lesie, a Xavier ocierał moje spocone czoło. Szybko
strąciłam jego dłoń i odsunęłam się najdalej jak mogłam. Chłopak wyglądał na co
najmniej zdziwionego moim zachowaniem.
–Czego chcesz?
–O co ci chodzi? – odparł
marszcząc brwi.
–Czego ode mnie, do cholery,
chcesz?! Kim jest Albert? Co znaczy, że się mną zajmiesz? Kim ty jesteś?
Chłopak odsunął się ode mnie
z osłupieniem wymalowanym na twarzy. Milczał przez dłuższą chwilę po czym odparł:
–Rose… wiem jak to brzmi ale
to naprawdę nie tak jak myślisz. Nie wiem skąd wiesz o mojej przeszłości, ale
to już dawno za mną. Chcę cię tylko chronić. Wiem, że ty nie… – nie dokończył
bo nagle coś zaskrzypiało i poczułam jak tył samochodu unosi się w powietrzu po
czym z impetem opada na ziemię. Oboje gwałtownie odwróciliśmy się i ujrzeliśmy
wysoką, smukłą postać w ciemnym płaszczu z kapturem. Osza. Zanim zdążyliśmy
cokolwiek zrobić pazury innej oszy wbiły się w dach samochodu, wyrywając jej
znaczną część.
–Na tylnym siedzeniu! –
krzyknął Xavier. Szybko odwróciłam się i ujrzałam dużą torbę. Wyjęłam z niej
kuszę już naładowaną strzałami z metalowymi końcami. W tym czasie mój towarzysz
gwałtownie ruszył, a ja strzeliłam z kuszy trafiając oszę w prawe ramię. Wtedy
ta stanęła w płomieniach i spadła z dachu samochodu. Jednak po chwili jej
miejsce zajęła kolejna. Wystrzeliłam po raz kolejny tym razem chybiając.
Starałam się opanować drżenie rąk oddychając głęboko, co uniemożliwiało mi tępo
jazdy Xaviera. Jechaliśmy teraz 185 km/h a prędkość stale rosła.
–Trzymaj się. – rzucił a ja
złapałam się najmocniej jak mogłam siedzenia. Gdy zbliżaliśmy się do 230 km/h samochód nagle
zahamował, co zrzuciło oszę z dachu. Oboje odwróciliśmy się aby zobaczyć leżące
na ulicy stworzenie, jednak nie spodziewaliśmy się tego co ujrzeliśmy przed
nami gdy odwróciliśmy się ponownie. Jakieś dziesięć metrów przed nami stała
kolejna tym razem znacznie większa osza rozkładając swoje długie, białe ręce
jakby chciała objąć nasz samochód. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić samochód z
impetem uderzył w stworzenie, dachując. Gdy w końcu mogłam złapać oddech
zobaczyłam, że miejsce kierowcy jest puste. Znalazłam w sobie resztki sił i
wygramoliłam się z samochodu. Naprzeciwko, jakieś dziesięć metrów ode mnie,
stały dwie osze trzymając za ramiona zakrwawionego Xaveira. Jego koszulka,
rozdarta pazurami, przesiąknięta była krwią a głowa zwisała mu na piersi.
Resztkami sił podniósł ją i spojrzał mi w oczy. Widziałam w nich przerażenie
ale też jakiś dziwny spokój. Podniosłam się na kolana i czekałam na śmierć w
postaci oszy. Ta jednak nie nadeszła. I wtedy zobaczyłam stojący kilka metrów
ode mnie znak. Castle Mountain , Banff
National Park , Kanada.
_________________________________________________________________________________________________
Agnieszka Margol
17 lat
http://dorcas-jej-swiat.blog.onet.pl/
Podoba mi się :D Trochę krótki, ale bardzo dobry :))))
OdpowiedzUsuńAkcja rozgrywa się na prawdę genialnie, ciekawi mnie przeszłość Xaviera.
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ;**
ooo jak miło :)
UsuńPerfect <3
OdpowiedzUsuńNie chce mi się rozpisywać dzisiaj :') Podoba mi się. Bardzo, bardzo ładne!