czwartek, 12 listopada 2015

Rozdział dwunasty



            Poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu, a kiedy otworzyłam załzawione oczy, zobaczyłam Juliette, która próbowała mnie pocieszyć. Wytarłam zaczerwienione oczy rękami i powiedziałam, że wszystko jest w porządku (mimo że byłam w rozsypce, nie wiedziałam, kim, ani gdzie jestem, miałam więcej pytań niż odpowiedzi, a moim jedynym pocieszeniem było to, że Xavier cudem uszedł z życiem po ataku oszy).
            - Rada kazała zaprowadzić cię do twojego pokoju. Powinnaś coś zjeść i odpocząć, a potem z nimi porozmawiasz. - powiedziała.
            Następnie poprowadziła mnie długim korytarzem, aż do kręconych schodów, którymi weszłyśmy na drugie piętro, wyciągnęła klucz z kieszeni i otworzyła czwarte drzwi po lewej stronie korytarza.
            - Voila, oto twój pokój! - wykrzyknęła radośnie.
            Pokój był nieduży, ale jasny i przytulny. Na błękitnych ścianach wisiały bukiety suszonych kwiatów, pod ścianą po prawej stronie stało sosnowe łóżko z białym baldachimem i kremowa komoda, a naprzeciwko niej był niewielki, biały, wiklinowy stolik i dwa białe krzesła. Całość dopełniał zapach ciepłej, jeszcze parującej kolacji, którą ktoś musiał tu przed chwilą przynieść.
            - To jeden z naszych najładniejszych pokoi, więc Rada musiała ci go przyznać. W końcu jesteś naszym honorowym gościem. Jedz, zanim ci wystygnie, zdrzemnij się, a ja przyjdę po ciebie za jakieś trzy godziny. A , no i na końcu korytarza jest łazienka. - to mówiąc, wyszła, zamykając za sobą drzwi.
            Nawet nie wiem, kiedy spałaszowałam górę pieczonych ziemniaczków, piersi z kaczki w sosie porzeczkowym, sałatkę z rukoli, sera pleśniowego i żurawiny oraz jeszcze ciepłą szarlotkę z lodami waniliowymi i bitą śmietaną. Wypiłam cały kubek kompotu i cudownie najedzona położyłam się na łóżku. Spojrzałam na biały baldachim i w jednej chwili wszystkie moje problemy wydawały mi się takie odległe. Zamknęłam oczy i poczułam niesamowite ciepło rozchodzące się od brzucha aż po czubki palców i do szczytu głowy.



            Obudził mnie przeraźliwy chłód posadzki, na której leżałam. W oślepiającym świetle zobaczyłam tłum ludzi patrzących na mnie, a część z nich pogrążona była w dyskusji. Wstałam i zaczęłam iść w ich kierunku, ale zatrzymała mnie szyba. Obeszłam ją dookoła, szukając wyjścia, ale go nie znalazłam. Byłam w pułapce, w wielkiej, szklanej kuli.
            Potem wszyscy ludzie zaczęli pokazywać sobie palcami coś nad moją głową. Podniosłam wzrok i ujrzałam ponad czterometrowego, czarnego pająka, poruszającego swoimi szczękoczułkami. Powoli i bezszelestnie zaczął zsuwać się z sufitu po ledwo widocznej, srebrzystej nici. Stanął na posadzce i zdawało mi się, że jest jeszcze większy niż przedtem. Wyciągnęłam ku niemu obie dłonie, tak jakbym chciała go odepchnąć i usłyszałam za sobą chrapliwy, męski głos, od którego przeszły mnie ciarki.
            - Uważaj na swoją moc! Jesteś potężniejsza niż ci się wydaje. - powiedział wysoki, krótko ścięty Murzyn o szmaragdowych oczach. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę i beżowe spodnie. Miał diamentowy kolczyk w lewym uchu i wpatrywał się we mnie.
            Chciałam mu coś odpowiedzieć, bo wydawał mi się jakoś dziwnie znajomy, ale odgoniłam tę myśl i skupiłam się na pająku. Powoli, ale dumnie kroczył w moim kierunku. Czułam, że chce mnie zabić, ale tak jakby na swój sposób. Wiedziałam, że bawi się mną, bo gdyby chciał, to już dawno wbiłby swoje ostre szczękoczułki w moje miękkie, ciepłe ciało.
            Był coraz bliżej, a ja nie miałam jak się bronić, więc nie wiedząc, co dokładnie robię, znów wystawiłam obie ręce przed siebie i wykrzyknęłam:
            - Pethaínoun ston póno aráchni! *
            Pająk rozjarzył się do czerwoności, zaczął przeraźliwie piszczeć, miotać się i cofać. Zaraz po tym padł na grzbiet i stał się zupełnie biały.
            Spojrzałam na ludzi za mną, bo nagle zapadła wręcz ogłuszająca cisza. Widziałam przerażenie, jakie malowało się na ich twarzach. Tylko mężczyzna w skórzanej kurtce szyderczo się do mnie uśmiechał, po czym rzekł:
            - Thýma égine énas dolofónos.** - i zaczął klaskać.



            Obudziłam się zlana potem i w pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem, ale na widok małego, wiklinowego stolika odetchnęłam z ulgą.
            Co to do cholery miało być? Skąd znam grekę? Kim był ten facet? I o co tu chodzi?
            Jeszcze więcej pytań kłębiło się w mojej głowie, dobrze, że dostanę dziś przynajmniej na część z nich jakieś odpowiedzi. A może na wszystkie?
            Do pokoju weszła Juliette i spytała od progu:
            - Gotowa na spotkanie z Radą?
            Kiwnęłam głową i wyszłyśmy z pokoju.



            Zaprowadziła mnie do dużych, dębowych drzwi, a po obu ich stronach zauważyłam strażników ubranych w grafitowe mundury ze złotymi guzikami. Od razu jeden z nich rozpoznał Juliette, przywitał się z nami i wpuścił nas do środka.
            Stanęłam na środku ogromnej sali, która z wyglądu przypominała nieco salę sądową. Pomieszczenie było jasne, mimo ciemnej boazerii na ścianach. Na suficie wisiał ozdobny żyrandol, a w kącie stała kamienna figura jakiegoś greckiego boga. Przy trzech, mahoniowych ławach zasiadało dwudziestu czterech ubranych w czarno-białe togi ludzi w wieku od około pięćdziesięciu do osiemdziesięciu lat. Przed nimi stało małe biurko, przy którym siedział chudy mężczyzna, o siwych, krótkich włosach i piwnych oczach.
            - Witaj Rose. Długo na ciebie czekaliśmy. - przemówił ciepłym, ale nieco szorstkim głosem. - Zanim przedstawimy ci nasze oczekiwania wobec ciebie, możesz pytać o co zechcesz, a my postaramy się udzielić ci odpowiedzi.
            Zaskoczona jego otwartością, postanowiłam na początku zadać pytanie, którego odpowiedzi najmniej się obawiałam.
            - Dlaczego mój brat mnie szuka?
            - Fabian, poprzez te osze, które na ciebie nasyła, ma cię przyprowadzić do Samaela - wyjaśnił, a widząc moją niewyraźną minę, dodał - Musisz wiedzieć, że twój brat zawsze bardzo cię kochał. Teraz prawdopodobnie jest pod urokiem Samaela, który chce cię wykorzystać do swoich celów.
            - Co ze mną zrobi? - spytałam zaniepokojona.
            - Zabije cię, aby zdobyć twoje moce, bo gdy będzie miał moce całej waszej trójki, to wtedy będzie mógł przejąć całą władzę nad światem i będzie niepokonany.
            - Jakiej „trójki”?
            - Chodzi mu o twoje moce, Fabiana i Eveleen.
            - Kto to jest Eveleen?
            - Była twoją siostrą.
            - Jak to „była”? Już nie jest? - pytałam, ale czułam, że nie chcę znać odpowiedzi.
            - Eveleen nie żyje. Kilka miesięcy temu… - zaczął
            - Poczekaj Andreusie! Myślę, że Rose nie chciałaby wiedzieć dokładnie, co spotkało Evie. - przerwała starsza kobieta siedząca w pierwszym rzędzie.
            - Clarice, ona musi wiedzieć, jak potężne są mroczne siły, bo tylko wtedy będzie mogła się przed nimi bronić. - powiedział Andreus.
            - Dobrze, ale to ja jej o tym powiem. Evie była naszą Iskierką, naszym Promyczkiem. Nazywaliśmy ją tak, bo miała władzę nad elektrycznością, m.in. mogła zgasić światło, jak również wywołać pożar. Ale twoja siostra, mimo młodego wieku, potrafiła kontrolować swoją moc i nigdy do tego nie doszło. Dwa miesiące temu znaleźli ją całą we krwi Naznaczeni z Chile w górach (nie odzywała się do nich od około tygodnia, więc zaczęli jej szukać). Samael ją zasztyletował z zimną krwią - mówiła przez łzy, które leciały jej po policzkach. - Zadał jej 39 ciosów. 39! Miała 13 lat, a was była trójka, więc ten psychol pragnął, żeby zginęła z waszych i swoich rąk, w jego opinii to wy ją zabiliście, nie on.
            Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Płakałam, bo miałam siostrę, którą uwielbiali wszyscy Naznaczeni, która w przeciwieństwie do mnie potrafiła kontrolować swoją moc, której zupełnie nie pamiętałam, która umarła za młodo, zanim zdążyłam ją dobrze poznać, którą w okrutny sposób zabił Samael, przedtem wmawiając jej, że to ja, Fabian i ona sama jesteśmy przyczyną jej śmierci.
            - Myślę, że już jej na dzisiaj wystarczy, nie sądzisz, Clarice? - spytał ironicznie Andreus, patrząc na kobietę. - Ale zanim wypuścimy się do twojego pokoju, musisz wiedzieć, czego od ciebie oczekujemy. Aby bronić się przed mrocznymi mocami, musisz odnaleźć w sobie swoje umiejętności i nauczyć się je kontrolować. Dlatego przez najbliższe tygodnie będziesz się szkolić pod okiem najlepszego trenera jakiego znamy. Zresztą pewnie już na ciebie czeka. Wprowadź go, proszę, Marcusie.
            Strażnik otworzył drzwi, a ja zaskoczona spojrzałam na mężczyznę, który wszedł do środka.
            - Eric? - wyjąkałam.




                                                                                                                                 Oliwia M.
                                                                                                                                 22 l.


* w języku greckim znaczy to „Giń w cierpieniu pająku!”
** w języku greckim znaczy to „Ofiara stała się zabójcą.”