sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział siódmy

   Nie do końca byłam pewna czy mogę zaufać Xavierowi, w końcu nie znałam go za dobrze. Nie znałam go w ogóle, jeżeli mam być całkowicie szczera. Postanowiłam mu zaufać z dwóch powodów: po pierwsze: nie chciałam wracać do domu, po drugie: znał Fabiana a dzięki niemu dowiem się czegoś o moim poprzednim życiu.
   Fakt, że zabierał mnie do innego kraju napawał mnie niepokojem, ale nie na tyle dużym, żeby uciekać.
   Przeszliśmy kilkanaście metrów i moim oczom ukazał się parking. Jednak nie byliśmy pośrodku nigdzie, jak myślałam.
- Wsiadaj – usłyszałam głos chłopaka i moje oczy automatycznie powędrowały ku motocyklowi, który zauważyłam wcześniej. Musiałam go zawieść:
- Nie wsiądę na to – powiedziałam wskazując maszynę. - Wolę iść pieszo – oświadczyłam. Nie bałam się wsiąść na pojazd, ale motocykl nie wyglądał zachęcająco. Miałam wrażenie, że zaraz się rozleci.
- Do Kanady? - zapytał z uśmiechem na twarzy. - Dobrze, że jedziemy samochodem a nie tym gruchotem – kiwnął głową na drugi koniec parkingu. Rzeczywiście, przy drzewach stał czarny samochód. Ruszyłam w jego stronę, chcąc ukryć moje zażenowanie. Zawsze musiałam strzelić jakąś gafę.

   Jechaliśmy od godziny w ciszy. W końcu postanowiłam ją przerwać włączając radio. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Xaviera:
- Co robisz?
- Włączam radio. Magiczne urządzenie, z którego leci muzyka – próbowałam zażartować, ale chłopak zrobił zirytowana minę i mruknął:
- Wiem co to radio – nic nie mówił, gdy szukałam stacji. W końcu trafiłam na piosenkę , którą lubiłam. Pogłośniłam i auto wypełniło się dźwiękami piosenki „Uptown Funk”. Mimowolnie zaczęłam śpiewać, ale mój towarzysz postanowił uciszyć moje wycie i wyłączył radio.
- Nudziarz – powiedziałam, ale nie próbowałam ponownie puszczać muzyki. I tak by ją wyłączył.
   Po kilku minutach ciszy postanowiłam zapytać o coś co męczyło mnie od czasu, gdy mnie znalazł.
- Kiedy spotkam Fabiana? - chciałam w końcu poznać mojego brata. Nie docierało do mnie w pełni, że go mam. Liczyłam na to, że rozmowa z nim pozwoli mi lepiej zrozumieć sytuacje, w której się znalazłam.
- Trochę później niż początkowo zakładałem.
- Mówiłeś, że to będzie niedługo – powiedziałam, przypominając sobie naszą rozmowę sprzed kilku dni.
- Plany się zmieniły – denerwowało mnie to, że nie mówił mi niczego. Nie wymagałam, żeby powiedział mi wszystko, ale część informacji mi się należała.
- Dlaczego? - drążyłam dalej. Widziałam, że moje pytania go irytowały, ale musiałam pytać, żeby się czegoś dowiedzieć.
- Po prostu twój brat ma... inne sprawy na głowie - jakoś nie chciałam w to wierzyć. Podobno bardzo zależało mu na spotkaniu ze mną. Fakt, było to kilka miesięcy temu, ale i tak wystarczająco długo czekałam na to spotkanie. Coś tutaj nie pasowało. Może, gdy dotrzemy do kryjówki Naznaczonych dowiem się czegoś więcej. Właśnie, Naznaczeni. Wcześniej go o to nie zapytałam.
- Kim są Naznaczeni? - westchnął i skręcił w prawo.
- Osoby naznaczone jakąś zdolnością – czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi, ale się nie doczekałam.
- Może coś więcej? Jak to się dzieje, że ktoś staje się Naznaczony? Dlaczego do nich jedziemy? - podpowiedziałam mu o czym chciałabym się dowiedzieć. Westchnął i milczał przez chwilę, ale w końcu odpowiedział. Nie zaprzeczę, że ucieszyło mnie to, że w końcu będę miała jakieś rozeznanie w sytuacji.
- Naznaczonym można zostać na różne sposoby. Często stajesz się nim z powodu zatrucia przez demona, Naznaczony o wysokiej mocy może ci ją przekazać, nie wiem dokładnie jak to się dzieje, tylko nieliczni wiedzą. Jest też kilka innych sposobów, ale te dwa są najczęstsze. Jedziemy tam, bo jesteś jedną z nich i mogą ci pomóc – ostatnie zdanie sprawiło, że moje oczy zrobiły się ogromne.
- O czym ty mówisz?
- Masz bliznę, prawda?
- No tak, ale to po... - sama nie wiedziałam po czym. Nie pamiętałam tego.
- No właśnie, nie wiesz skąd się wzięła. Nie pocieszę cię mówiąc, że ja też nie jestem pewny skąd ją masz. Ale po twojej dokumentacji medycznej wnioskuje, że zostałaś zaatakowana przez jakiegoś demona, ale nie mogę być tego całkowicie pewny...
- Zaraz, widziałeś moją dokumentację medyczną? - zaśmiał się, gdy usłyszał moje słowa. W sumie, to było zabawne, że akurat zapytałam właśnie o to.
- To nie było trudne. Zwłaszcza, gdy użyłem mojej zdolności. Ludzie są tak podatni. W bagażniku mam kopie dokumentów, później ci je pokaże, jeżeli będziesz chciała.
- Twojej zdolności? - miałam mętlik w głowie. Może lepiej by było gdybym siedziała cicho przez całą drogę i o nic nie pytała.
- Nie wspomniałem, że też jestem Naznaczonym? - powiedział to takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Może w jego świecie była, w moim nie za bardzo. Pokręciłam głową, bo byłam tak zszokowana, że nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. - No, to jestem Naznaczonym – powiedział to jeszcze raz. Wydawało mi się, że jest dumny, że nim jest. Ja też powinnam być dumna?
    Xavier uprzedził moje kolejne pytania:
- Potrafię manipulować ludźmi i doskonale tropić, dlatego tak szybko cię znalazłem. A uprzedzając twoje kolejne pytanie: pierwszą zdolność przekazał mi dziadek a drugą demon. Niezły miks, co? - skręcił w lewo. Zaczynało się ściemniać a moje myśli szalały. - I jestem jeszcze świetnym wojownikiem, ale to kwestia treningu – wyglądało na to, ze mój towarzysz bardzo lubił się chwalić tym co potrafił.
- Jakie ja mam zdolności? - zapytałam z niemałą obawą.
- Nie wiem – super, właśnie to chciałam usłyszeć – wiem tylko, że twoja moc chce się uaktywnić. Ostatnio twoja blizna zaczęła się zmieniać, prawda? - przytaknęłam, mimowolnie dotknęłam miejsca, w którym znajdowała się blizna. Przypomniałam sobie o tym jak pulsowała bólem i się powiększyła, to był znak. - Inni Naznaczeni pomogą ci uwolnić moc i się nią posługiwać. Prześpij się – powiedział i sięgnął do tyłu po koc. Przyjęłam go z przyjemnością. Z chęcią odpłynę w krainę snów, byłam zmęczona wędrówką, jazdą i nowymi informacjami. Może nie powinnam szybko zasnąć ze względu na ogrom wrażeń, ale sen zmorzył mnie szybko.

   Poczułam jak ktoś delikatnie szturcha mnie w ramię. Powoli otworzyłam oczy, białe światło sprawiło, ze ponownie je zamknęłam. Chwilę trwało zanim zorientowałam się co działo się przez ostatnie kilka godzin.
- Jesteśmy na miejscu? - zapytałam zachrypniętym głosem.
- Jeszcze nie. Jesteśmy na stacji benzynowej. Muszę wypić kawę, pomyślałem, że też coś chcesz a poza tym nie mogę zostawić cię samej w samochodzie – nie chciałam pytać dlaczego nie mógł pójść sam, pewnie uważał, że z jakiegoś powodu grozi mi niebezpieczeństwo. Powoli rozciągnęłam zaspane ciało. Nie polecam spania w samochodzie. Bolały mnie wszystkie mięśnie.
   Wyszłam z auta. Świeże i chłodne powietrze ostatecznie mnie rozbudziło. Skierowaliśmy się w stronę wejścia. Kasjer podniósł głowę i spojrzał w naszą stronę, ale po chwili stracił nami zainteresowanie i wrócił do korzystania z telefonu.
- Pójdę do łazienki – oznajmiłam i skierowałam się do drzwi z naklejką, oznaczającą damską toaletę. Xavier kiwnął głową, zapytał jeszcze co chciałabym zjeść. Odpowiedziałam, żeby kupił mi cappuccino i jakąś bułkę.
- I ciastka! - krzyknęłam, zanim zniknęłam za drzwiami. Z miłą chęcią zjadłabym coś słodkiego.
   Myjąc ręce spojrzałam na swoje odbicie lustrze. Nie wyglądałam zbyt korzystnie. Resztki makijażu rozmazały się a włosy były poplątane. Umyłam twarz, co pomogło nie tylko oczyścić skórę, ale też otrzeźwić umysł.
    „Jestem Naznaczoną, kto by pomyślał.”
   Uwolniłam włosy ze zniszczonego koka, przeczesałam je palcami i ponownie związałam. Wyglądałam trochę lepiej.
   Po raz ostatni spojrzałam na siebie. Teraz będę inną osobą, moje życie diametralnie się zmieni. Wyszłam z łazienki.
- Przynajmniej wyglądasz jak człowiek – usłyszałam głos Xaviera. Chłopak stał oparty o ścianę z reklamówką przewieszoną przez nadgarstek i dwoma kubkami z kawą.
- Zabawne – spojrzałam na niego „spod byka”. Uśmiechnął się i podał mi papierowy kubek.
   Skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Szłam za krok za Xavierem. Zatrzymał się nagle, omal na niego nie wpadłam.
- Co się stało?
- Wejdź z powrotem do łazienki i nie wychodź stamtąd dopóki po ciebie nie przyjdę – podał mi torbę z zakupami a swoją kawę wrzucił do śmietnika. Nie rozumiałam o co chodzi.
- Ale...
- Idź! - chłopak uciął moją próbę protestu, wyskoczył do przodu jak poparzony wyciągając coś zza pasa. Światło odbiło się od powierzchni sztyletu. Dopiero teraz zobaczyłam parking. Obok samochodu krążyła kobieta. Nie zwyczajna kobieta. Kobieta, która już raz próbowała mnie zabić. Mimo że minęło dużo czasu poznaje ją, nigdy nie zapomnę jej twarzy. Mimowolnie cofnęłam się w głąb sklepu.
   Co tutaj robi osza? Tylko o tym byłam w stanie myśleć. Demon uśmiechnął się na widok Xaviera. Pamięta go. Rozgląda się w poszukiwani mnie, gdy mnie znajduje jej uśmiech staje się jeszcze szerszy.
   Postanawia skupić się na Xaviere, który jest już prawie przy niej. Z niesamowitą szybkością podbiega do niego i popycha na ścianę. Chłopakowi od uderzenia zapiera dech w piersi. Demon jest silniejszy od poprzedniego razu. Usłyszałam jak mówi dziwnie zniekształconym głosem:
- Najpierw załatwię ciebie a później zabiorę ją – długie palce oszy zaciskają się na gardle Xaviera. Muszę coś zrobić. Nie mam żadnej broni, więc robię coś głupiego. Naprawdę bardzo głupiego. Wyciągam opakowanie ciastek z torby i wybiegam przed sklep. Wyjmuje jedno ciastko z  opakowania i rzucam w demona. Nie reaguje.
   Rzucam kolejnym. Osza odwraca się i w tym momencie następne ciastko uderza ją w twarz. Udało mi się ją zezłościć. Poszło łatwiej niż myślałam.
   Kobieta puściła Xaviera i zaczęła zmierzać w moją stronę. Widzę jak chłopak łapię się za gardło i w mojej głowie krąży jedna myśl: „Szybciej Xavier, szybciej!”. Na moje szczęście Naznaczony szybko odzyskuje kontrole nad swoimi ruchami i błyskawicznie doskakuje do osy wbijając sztylet w miejsce, w którym u człowieka znajduje się serce. Demon zaczyna się palić, Xavier odskakuje od niego i podbiega do mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał a ja kiwnęłam głową – Dzięki – dodaje. - Osza zatrzymana przez ciastka, kto by pomyślał – zaśmiał się a ja do niego dołączyłam.
- Chyba nie są zbyt inteligentne.
- Są nastawione na wykonanie zadania a jeżeli ktoś im przeszkadza chcą jak najszybciej tego kogoś zlikwidować.
- Kto ją wysłał? - zapytałam. Pamiętałam, że po poprzednim ataku na mnie Xavier mówił o tym, że są wynajmowane przez innych do zabicia lub sprowadzenia kogoś.
- Nie jestem pewny czy chciałabyś to wiedzieć.
- Mów, dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy – odpowiedziałam. Naznaczony chwilę zwlekał z odpowiedzią, ale w końcu z rezygnacją w głosie powiedział:
- Podejrzewam, że wysłał ją twój brat – myliłam się, zaskoczył mnie. - Mógł się dowiedzieć, że wiozę cię do Naznaczonych
- Co w tym złego? Fabian tego chce, prawda?

- Nie za bardzo – westchnął – Niedawno dowiedziałem się, że Fabian wykorzystuje Naznaczonych a później się ich pozbywa. Ze mną tez chciał to zrobić, ale w porę się zorientowałem. Niektórym udało się uciec i ukryć, wiozę cię tam, abyś była bezpieczna. Nie ukrywam, że sam potrzebuje ich pomocy – wszystko co wiedziałam o moim bracie uległo zniszczeniu. Myślałam, że mi pomoże a okazało się, że może chcieć mnie wykorzystać i później zabić.

__________________________________________________________________________________________

Karolina Ł.
17 lat

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział szósty

Obudziło mnie irytujące pikanie pod poduszką. Szybkim ruchem wyłączyłam budzik i spojrzałam z bólem na cyferki, na ekranie telefonu. Była 2:55. Nienawidziłam swojego telefonu w tym momencie. Miałam ochotę przekręcić się na drugi bok i zasnąć, ale wiedziałam, że ta opcja nie wchodzi w grę i chcąc nie chcąc zgramoliłam się z łóżka. Byłam zaspana, ale już nie zmęczona. Cieszę się, że postanowiłam poczekać kilka dni, zanim wcieliłam swój plan w życie.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarny top, czarną bluzę i ciemne jeansy. Starałam się poruszać jak najciszej potrafiłam, ale wiadomo, im ciszej starasz się poruszać tym więcej hałasu robisz. Co chwilę na mojej twarzy pojawiał się grymas, kiedy to kolejna deska skrzypiała pod ciężarem mojego ciała. Uroki drewnianych podłóg. Z każdym kolejnym skrzypnięciem modliłam się w duchu, aby okazało się, że Kate jednak ma teraz dyżur.
Kiedy już założyłam trampki, których używałam do tej pory jako kapci, powoli wpakowałam do plecaka trochę ubrań, przybory kosmetyczne, śpiwór, portfel, kilka długopisów, notes, dwie książki, moje zdjęcie z Tysonem z pierwszych wygranych zawodów regionalnych i nóż, który kilka dni wcześniej przemyciłam z kuchni, kiedy Kate nie było w domu. Z telefonu wyciągnęłam kartę i schowałam ją pod szafą. Omiotłam spojrzeniem pokój. Łzy napłynęły mi do oczu, ale wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na chwilę słabości.
Już miałam otworzyć okno prowadzące na schody przeciwpożarowe, kiedy w mojej głowie zakołatała się niedająca mi spokoju myśl. „Jak Kate zobaczy rano, że mnie nie ma, od razu zacznie mnie szukać”. Nie mogłam na to pozwolić, więc w towarzystwie poskrzypywania podłogi podeszłam do biurka, wyrwałam kartkę z zeszytu i napisałam, najspokojniej jak mogłam: 

„Poszłam pobiegać, a potem 
na trening nadrobić zaległości
xoxo Rose”


            Zawsze, kiedy rano wychodziłam zostawiałam jej taką karteczkę. Gdybym tego nie zrobiła z pewnością zaczęłaby coś podejrzewać, a tak to mam dodatkowe kilka godzin zanim się zorientuje, że coś się dzieje.
            Zaplanowałam wszystko idealnie, no może oprócz skrzypienia podłogi, na które nie zwracałam nigdy uwagi za dnia, ale kiedy otwierałam okno na schody, samozachwyt nieomal  rozsadził mnie od środka. Dokładne naoliwienie zawiasów zdziałało cuda.
            Nie bawiłam się w schodzenie po schodach. To również miałam przemyślane. Zeskoczyłam z nich zwinnie i niemalże bezszelestnie, ciesząc się, że mieszkamy na pierwszym półpiętrze.
            Spojrzałam jeszcze raz na okno swojego pokoju. Ile bym dała, żeby wrócić do tego jak było dawniej. Żeby móc znów się obudzić w swoim miękkim łóżku i cieszyć się na widok moich bliskich. Żeby nie ciążyła mi ich zdrada. No po prostu, żeby było jak kiedyś. Niestety wiedziałam, że tak już nie będzie. Odwróciłam się i ruszyłam boczną uliczką, coraz bardziej oddalając się od domu, od sali treningowej, od Josha, od Fabiana.
              Szłam pewnym krokiem, obserwując czy nie jestem śledzona. Miałam nadzieję, że Xavier pilnował frontu budynku i że moje zachowanie przez ostatnie kilka dni nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Grałam spokojną i udawałam, że akceptuję to co się dzieje, robiłam plany z Kate, umówiłam się na jutro z Joshem, na kolację w jednej z jego wymyślnych restauracji, Erica poprosiłam o dodatkowy trening za tydzień, bo tylko wtedy miał czas.
            Mimo faktu, że byłam pewna doskonałości mojego planu, to i tak większość brałam tylko na wiarę i nadzieję. Zauważyłam, że ostatnio niewiele rzeczy dzieje się zgodnie z planem, a nieprzewidywalność stała się moją nową codziennością. Wszyscy, których znam wiedzą o mnie więcej niż ja sama. Nikomu nie mogę ufać.
            Zanim się zorientowałam nastał poranek. Nawet nie wiem kiedy przegapiłam wschód słońca. Po drodze nie spotkałam nikogo, miałam nadzieję, że nie dlatego, że tak dobrze się ukrywali ze śledzeniem mnie. Wiele razy zmieniałam trasę, szłam przez rzekę jeśli miałam możliwość, przechodziłam przez budynki, kilka razy nawet użyłam kanalizacji przeciwpowodziowej, klucząc długo w gąszczu jej korytarzy, nie wiedząc gdzie tak właściwie idę.
            Tak właśnie jest. Mimo całego idealnego planu, nie wiem dokąd zmierzam. I to chyba jest jedyna rzecz, która mi zapewni bezpieczeństwo. Ignoruję przeczucia, kiedy jakaś ulica wygląda znajomo idę inną drogą. Nie znajdą mnie. Błagam. Niech mnie nie znajdą.
            Zatrzymałam się dopiero o zmroku. Przeszłam z 80 kilometrów. Przeszłabym więcej, gdyby nie postoje, żeby coś zjeść, kupić lub skorzystać z toalety. Nogi mnie nie bolały. Nie. One tak najzwyczajniej w świecie były w piekle smażąc się w najgorętszych płomieniach. Nie jestem w stanie opisać tego bólu, nie istnieje nawet przekleństwo, które by choćby w pięciu procentach oddało to co czułam.
            Znajdowałam w Okanogan-Wenatchee National Forest. Przynajmniej tak mnie poinformowała tabliczka, którą minęłam kilka kilometrów przed postojem. Znalazłam coś co kiedyś było… może i chatką, ale teraz przypominało rozrzucone w nieładzie deski, opierające się o siebie. Pomimo wyczerpania stworzyłam z nich prowizoryczne schronienie.
            Siedziałam opatulona śpiworem, w tym prowizorycznym domku i rozglądałam się po lesie. Przeklinałam się za to, że nie wzięłam ze sobą jakiejś książki o roślinach, bo nawet nie wiem co w tym lesie po zjedzeniu mnie zabije, a co nie. Ale wiem, że nie mogłam tego zrobić, bo mogłoby ich to naprowadzić na mój cel, choć wychodząc z domu sama go nie znałam.
            Myśl o domu obudziła we mnie dziwną nostalgię. Nie mogłam tego dłużej kontrolować. Wyczerpanie, piekielny ból stóp i nóg, odciski… dodając to do ostatnich wydarzeń można uzyskać tylko i wyłącznie łzy. Josh mnie zdradził. Kate mnie zdradziła. Wiem, że mam brata od zaledwie kilku miesięcy i już go nienawidzę! Nie mogłam ufać nikomu. Byłam sama. Mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości. Płakałam długo. Nie wiem jak długo, bo gdzieś w międzyczasie zmęczenie wepchnęło mnie w objęcia Morfeusza.
*
            -CO TO MA ZNACZYĆ!
            -Ja… ja nie wiem… nie wiem jak to się stało…
            -TO SIĘ DOWIEDZ!
            -To… to nie wszystko…
            -Chcesz mi powiedzieć, że zgubienie mojej siostry to tylko początek twoich porażek Tyson?
            -Wybacz mi panie…
            -Najpierw powiedz co się stało. Potem… się zastanowię.
            -Xavier…
            -Co z nim?
            -On też…
            -Kpisz? Błagam powiedz, że kpisz! Najpierw Felicie, teraz Xavier?! CO Z NIM?!
            -On… on też… zniknął…
            -Nie… on zapewne jest na jej tropie. Nie bądź głupcem Tyson! Xavier w przeciwieństwie do ciebie jest przydatny. Hahaha dać się zmylić głupiej dziewczynie? Nie sądzę, żebyś był mi jeszcze do czegoś potrzebny.
            -Błagam… nie… NIE!
*
            Obudziłam się ciężko oddychając. Nie pamiętam mojego snu. Może i lepiej? Powoli starałam się uspokoić oddech, ale w głowie dudniło mi echo przeraźliwego krzyku. Wszystko było czerwone i słychać było krzyk. Przeraźliwy krzyk, który się urywał tak nagle. Nie mogłam złapać oddechu. No nie… atak paniki. Okolice wypełnił mój wrzask, a na policzkach czułam gorące łzy. Złapałam się za głowę, próbując uspokoić. Poczułam na czole wilgotną szmatkę. Była ciepła. Ale to nie był problem. Problemem było to, skąd do cholery wzięła się na moim czole wilgotna szmatka?!
            -Co się stało?! – w zasięgu mojego przerażonego wzroku pojawił się Xavier. Był spocony i prawie tak samo przerażony jak ja. Atak paniki przybrał na sile. – Nie. Nie bój się – powiedział podchodząc do mnie powoli. Wyglądał jakby nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
            Nie wiem jak to się stało. Może to przerażenie na jego twarzy. Może to moja bezsilność. Może. Nie wiem. Ale jedyne na co miałam siłę w tym momencie, to śmiech. Atak paniki minął jakby go nigdy nie było. Śmiałam się tak głośno i tak bezsilnie, że łzy naleciały mi do oczu. Ale nie płakałam już tak jak wczoraj. Po prostu moje życie wydało mi się tak porąbane, że aż śmieszne.
            -Skończyłaś już? – zapytał Xavier z niecierpliwością w głosie. Pod warstwą nonszalancji, która wróciła na jego twarz, widziałam zirytowanie.
            -Jeszcze momencik – zaśmiałam się.
            -Taaaak. Śmiej się głośniej, niech wszyscy nas usłyszą…
            -No już, już. Jesteśmy pośrodku nigdzie. Nie denerwuj się – powiedziałam opanowując śmiech.
            -No tak, denerwowanie sie to nic innego jak mszczenie sie na własnym zdrowiu, za głupotę innych, jak słyszałem – odpowiedział z przekąsem.
            Spojrzałam z niego z wyrzutem, już nie chciało mi się śmiać.
            -To co tutaj robisz?
            - Dałbym ci szansę, żebyś sama zgadła, ale wątpię, żeby ci się to udało – widziałam wyraz satysfakcji na jago twarzy, kiedy obserwował moją zmieniającą się minę. – To długa historia. Ma w sobie twojego kochanego braciszka – akcent, który położył na te dwa słowa mnie zdziwił, - wszystkich, których znasz, ciebie oczywiście, bo najwidoczniej wszystko się tyczy ciebie – przewrócił oczyma – no i mnie – uśmiechnął się szelmowsko, a ja poczułam jak moje policzki robią się czerwone. BA! Bordowe może nawet, bo ten uśmiech mnie powalił. Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że on to zauważył i sam też się zarumienił, na co uśmiechnęłam się tryumfalnie. – Ale… ale to musimy sobie zostawić na później, bo najpierw muszę cię zabrać w bezpieczne miejsce, bo to… - wskazał okolicę i moją konstrukcję, którą w tym momencie broniłabym jak lwica przed jego szyderstwem, - jest… no właśnie.
            -Jak zwykle na później… - popatrzyłam na niego z wyrzutem. Pominęłam jego ostatnie słowa. – Dobra, mój wątpliwy bohaterze – uśmiechnął się krzywo, - dokąd zmierzamy? I czemu powinnam ci ufać?
            -W sumie to mi to tito czy mi ufasz czy nie. Ale jeżeli chcesz żyć i dowiedzieć się wszystkiego to chodź ze mną. Jeżeli nie… prędzej czy później cię znajdą i w zależności od twojej postawy wykorzystają cię lub zrobią z ciebie kebaba. Proste.
            Kebaba? Irracjonalnie zakołatało się w mojej głowie. Chyba nie miałam wyboru.
            -Okay… niech ci będzie, o Xavierze – cieszyło mnie kpienie z niego, a jego w równym stopniu to irytowało, choć ukrywał to dość sprawnie. – Ale chcę, żebyś wiedział, że jeżeli mnie oszukujesz to cię zabiję. Bez wahania.
            -Chciałbym zobaczyć jak próbujesz.
            -To gdzie teraz?
            -Castle Mountain w Banff National Park, w Kanadzie.
            -Czemu akurat tam?
            -Bo tam się znajduje kryjówka Naznaczonych, którym udało się uciec.


__________________________________________________________________________________________

AlexYami
21 lat