sobota, 30 maja 2015

Rozdział dziewiąty

Serce człowieka zatrzymuje się z różnych powodów. Moje zostało wstrzymane, kiedy osza starała się dostać do głębi mojej duszy poprzez zimne spojrzenie. Czułam ciarki na plecach, kiedy robiła kroki w moją stronę. Nagle przypomniałam sobie, że muszę oddychać. Nogi stały się słabe – jakbym jeszcze nigdy na nich nie stała. Xavier patrzy na mnie z ziemi, jakby już nie miał siły. Osza jest coraz bliżej, dla zdobycia czasu cofam się powoli i spokojnie.
Myśl trzeźwo, nie pozwólmy się zwariować.
Kiedy zbliżam się do znaku nad moją głową gromadzi się coraz więcej chmur. Wszystkie są w różnych odcieniach szarości. Stwór zaczyna piszczeć i jest już parę kroków ode mnie, mimo że starałam się przybrać jej tempo. Zwinność z jaką się porusza jest dla mnie nie do pokonania.
Natrafiam na kamień, upadam. Czołgam się, jak najszybciej umiem, do znaku. Dopiero teraz widzę jaka jestem słaba. Zaczyna padać. Włosy po chwili robią się mokre, a ja jestem już tylko parę centymetrów od mojego koszmaru. Podciągam się ostatni raz, mijam znak, blizna zaczyna mnie boleć, co nie jest dobrym znakiem. Dlaczego akurat teraz? Podpieram się na łokciach, kiedy zaczyna grzmieć. Osza już ma zadać cios, ale się płoszy. Piszczy tak, że nie jestem pewna jakie są moje myśli. Jej odgłosy przypominają płacz dziecka i ryk wilka w jednym dźwięku. Barwa jest strasznie wysoka, muszę zasłonić uszy. Kulę się w sobie i kładę na ziemi. Po policzku płynie cienka kreska przezroczystego, słonego płynu.
Na chwilę wstrzymuję wszystkie myśli, które teraz były w mojej głowie. Monstrum, które przed chwilą było przede mną się boi. Nie zbliża się do mnie. Mam czas na atak.
W pewnym momencie wyciągam z kieszeni sztylet, odsuwam się bardziej za znak, żeby mieć miejsce na rozbieg, wstaję. Wszystko dzieje się tak szybko, a osza unosi się delikatnie do góry i wydaje z siebie kolejne szatańskie dźwięki. Kiedy biegnę do niej i mijam znak, deszcz przestaje padać, a blizna boleć. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale korzystam z okazji i wbijam ostrze w jej klatkę piersiową. Wyjmuję je szybko, kiedy słyszę odgłos silnika, w zasadzie nie tylko jednego. Nie znam się na tym, więc odwracam się. Parę czarnych punktów zbliża się w moją stronę. Odwracam się do zjaw. Nie ma po nich ani jednego śladu. Gdzie się podziały?
Ocieram łzę, która już wyschła, ale czuję jej obecność na policzku. Podbiegam do Xaviera.
- Xavier, słyszysz mnie? – krzyczę, kiedy jestem dość blisko. Siadam przy nim i staram się ocucić. Jednakże oczy chłopaka wydają się martwe. Tak jak martwa wydaje się być jego dusza. Jego sylwetka wydaje się być taka słaba, bezbronna. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie pożegnanie z nim.
Chłopak mnie chronił, a ja pozwoliłam mu odejść. Tak po prostu.
Kładę się koło niego, nie był mi bliski, ale jego obecność sprawiała, że czułam się bezpiecznie. Nie pozwalałam sobie nawet pomyśleć o tym, co by było gdyby nie ochronił mnie. A teraz? Teraz jestem sama. Zupełnie.
Czarne punkty, które okazały się motorami są już niedaleko. Przytulam się do Xaviera ostatni raz. Dopiero teraz czuję jego krew na swoich palcach. Łzy ciekną mi po policzkach, bezradność jaka mi towarzyszy nie pomaga.
Z kieszeni chłopaka wystaje mała buteleczka, nie przyglądam jej się, ponieważ obcy są już blisko. Zwinnie chowam do kieszeni to, co znalazłam. Wstaję i oglądam się ostatni raz za ciałem. Ktoś do mnie krzyczy, ale obraz mi się rozmazuje i idąc w kierunku nieznanych mi ludzi ponownie upadam. Staram się coś krzyknąć, ale płacz tamuje mój głos. Zbliża się do mnie dźwięk kroków, nie widzę już nic.

~***~

Byłam w długiej, białej sukni. We włosy miałam wplątaną lilię*. Podniosłam się z posadzki, kiedy usłyszałam krzyki.
- To nie jej uczucia się do cholery teraz liczą, wszystko, tylko nie to – krzyczał donośny głos zza ściany. Chciałam się za nią dostać, jednak nie widzę wejścia, biegłam wzdłuż istniejącego muru. Nagle do wielkiej sali balowej, w jakiej się znajdowałam, wchodzili kolejno pięknie ubrani ludzie. Nie miałam pojęcia kim byli. Wiem jedynie tyle, że kiedy się zebrali, nie dali mi dojść do wejścia, jakiego szukałam.
Nagle za rękę złapał mnie brunet i pociągnął do tyłu tak, żebym na niego spojrzała.
Wtedy się obudziłam.

~***~

- Wszystko w porządku? – słyszę, jeszcze zaspana. Widzę przed sobą kobietę, która dotyka moje ramiona. W zasadzie to je mocno ściska, jakbym była jej własnością. Wyrywam się. Czuję, jak moje policzki płoną, a blizna pulsuje.
- Nie bój się – słyszę jej łagodny głos.
- Nie mam powodu.
Kiedy odsuwam się od dziewczyny zauważam, że jestem półnaga. Sama bielizna sprawia, że jest mi niekomfortowo i przykrywam się dziurawym kocem. Czuję się naga, a ta myśl sprawia, że przypominam sobie o buteleczce. Rozglądam się i zauważam moje ubrania. Mimo nieznanej brunetki szybko przemieszczam się na drugi koniec materaca, gdzie znajdują się moje rzeczy.
Sprawdzam kieszenie, na darmo.
- Gdzie to jest?! – wściekam się. Nie chodzi nawet o to, że to była rzecz Xaviera, że nic mi po nim nie zostało. Po nikim mi nic nie zostało. Sprawa toczy się o to, że ten chłopak upadając chronił bardziej to, co miał, niż mnie. Niż cel, który mi przedstawił. Nie ważne ile miał tajemnic, chciałam poznać chociaż tą jedną.
- O co Ci chodzi? - kobieta się peszy, nie wie co powiedzieć. Nie czekam długo na jej namyślenie się, czy mi powie, czy nie. Chcę sięgnąć po scyzoryk, ale przypominam sobie, że przecież go nie mam. Nawet nie zdaję sobie sprawy, ile mi zabrali.
Nie mam Xaviera. Nie mam własnych rzeczy. Nie mam niczego, co by mi było potrzebne. Co następne? Zabiorą mi własną duszę? Muszę się stąd wydostać, zanim będzie za późno.
Nawet nie mam pojęcia, kim są Ci ludzie.
Ubieram się, a kobieta wybiega z pokoju. Szukam czegoś ostrego. Zardzewiała szpachelka do popiołu, idealnie. Biorę ją w garść, wychodzę. Ewentualnie zostają mi własne ręce. Staram się nie panikować, jednak wszystko ma swoje granice.
Biorę głęboki oddech, rozglądam się ostatni raz po pokoju. Widzę ciemne ściany, przy suficie są ciemniejsze. W powietrzu czuć wilgoć.
- Nic nie tracę – stwierdzam cicho.
- Byś się zdziwiła – słyszę za moimi plecami.
W szybę stukają krople deszczu, ich dźwięk lekko mnie uspakaja. Odwracam się i widzę mężczyznę, dałabym mu jakieś dwadzieścia dwa, może trzy lata. Na twarzy widnieje dwudniowy zarost, a mięśnie ma większe niż Xaviera.
Oceniając sytuację, z szufelką od kominka przegrałabym z nim w ciągu maksymalnie góra dwóch minut. Zostaje mi tylko dyplomacja. Skupiam się na jego regularnych rysach twarzy. Jest dość blady, na jego szyi widać bliznę.
Wracam do normalnego stanu, kiedy wyjmuje z kieszeni buteleczkę.
- Tego szukasz? – uśmiecha się delikatnie, a w jego policzkach pojawiają się dołeczki. Nie panuję nad sobą i podchodzę, w zasadzie podbiegam do niego. Cofam się jednak, unosząc ręce i upuszczając akcesoria do kominka. Uśmiecham się lekko, kiedy widzę, jak we mnie celuje.
- Nie zrobisz mi tego – stwierdzam i wyglądam za okno. Widać zza niego stary, zniszczony budynek, a przez jego wnętrza przebija się światło, które wygląda zza chmur.
Istnieje nadzieja. Nie jestem pewna, czy w mojej głowie to zdanie brzmi bardziej jak stwierdzenie, czy raczej pytanie.
- Możemy się przekonać – ładuje magazynek, palec trzyma przy spuście.


*LILIA – W STARYM TESTAMENCIE SYMBOL NIEWINNOŚCI, BOSKIEJ OPIEKI NAD WYBRANYMI 

_____________________________________________________________________________________________________

Róża
17 lat


środa, 6 maja 2015

Rozdział ósmy

Poczułam jak łzy napływają mi do oczu i coraz ciężej jest mi złapać oddech. Nie mogłam uwierzyć w to co dopiero usłyszałam. Pomimo tego, iż nie liczyłam na to, że gdy spotkam mojego brata padniemy sobie w ramiona i przy kominku będziemy wspominać stare dobre czasy, to poczułam się zdradzona. Namiastka nadziei na to, że gdzieś tam jest ktoś komu na mnie zależy właśnie została doszczętnie zniszczona. Nie mogłam już liczyć na nikogo. Żałowałam, że nie ma przy mnie teraz Kate, której mogłabym się wyżalić. Ale nie. Wszyscy mnie opuścili. Najpierw Kate i Josh, potem Tyson a teraz Fabian. Jednak zamiast mojej opiekunki miałam przed sobą Xaviera, przed którym za wszelką cenę nie chciałam się rozkleić. Zacisnęłam więc mocno zęby i kilka razy zamrugałam, po czym spojrzałam na mojego towarzysza. Ten z kolei  wyglądał jakby nie wiedział co ma powiedzieć kilkukrotnie otwierając i zamykając usta.
– Okey? – zapytał marszcząc brwi. W odpowiedzi kiwnęłam głową i zdobyłam się na uśmiech, który bardziej przypominał grymas. Bez słowa podeszłam do czarnej Telsy  i zajęłam miejsce pasażera. Xavier również do mnie dołączył i po chwili w absolutnej ciszy pędziliśmy na północ w kierunku Kanady.  Aura w samochodzie była tak gęsta, że po dwudziestu minutach postanowiłam się zdrzemnąć. Przez wcześniejszą pobudkę czułam się jeszcze bardziej zmęczona niż przed drzemką, więc przymknęłam zmęczone powieki i oparłam się o skórzany zagłówek.


Dom wydawał mi się tak niezwykle znajomy, chociaż za nic nie przypomniałabym sobie po co i kiedy tu byłam. Był to mały jednorodzinny domek z białą werandą w kolonialnym stylu. Na przeciwnej ulicy przed domem w stercie liści bawiło się dwóch małych chłopców, zdających się mnie nie zauważać. Musiała być jesień, i to późna, bo obaj ubrani byli w kurtki, szaliki i ciepłe czapki. Zaczynało zmierzchać, więc wspięłam się po schodkach i delikatnie pchnęłam uchylone drzwi wejściowe. Przeszłam przez ciemny hol i udałam się w stronę drewnianych schodów. Początkowo zmartwił mnie ich stan, ponieważ za wszelką cenę pragnęłam być niezauważona, a konstrukcja nie wyglądała na najnowszą. Nie wiedziałam po co tam idę, ale postanowiłam zaufać mojej intuicji, więc zaczęłam się wspinać. Gdy byłam prawie na szczycie z tylnej kieszeni spodni wyciągnęłam smukły sztylet. Na palcach podeszłam do drugiego pokoju naprzeciwko schodów i zajrzałam przez szparę w drzwiach. Od razu uderzył mnie ogrom kurzu i odór stęchlizny. Na środku pokoju, przed kominkiem, stał niewielki, okrągły, lakierowany stolik, wokół którego stały cztery krzesła. W pomieszczeniu znajdowało się czterech mężczyzn, z których trzech siedziało przy stole a jeden, ubrany w garnitur, stał przed oknem kończąc cygaro. Wszyscy wyglądali na nie więcej niż trzydzieści pięć lat, chociaż ciężko było mi to ocenić ze względu na to, że widziałam tylko tyły ich głów. Na stoliku porozrzucane były teczki, z których wysypywały się dokumenty.
–I co teraz? – zapytał jeden, opierając łokcie na stoliku.                                              
–Musimy się ukryć – odparł, z nutą strachu w głosie, mężczyzna w garniturze.
Trzeci z mężczyzn prychnął, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
–Żartujesz czy naprawdę jesteś aż taki głupi, Albercie? – zmarszczyłam brwi słysząc znajomy głos, choć nie mogłam sobie przypomnieć do kogo należy. Słuchałam więc dalej.
– Myślisz, że jakaś żałosna kryjówka ją powstrzyma? Musimy coś wymyślić, bo nas znajdzie. Każdego. I jeśli myślisz, że tylko nas zabije to nie licz na pobłażanie. Jak z tobą skończy będziesz błagał o śmierć.
–A co zrobimy z tą małą? – jak gdyby w odpowiedzi usłyszałam kobiecy jęk dochodzący z dołu. Mężczyzna stojący naprzeciw okna położył niedokończone cygaro na marmurowym gzymsie kominka i odwrócił się twarzą do zgromadzonych. Szybko odchyliłam się do tyłu dostrzegając niezwykle silną, jasną odmianę jego piwnych oczu, po czym przyległam do ściany zaciskając palce na sztylecie. Usłyszałam westchnięcie.
–Moglibyśmy ją przehandlować. Kostucha na pewno chciałaby mieć ją u siebie.
–Chcesz ją oddać na pastwę tego… czegoś? Nie. Ona nie musi być w to zamieszana. –znów znajomy, tym razem oburzony, głos. Zaryzykowałam znów zaglądając do wnętrza pomieszczenia. Tym razem drugi mężczyzna stał opierając dłonie o blat stolika, a reszta przyglądała mu się z widocznym zaciekawieniem. Jasnooki zaśmiał się i kierując swoje sowa do towarzysza odparł:
–Nie mów, że ci na niej zależy, Xavierze.
I nagle rozpoznałam czarną czuprynę, smukłą sylwetkę i ten charakterystyczny lekko zachrypnięty głos. Poczułam jak ciepło rozlewa mi się w okolicach pępka.
–Nie bądź śmieszny. Po prostu chcę jak najbardziej zmniejszyć liczbę ofiar, a ona nie musi być w to zamieszana.
–Wiesz, że to nie możliwe. –odparł Albert – wiesz, że ona musi umrzeć.
Nie chciałam tego dłużej słuchać. Na palcach podeszłam do schodów i już miałam schodzić, gdy usłyszałam coś co mną wstrząsnęło jeszcze bardziej.
–Ja się nią zajmę.


Gdy się obudziłam staliśmy na pustym parkingu w lesie, a Xavier ocierał moje spocone czoło. Szybko strąciłam jego dłoń i odsunęłam się najdalej jak mogłam. Chłopak wyglądał na co najmniej zdziwionego moim zachowaniem.
–Czego chcesz?
–O co ci chodzi? – odparł marszcząc brwi.
–Czego ode mnie, do cholery, chcesz?! Kim jest Albert? Co znaczy, że się mną zajmiesz? Kim ty jesteś?
Chłopak odsunął się ode mnie z osłupieniem wymalowanym na twarzy. Milczał przez dłuższą chwilę po czym odparł:
–Rose… wiem jak to brzmi ale to naprawdę nie tak jak myślisz. Nie wiem skąd wiesz o mojej przeszłości, ale to już dawno za mną. Chcę cię tylko chronić. Wiem, że ty nie… – nie dokończył bo nagle coś zaskrzypiało i poczułam jak tył samochodu unosi się w powietrzu po czym z impetem opada na ziemię. Oboje gwałtownie odwróciliśmy się i ujrzeliśmy wysoką, smukłą postać w ciemnym płaszczu z kapturem. Osza. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić pazury innej oszy wbiły się w dach samochodu, wyrywając jej znaczną część.
–Na tylnym siedzeniu! – krzyknął Xavier. Szybko odwróciłam się i ujrzałam dużą torbę. Wyjęłam z niej kuszę już naładowaną strzałami z metalowymi końcami. W tym czasie mój towarzysz gwałtownie ruszył, a ja strzeliłam z kuszy trafiając oszę w prawe ramię. Wtedy ta stanęła w płomieniach i spadła z dachu samochodu. Jednak po chwili jej miejsce zajęła kolejna. Wystrzeliłam po raz kolejny tym razem chybiając. Starałam się opanować drżenie rąk oddychając głęboko, co uniemożliwiało mi tępo jazdy Xaviera. Jechaliśmy teraz 185 km/h a prędkość stale rosła.

–Trzymaj się. – rzucił a ja złapałam się najmocniej jak mogłam siedzenia. Gdy zbliżaliśmy się do 230 km/h samochód nagle zahamował, co zrzuciło oszę z dachu. Oboje odwróciliśmy się aby zobaczyć leżące na ulicy stworzenie, jednak nie spodziewaliśmy się tego co ujrzeliśmy przed nami gdy odwróciliśmy się ponownie. Jakieś dziesięć metrów przed nami stała kolejna tym razem znacznie większa osza rozkładając swoje długie, białe ręce jakby chciała objąć nasz samochód. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić samochód z impetem uderzył w stworzenie, dachując. Gdy w końcu mogłam złapać oddech zobaczyłam, że miejsce kierowcy jest puste. Znalazłam w sobie resztki sił i wygramoliłam się z samochodu. Naprzeciwko, jakieś dziesięć metrów ode mnie, stały dwie osze trzymając za ramiona zakrwawionego Xaveira. Jego koszulka, rozdarta pazurami, przesiąknięta była krwią a głowa zwisała mu na piersi. Resztkami sił podniósł ją i spojrzał mi w oczy. Widziałam w nich przerażenie ale też jakiś dziwny spokój. Podniosłam się na kolana i czekałam na śmierć w postaci oszy. Ta jednak nie nadeszła. I wtedy zobaczyłam stojący kilka metrów ode mnie znak. Castle Mountain, Banff National Park, Kanada.

_________________________________________________________________________________________________

Agnieszka Margol
17 lat
http://dorcas-jej-swiat.blog.onet.pl/