sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział szósty

Obudziło mnie irytujące pikanie pod poduszką. Szybkim ruchem wyłączyłam budzik i spojrzałam z bólem na cyferki, na ekranie telefonu. Była 2:55. Nienawidziłam swojego telefonu w tym momencie. Miałam ochotę przekręcić się na drugi bok i zasnąć, ale wiedziałam, że ta opcja nie wchodzi w grę i chcąc nie chcąc zgramoliłam się z łóżka. Byłam zaspana, ale już nie zmęczona. Cieszę się, że postanowiłam poczekać kilka dni, zanim wcieliłam swój plan w życie.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarny top, czarną bluzę i ciemne jeansy. Starałam się poruszać jak najciszej potrafiłam, ale wiadomo, im ciszej starasz się poruszać tym więcej hałasu robisz. Co chwilę na mojej twarzy pojawiał się grymas, kiedy to kolejna deska skrzypiała pod ciężarem mojego ciała. Uroki drewnianych podłóg. Z każdym kolejnym skrzypnięciem modliłam się w duchu, aby okazało się, że Kate jednak ma teraz dyżur.
Kiedy już założyłam trampki, których używałam do tej pory jako kapci, powoli wpakowałam do plecaka trochę ubrań, przybory kosmetyczne, śpiwór, portfel, kilka długopisów, notes, dwie książki, moje zdjęcie z Tysonem z pierwszych wygranych zawodów regionalnych i nóż, który kilka dni wcześniej przemyciłam z kuchni, kiedy Kate nie było w domu. Z telefonu wyciągnęłam kartę i schowałam ją pod szafą. Omiotłam spojrzeniem pokój. Łzy napłynęły mi do oczu, ale wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na chwilę słabości.
Już miałam otworzyć okno prowadzące na schody przeciwpożarowe, kiedy w mojej głowie zakołatała się niedająca mi spokoju myśl. „Jak Kate zobaczy rano, że mnie nie ma, od razu zacznie mnie szukać”. Nie mogłam na to pozwolić, więc w towarzystwie poskrzypywania podłogi podeszłam do biurka, wyrwałam kartkę z zeszytu i napisałam, najspokojniej jak mogłam: 

„Poszłam pobiegać, a potem 
na trening nadrobić zaległości
xoxo Rose”


            Zawsze, kiedy rano wychodziłam zostawiałam jej taką karteczkę. Gdybym tego nie zrobiła z pewnością zaczęłaby coś podejrzewać, a tak to mam dodatkowe kilka godzin zanim się zorientuje, że coś się dzieje.
            Zaplanowałam wszystko idealnie, no może oprócz skrzypienia podłogi, na które nie zwracałam nigdy uwagi za dnia, ale kiedy otwierałam okno na schody, samozachwyt nieomal  rozsadził mnie od środka. Dokładne naoliwienie zawiasów zdziałało cuda.
            Nie bawiłam się w schodzenie po schodach. To również miałam przemyślane. Zeskoczyłam z nich zwinnie i niemalże bezszelestnie, ciesząc się, że mieszkamy na pierwszym półpiętrze.
            Spojrzałam jeszcze raz na okno swojego pokoju. Ile bym dała, żeby wrócić do tego jak było dawniej. Żeby móc znów się obudzić w swoim miękkim łóżku i cieszyć się na widok moich bliskich. Żeby nie ciążyła mi ich zdrada. No po prostu, żeby było jak kiedyś. Niestety wiedziałam, że tak już nie będzie. Odwróciłam się i ruszyłam boczną uliczką, coraz bardziej oddalając się od domu, od sali treningowej, od Josha, od Fabiana.
              Szłam pewnym krokiem, obserwując czy nie jestem śledzona. Miałam nadzieję, że Xavier pilnował frontu budynku i że moje zachowanie przez ostatnie kilka dni nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Grałam spokojną i udawałam, że akceptuję to co się dzieje, robiłam plany z Kate, umówiłam się na jutro z Joshem, na kolację w jednej z jego wymyślnych restauracji, Erica poprosiłam o dodatkowy trening za tydzień, bo tylko wtedy miał czas.
            Mimo faktu, że byłam pewna doskonałości mojego planu, to i tak większość brałam tylko na wiarę i nadzieję. Zauważyłam, że ostatnio niewiele rzeczy dzieje się zgodnie z planem, a nieprzewidywalność stała się moją nową codziennością. Wszyscy, których znam wiedzą o mnie więcej niż ja sama. Nikomu nie mogę ufać.
            Zanim się zorientowałam nastał poranek. Nawet nie wiem kiedy przegapiłam wschód słońca. Po drodze nie spotkałam nikogo, miałam nadzieję, że nie dlatego, że tak dobrze się ukrywali ze śledzeniem mnie. Wiele razy zmieniałam trasę, szłam przez rzekę jeśli miałam możliwość, przechodziłam przez budynki, kilka razy nawet użyłam kanalizacji przeciwpowodziowej, klucząc długo w gąszczu jej korytarzy, nie wiedząc gdzie tak właściwie idę.
            Tak właśnie jest. Mimo całego idealnego planu, nie wiem dokąd zmierzam. I to chyba jest jedyna rzecz, która mi zapewni bezpieczeństwo. Ignoruję przeczucia, kiedy jakaś ulica wygląda znajomo idę inną drogą. Nie znajdą mnie. Błagam. Niech mnie nie znajdą.
            Zatrzymałam się dopiero o zmroku. Przeszłam z 80 kilometrów. Przeszłabym więcej, gdyby nie postoje, żeby coś zjeść, kupić lub skorzystać z toalety. Nogi mnie nie bolały. Nie. One tak najzwyczajniej w świecie były w piekle smażąc się w najgorętszych płomieniach. Nie jestem w stanie opisać tego bólu, nie istnieje nawet przekleństwo, które by choćby w pięciu procentach oddało to co czułam.
            Znajdowałam w Okanogan-Wenatchee National Forest. Przynajmniej tak mnie poinformowała tabliczka, którą minęłam kilka kilometrów przed postojem. Znalazłam coś co kiedyś było… może i chatką, ale teraz przypominało rozrzucone w nieładzie deski, opierające się o siebie. Pomimo wyczerpania stworzyłam z nich prowizoryczne schronienie.
            Siedziałam opatulona śpiworem, w tym prowizorycznym domku i rozglądałam się po lesie. Przeklinałam się za to, że nie wzięłam ze sobą jakiejś książki o roślinach, bo nawet nie wiem co w tym lesie po zjedzeniu mnie zabije, a co nie. Ale wiem, że nie mogłam tego zrobić, bo mogłoby ich to naprowadzić na mój cel, choć wychodząc z domu sama go nie znałam.
            Myśl o domu obudziła we mnie dziwną nostalgię. Nie mogłam tego dłużej kontrolować. Wyczerpanie, piekielny ból stóp i nóg, odciski… dodając to do ostatnich wydarzeń można uzyskać tylko i wyłącznie łzy. Josh mnie zdradził. Kate mnie zdradziła. Wiem, że mam brata od zaledwie kilku miesięcy i już go nienawidzę! Nie mogłam ufać nikomu. Byłam sama. Mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości. Płakałam długo. Nie wiem jak długo, bo gdzieś w międzyczasie zmęczenie wepchnęło mnie w objęcia Morfeusza.
*
            -CO TO MA ZNACZYĆ!
            -Ja… ja nie wiem… nie wiem jak to się stało…
            -TO SIĘ DOWIEDZ!
            -To… to nie wszystko…
            -Chcesz mi powiedzieć, że zgubienie mojej siostry to tylko początek twoich porażek Tyson?
            -Wybacz mi panie…
            -Najpierw powiedz co się stało. Potem… się zastanowię.
            -Xavier…
            -Co z nim?
            -On też…
            -Kpisz? Błagam powiedz, że kpisz! Najpierw Felicie, teraz Xavier?! CO Z NIM?!
            -On… on też… zniknął…
            -Nie… on zapewne jest na jej tropie. Nie bądź głupcem Tyson! Xavier w przeciwieństwie do ciebie jest przydatny. Hahaha dać się zmylić głupiej dziewczynie? Nie sądzę, żebyś był mi jeszcze do czegoś potrzebny.
            -Błagam… nie… NIE!
*
            Obudziłam się ciężko oddychając. Nie pamiętam mojego snu. Może i lepiej? Powoli starałam się uspokoić oddech, ale w głowie dudniło mi echo przeraźliwego krzyku. Wszystko było czerwone i słychać było krzyk. Przeraźliwy krzyk, który się urywał tak nagle. Nie mogłam złapać oddechu. No nie… atak paniki. Okolice wypełnił mój wrzask, a na policzkach czułam gorące łzy. Złapałam się za głowę, próbując uspokoić. Poczułam na czole wilgotną szmatkę. Była ciepła. Ale to nie był problem. Problemem było to, skąd do cholery wzięła się na moim czole wilgotna szmatka?!
            -Co się stało?! – w zasięgu mojego przerażonego wzroku pojawił się Xavier. Był spocony i prawie tak samo przerażony jak ja. Atak paniki przybrał na sile. – Nie. Nie bój się – powiedział podchodząc do mnie powoli. Wyglądał jakby nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
            Nie wiem jak to się stało. Może to przerażenie na jego twarzy. Może to moja bezsilność. Może. Nie wiem. Ale jedyne na co miałam siłę w tym momencie, to śmiech. Atak paniki minął jakby go nigdy nie było. Śmiałam się tak głośno i tak bezsilnie, że łzy naleciały mi do oczu. Ale nie płakałam już tak jak wczoraj. Po prostu moje życie wydało mi się tak porąbane, że aż śmieszne.
            -Skończyłaś już? – zapytał Xavier z niecierpliwością w głosie. Pod warstwą nonszalancji, która wróciła na jego twarz, widziałam zirytowanie.
            -Jeszcze momencik – zaśmiałam się.
            -Taaaak. Śmiej się głośniej, niech wszyscy nas usłyszą…
            -No już, już. Jesteśmy pośrodku nigdzie. Nie denerwuj się – powiedziałam opanowując śmiech.
            -No tak, denerwowanie sie to nic innego jak mszczenie sie na własnym zdrowiu, za głupotę innych, jak słyszałem – odpowiedział z przekąsem.
            Spojrzałam z niego z wyrzutem, już nie chciało mi się śmiać.
            -To co tutaj robisz?
            - Dałbym ci szansę, żebyś sama zgadła, ale wątpię, żeby ci się to udało – widziałam wyraz satysfakcji na jago twarzy, kiedy obserwował moją zmieniającą się minę. – To długa historia. Ma w sobie twojego kochanego braciszka – akcent, który położył na te dwa słowa mnie zdziwił, - wszystkich, których znasz, ciebie oczywiście, bo najwidoczniej wszystko się tyczy ciebie – przewrócił oczyma – no i mnie – uśmiechnął się szelmowsko, a ja poczułam jak moje policzki robią się czerwone. BA! Bordowe może nawet, bo ten uśmiech mnie powalił. Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że on to zauważył i sam też się zarumienił, na co uśmiechnęłam się tryumfalnie. – Ale… ale to musimy sobie zostawić na później, bo najpierw muszę cię zabrać w bezpieczne miejsce, bo to… - wskazał okolicę i moją konstrukcję, którą w tym momencie broniłabym jak lwica przed jego szyderstwem, - jest… no właśnie.
            -Jak zwykle na później… - popatrzyłam na niego z wyrzutem. Pominęłam jego ostatnie słowa. – Dobra, mój wątpliwy bohaterze – uśmiechnął się krzywo, - dokąd zmierzamy? I czemu powinnam ci ufać?
            -W sumie to mi to tito czy mi ufasz czy nie. Ale jeżeli chcesz żyć i dowiedzieć się wszystkiego to chodź ze mną. Jeżeli nie… prędzej czy później cię znajdą i w zależności od twojej postawy wykorzystają cię lub zrobią z ciebie kebaba. Proste.
            Kebaba? Irracjonalnie zakołatało się w mojej głowie. Chyba nie miałam wyboru.
            -Okay… niech ci będzie, o Xavierze – cieszyło mnie kpienie z niego, a jego w równym stopniu to irytowało, choć ukrywał to dość sprawnie. – Ale chcę, żebyś wiedział, że jeżeli mnie oszukujesz to cię zabiję. Bez wahania.
            -Chciałbym zobaczyć jak próbujesz.
            -To gdzie teraz?
            -Castle Mountain w Banff National Park, w Kanadzie.
            -Czemu akurat tam?
            -Bo tam się znajduje kryjówka Naznaczonych, którym udało się uciec.


__________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat

3 komentarze:

  1. 1. KCKCKC za punktualność
    2. KCKCKC za dużo opisów, tak jakby nadrabiasz moje zbyt wiele dialogów
    3. KCKCKC za Naznaczonych

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny rozdział, gromny plus za opisy +++++
    Kryjówka naznaczonych - wiele nowych bohaterów, yasss
    Czy tylko ja nie mogę się doczekać konfrontacji Rose/Felicii z Fabianem??

    OdpowiedzUsuń