Serce człowieka zatrzymuje się z różnych powodów. Moje
zostało wstrzymane, kiedy osza starała się dostać do głębi mojej duszy poprzez
zimne spojrzenie. Czułam ciarki na plecach, kiedy robiła kroki w moją stronę.
Nagle przypomniałam sobie, że muszę oddychać. Nogi stały się słabe – jakbym
jeszcze nigdy na nich nie stała. Xavier patrzy na mnie z ziemi, jakby już nie
miał siły. Osza jest coraz bliżej, dla zdobycia czasu cofam się powoli i
spokojnie.
Myśl trzeźwo, nie pozwólmy się zwariować.
Kiedy zbliżam się do znaku nad moją głową gromadzi się coraz
więcej chmur. Wszystkie są w różnych odcieniach szarości. Stwór zaczyna
piszczeć i jest już parę kroków ode mnie, mimo że starałam się przybrać jej
tempo. Zwinność z jaką się porusza jest dla mnie nie do pokonania.
Natrafiam na kamień, upadam. Czołgam się, jak najszybciej
umiem, do znaku. Dopiero teraz widzę jaka jestem słaba. Zaczyna padać. Włosy po
chwili robią się mokre, a ja jestem już tylko parę centymetrów od mojego
koszmaru. Podciągam się ostatni raz, mijam znak, blizna zaczyna mnie boleć, co
nie jest dobrym znakiem. Dlaczego akurat teraz? Podpieram się na łokciach,
kiedy zaczyna grzmieć. Osza już ma zadać cios, ale się płoszy. Piszczy tak, że
nie jestem pewna jakie są moje myśli. Jej odgłosy przypominają płacz dziecka i
ryk wilka w jednym dźwięku. Barwa jest strasznie wysoka, muszę zasłonić uszy.
Kulę się w sobie i kładę na ziemi. Po policzku płynie cienka kreska
przezroczystego, słonego płynu.
Na chwilę wstrzymuję wszystkie myśli, które teraz były w
mojej głowie. Monstrum, które przed chwilą było przede mną się boi. Nie zbliża
się do mnie. Mam czas na atak.
W pewnym momencie wyciągam z kieszeni sztylet, odsuwam się
bardziej za znak, żeby mieć miejsce na rozbieg, wstaję. Wszystko dzieje się tak
szybko, a osza unosi się delikatnie do góry i wydaje z siebie kolejne
szatańskie dźwięki. Kiedy biegnę do niej i mijam znak, deszcz przestaje padać,
a blizna boleć. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale korzystam z okazji i wbijam
ostrze w jej klatkę piersiową. Wyjmuję je szybko, kiedy słyszę odgłos silnika,
w zasadzie nie tylko jednego. Nie znam się na tym, więc odwracam się. Parę
czarnych punktów zbliża się w moją stronę. Odwracam się do zjaw. Nie ma po nich
ani jednego śladu. Gdzie się podziały?
Ocieram łzę, która już wyschła, ale czuję jej obecność na
policzku. Podbiegam do Xaviera.
- Xavier, słyszysz mnie? – krzyczę, kiedy jestem dość
blisko. Siadam przy nim i staram się ocucić. Jednakże oczy chłopaka wydają się
martwe. Tak jak martwa wydaje się być jego dusza. Jego sylwetka wydaje się być
taka słaba, bezbronna. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie pożegnanie z nim.
Chłopak mnie chronił, a ja pozwoliłam mu odejść. Tak po
prostu.
Kładę się koło niego, nie był mi bliski, ale jego obecność
sprawiała, że czułam się bezpiecznie. Nie pozwalałam sobie nawet pomyśleć o
tym, co by było gdyby nie ochronił mnie. A teraz? Teraz jestem sama. Zupełnie.
Czarne punkty, które okazały się motorami są już niedaleko.
Przytulam się do Xaviera ostatni raz. Dopiero teraz czuję jego krew na swoich
palcach. Łzy ciekną mi po policzkach, bezradność jaka mi towarzyszy nie pomaga.
Z kieszeni chłopaka wystaje mała buteleczka, nie przyglądam
jej się, ponieważ obcy są już blisko. Zwinnie chowam do kieszeni to, co
znalazłam. Wstaję i oglądam się ostatni raz za ciałem. Ktoś do mnie krzyczy,
ale obraz mi się rozmazuje i idąc w kierunku nieznanych mi ludzi ponownie
upadam. Staram się coś krzyknąć, ale płacz tamuje mój głos. Zbliża się do mnie
dźwięk kroków, nie widzę już nic.
~***~
Byłam w długiej, białej sukni. We włosy miałam wplątaną
lilię*. Podniosłam się z posadzki, kiedy usłyszałam krzyki.
- To nie jej uczucia się do cholery teraz liczą,
wszystko, tylko nie to – krzyczał donośny głos zza ściany. Chciałam się za nią
dostać, jednak nie widzę wejścia, biegłam wzdłuż istniejącego muru. Nagle do
wielkiej sali balowej, w jakiej się znajdowałam, wchodzili kolejno pięknie
ubrani ludzie. Nie miałam pojęcia kim byli. Wiem jedynie tyle, że kiedy się
zebrali, nie dali mi dojść do wejścia, jakiego szukałam.
Nagle za rękę złapał mnie brunet i pociągnął do tyłu tak,
żebym na niego spojrzała.
Wtedy się obudziłam.
~***~
- Wszystko w porządku? – słyszę, jeszcze zaspana. Widzę
przed sobą kobietę, która dotyka moje ramiona. W zasadzie to je mocno ściska,
jakbym była jej własnością. Wyrywam się. Czuję, jak moje policzki płoną, a
blizna pulsuje.
- Nie bój się – słyszę jej łagodny głos.
- Nie mam powodu.
Kiedy odsuwam się od dziewczyny zauważam, że jestem półnaga.
Sama bielizna sprawia, że jest mi niekomfortowo i przykrywam się dziurawym
kocem. Czuję się naga, a ta myśl sprawia, że przypominam sobie o buteleczce.
Rozglądam się i zauważam moje ubrania. Mimo nieznanej brunetki szybko
przemieszczam się na drugi koniec materaca, gdzie znajdują się moje rzeczy.
Sprawdzam kieszenie, na darmo.
- Gdzie to jest?! – wściekam się. Nie chodzi nawet o to, że
to była rzecz Xaviera, że nic mi po nim nie zostało. Po nikim mi nic nie
zostało. Sprawa toczy się o to, że ten chłopak upadając chronił bardziej to, co
miał, niż mnie. Niż cel, który mi przedstawił. Nie ważne ile miał tajemnic,
chciałam poznać chociaż tą jedną.
- O co Ci chodzi? - kobieta się peszy, nie wie co
powiedzieć. Nie czekam długo na jej namyślenie się, czy mi powie, czy nie. Chcę
sięgnąć po scyzoryk, ale przypominam sobie, że przecież go nie mam. Nawet nie
zdaję sobie sprawy, ile mi zabrali.
Nie mam Xaviera. Nie mam własnych rzeczy. Nie mam niczego,
co by mi było potrzebne. Co następne? Zabiorą mi własną duszę? Muszę się stąd
wydostać, zanim będzie za późno.
Nawet nie mam pojęcia, kim są Ci ludzie.
Ubieram się, a kobieta wybiega z pokoju. Szukam czegoś
ostrego. Zardzewiała szpachelka do popiołu, idealnie. Biorę ją w garść,
wychodzę. Ewentualnie zostają mi własne ręce. Staram się nie panikować, jednak
wszystko ma swoje granice.
Biorę głęboki oddech, rozglądam się ostatni raz po pokoju.
Widzę ciemne ściany, przy suficie są ciemniejsze. W powietrzu czuć wilgoć.
- Nic nie tracę – stwierdzam cicho.
- Byś się zdziwiła – słyszę za moimi plecami.
W szybę stukają krople deszczu, ich dźwięk lekko mnie
uspakaja. Odwracam się i widzę mężczyznę, dałabym mu jakieś dwadzieścia dwa,
może trzy lata. Na twarzy widnieje dwudniowy zarost, a mięśnie ma większe niż
Xaviera.
Oceniając sytuację, z szufelką od kominka przegrałabym z nim
w ciągu maksymalnie góra dwóch minut. Zostaje mi tylko dyplomacja. Skupiam się
na jego regularnych rysach twarzy. Jest dość blady, na jego szyi widać bliznę.
Wracam do normalnego stanu, kiedy wyjmuje z kieszeni
buteleczkę.
- Tego szukasz? – uśmiecha się delikatnie, a w jego
policzkach pojawiają się dołeczki. Nie panuję nad sobą i podchodzę, w zasadzie
podbiegam do niego. Cofam się jednak, unosząc ręce i upuszczając akcesoria do
kominka. Uśmiecham się lekko, kiedy widzę, jak we mnie celuje.
- Nie zrobisz mi tego – stwierdzam i wyglądam za okno. Widać
zza niego stary, zniszczony budynek, a przez jego wnętrza przebija się światło,
które wygląda zza chmur.
Istnieje nadzieja. Nie jestem pewna, czy w mojej
głowie to zdanie brzmi bardziej jak stwierdzenie, czy raczej pytanie.
- Możemy się przekonać – ładuje magazynek, palec trzyma przy
spuście.
*LILIA – W STARYM TESTAMENCIE SYMBOL
NIEWINNOŚCI, BOSKIEJ OPIEKI NAD WYBRANYMI
_____________________________________________________________________________________________________
Róża
17 lat